29.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #073 / V. Tajemnice Puszczy Nalibockiej

Poprzednie części cyklu można zobaczyć tutaj.

V. TAJEMNICE PUSZCZY NALIBOCKIEJ

Oczekiwana od dawna Puszcza Nalibocka już blisko. Dzieli mnie od niej przede wszystkim Niemen. Wykoncypowana z mapy szosa prowadzi jednak do mostu, który akurat jest w remoncie (oj, tych remontów drogowych spotykam na Białorusi dużo – to dobrze, ale czasem wypada nadłożyć sporo kilometrów, by dotrzeć do zaplanowanych miejsc…). Uciekam w bok, rezygnuję z asfaltu, wreszcie pytam o drogę w napotkanym gospodarstwie. Pięćdziesięcioletni na oko rolnik odpowiada mi po polsku i wskazuje dróżkę do starego lokalnego mostu na Niemnie. Czuję się bardzo swojsko. Po kilkudziesięciu minutach jestem już po drugiej stronie rzeki, na skraju Puszczy.

Dlaczego tu przyjeżdżam? To region o ciekawej dla Polaka, a okresami dramatycznej i bardzo konfliktowej, historii dawnej i niedawnej. Tutejsze małe osiedla puszczańskie przyciągały z jakiegoś powodu katolickich przybyszy aż z dalekiego Mazowsza już od szesnastego i siedemnastego wieku. Z biegiem pokoleń wytworzyła się tu wyraźna enklawa polskojęzyczna i katolicka, skupiona wokół jedynego chyba w okolicy większego miasteczka – Iwieńca, ale obejmująca kilkadziesiąt wiosek i zaścianków, rozrzuconych po rozległych polanach wielkiej puszczy. Historię tej dokonanej głównie przez Radziwiłłów kolonizacji i dalszych losów wytworzonej w ten sposób lokalnej wspólnoty, przez samą przyrodę nieco odseparowanej od odleglejszych ziem, ciekawie opowiada badacz tego regionu, Dagosław Demski, w dostępnym w Internecie studium Naliboki i Puszcz Nalibocka. Zarys dziejów i problematyki. Za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów tutejsza okolica przeżyła ciekawy lokalny rozwój gospodarczy – zawitał do niej nawet osiemnastowieczny przemysł. Często wspominanym osiągnięciem tamtej epoki okazała się założona przez Annę z Sanguszków Radziwiłłową huta i fabryka szkła w Nalibokach, której artystyczne wyroby słynęły z różnorodnego piękna. Na szerszą skalę rozwijał się tu oczywiście zwykły, pozbawiony estetycznych ambicji, zyskowny przemysł drzewny. 125 lat rosyjskiej władzy carskiej przyniosło tutejszej polskiej i katolickiej enklawie szereg trudności i ograniczeń, ale właśnie leśna separacja puszczańskich osad od wpływów szerszego świata i jego polityki sprawiła, że radykalnych zmian było stosunkowo niewiele. Zanikła jednak wcześniejsza prężność gospodarcza tego regionu, stopniowo zsuwającego się na zacofany margines pogranicza dwóch guberni – wileńskiej i mińskiej. Sytuacja narodowego zniewolenia dla tutejszej, wyraziście polskiej i katolickiej, ludności była trudniejsza do zniesienia niż dla innych okolic, wymieszanych narodowo i wyznaniowo. Prawem reakcji na przemoc kwestia tożsamości w obu tych wymiarach stała się dla mieszkańców Puszczy sprawą pierwszorzędną i fundamentem lokalnego etosu.

Po I wojnie światowej Puszcza Nalibocka stała się fragmentem przygranicznych ziem polskich – w pobliżu przebiegała granica sowiecka. Mocno zalesionemu terenowi dawało to wagę polityczną, a równocześnie czyniło go strefą silnego przemytnictwa. To tu toczyły się losy bohaterów głośnych przed wojną, a dziś słusznie wznawianych powieści Sergiusza Piaseckiego.

Całe te czarowne dzieje Puszczy nabierają jednak złowieszczego i tragicznego charakteru w okresie II wojny światowej. 17 września 1939 roku wkraczają sowieccy Rosjanie. Znów Rosjanie… Jednoznaczna i głośno podkreślana tradycyjna polskość tutejszych mieszkańców sprawia, że terror okupantów okazuje się tu szczególnie intensywny, zabójstw i wywózek do Kazachstanu jest proporcjonalnie więcej niż gdzie indziej.

Największe dramaty przyjdą jednak dopiero później, po wkroczeniu na Białoruś Niemców. Nowych okupantów jest na odległym zapleczu frontu nie tak wielu, by mieli drobiazgowo kontrolować rozległą i po części zabagnioną Puszczę. Właśnie dlatego jej ostępy stają się miejscem stacjonowania wielu formacji partyzanckich. Jako pierwszy – już w 1941 roku – powstaje oddział polski, wkrótce podporządkowujący się dowództwu Armii Krajowej. W kilka miesięcy później do Puszczy zaczynają napływać z różnych stron grupy i grupki ludności żydowskiej, szukającej schronienia przed rozpoczynającą się eksterminacją. Wcześniej wspomniani Żydzi słonimscy stanowili znaczny odsetek tej kategorii nalibockich „ludzi leśnych” – tworzyli oni zbiorowiska ukrytych w lasach rodzin, nad którymi opiekę sprawował oddział słynnych w późniejszych reakcjach braci Bielskich. Formacja ta oczywiście nie prowadziła żadnych akcji przeciw okupantowi, słusznie dbając o maksymalny spokój tam, gdzie pozostawały ukryte ich rodziny. Relacje między polskimi AK-owcami i oddziałem Bielskich na tym etapie pozostawały poprawne, choć już wtedy wystąpiły pierwsze zadrażnienia na tle zdobywania potrzebnej żywności, której nie mogła nastarczyć wojskom i przybyłym cywilom uboga miejscowa ludność. Wiosną 1943 roku na teren Puszczy został przerzucony jednak przez front duży i świetnie uzbrojony oddział sowiecki z zadaniem opanowania całej okolicy. Chodziło tu o szybkie i skuteczne wytępienie partyzantki polskiej. Bracia Bielscy w trosce o swoich podopiecznych oczywiście podporządkowali Sowietom swój oddział. Polska – na wpół wojskowa, na wpół cywilna, chłopska – samoobrona przed grabieżą żywnościową ze strony sowieckich przybyszy stała się 8 maja 1943 roku przyczyną wymordowania przez Rosjan 128 mieszkańców Naliboków, w tym kobiet i dzieci. W „akcji” tej wedle później zebranych świadectw brali jakoby udział także i Żydzi z oddziału braci Bielskich. Ilu – kilku, kilkunastu, czy kilkudziesięciu – nikt nie wie. Sowietów było kilkuset. Od początku XXI wieku pamięć o tym wydarzeniu zaczęła odżywać z powodu powstania w USA filmu sławiącego żydowski, partyzancki oddział braci Bielskich i zarzucającego Polakom z Puszczy Nalibockiej zbrodniczy antysemityzm i współpracę z Niemcami. Wynikła stąd dyskusja medialna na zachodzie i w Polsce obaliła podobne zarzuty, wkrótce przerodziła się jednak w huragan wzajemnych obelg i uogólniających zniesławień Polaków i Żydów.

Wracając do czasów wojny – zaledwie w dwa miesiące po sowieckiej zbrodni w Nalibokach, w lipcu 1943 roku, w innej części Puszczy – w Iwieńcu – rozegrał się następny akt tutejszych wydarzeń historycznych, dalece przekraczający wymiary dziejów lokalnych. Uformowany w pięciotysięcznym Iwieńcu oddział Armii Krajowej już na wstępie swych działań militarnych dokonał udanego ataku na miejscowy garnizon niemiecki i na osiemnaście godzin całkowicie opanował swe miasto. W toku działań śmierć poniosło blisko stu pięćdziesięciu żołnierzy niemieckich, uwolnionych zostało kilkudziesięciu uwięzionych wcześniej Polaków, zdobyto duże ilości broni i amunicji, a także niemieckiej żywności i środków medycznych. Polskie straty własne – to 3 zabitych i 11 rannych. Rozmiar tego przedsięwzięcia i jego całkowity sukces sytuują to „powstanie iwienieckie” na liście wyjątkowo udanych lokalnych akcji AK. Dokonanie to spowodowało ogromny przypływ okolicznej młodzieży do szeregów akowskiej partyzantki i podniosło poziom polskiej świadomości tutejszych mieszkańców, ale odbiło się też dramatycznie na losie całej ludności puszczańskiej. W odwecie za powstanie iwienieckie Niemcy przeprowadzili pacyfikację miasteczka i pobliskich wsi. Rozstrzelanych zostało około 150 osób, a na roboty do Niemiec zabrano ich znacznie więcej.

Spośród zabitych wtedy Polaków trzeba wspomnieć małżeństwo iwienieckich lekarzy, aktywnych i jawnych współorganizatorów akowskiej akcji, którzy odmówili odejścia z miasteczka wraz z odchodzącymi po niej partyzantami, zostali z rannymi – i w konsekwencji zostali przez Niemców rozstrzelani. Wiele do myślenia daje tu ich nazwisko: byli to Łucja i Kazimierz Dzierżyńscy. Kazimierz był znacznie młodszym bratem Feliksa Dzierżyńskiego. Krwawy wódz bolszewickiego terroru pochodził także z Puszczy Nalibockiej, gdzie w niemałym majątku gospodarzyli kiedyś rodzice obu braci. Nazwisko Feliksa – nieustraszonego rewolucyjnego terrorysty za caratu, a potem strasznego bolszewickiego kata, było znane wszystkim, gdy Kazimierz chodził do polskich szkół i potem studiował medycynę. Mogło być dlań ciężarem i wyzwaniem. Na to wyzwanie umiał w 1943 roku odpowiedzieć w pełni. Chciałbym kiedyś przeczytać nienapisaną dotąd przez nikogo książkę o domu rodzinnym, który wychował tych dwóch braci…

***

Jadę przez Puszczę Nalibocką drogami przypadkowymi i pustymi, na ślepo szukając Naliboków, Derewny i Iwieńca. Innych nazw miejscowych jeszcze nie znam, nie całkiem aktualne mapy mówią niewiele, pytać nie bardzo jest kogo… Co gorsza, napotkana stacja benzynowa akurat nie rabotajet i grozi mi nocleg w lesie. Na ostatnich kroplach benzyny „doczołguję się” jednak do Iwieńca. Byłem tu kiedyś, ze dwadzieścia lat temu. Oj, zmieniło się sporo. W centrum miasteczka dominuje zabudowa piętrowa, liczne sklepy, zakłady usługowe, bank i parę bankomatów na ulicach. Nazwy ulic sięgają oczywiście czasów sowieckich, ale wypisane są po białorusku, nie po rosyjsku. Hotelik skromniutki, ale czysty, sympatyczny i zadziwiająco tani. Nad rzeczką niewielki park i zespół budynków szkolnych. Poza centrum rozpościera się architektura wiejska, domy z ogrodowymi „uczastkami” prezentują się nieźle, tyle, że z reguły pokryte są szkodliwym dla zdrowia azbestem. To zresztą bomba ekologiczna, w Polsce już stopniowo eliminowana, ale złowrogo cykająca w całej Europie posowieckiej – widuję ją od Estonii po Ukrainę. Jest wieczór, ale póki coś widać, ludzie pracują w swych ogrodach – skopany i obsiany jest każdy metr, a widoczna gospodarcza zapobiegliwość przypomina mi zachowania pracowitych Szwajcarów. Tyle że poziom materialny efektów tej roboty tu jest niższy o wiele stopni.

Kościoły katolickie są tu aż dwa, w ostatnich latach zbudowana została także prawosławna cerkiew, bo do odległego ledwie o 60 kilometrów od stolicy, a położonego w pięknych lasach Iwieńca sprowadza się coraz więcej prawosławnych Białorusinów. Statystycznie górują jednak zdecydowanie katolicy z kulturowymi korzeniami polskimi. Rano idę na Mszę Świętą, wybierając centralnie położony kościół franciszkanów. Jest dzień powszedni, obecnych jest kilkanaście osób. Modlą się i śpiewają po polsku, ale poza kościołem mówią ze sobą najczęściej po białorusku lub rosyjsku. Msza jest koncelebrowana – przy ołtarzu stoi cała czwórka pracujących tu zakonników. Pierwszy kontakt zadziwia mnie ciepłem: kiedy nieco spóźniony usiłuję wejść do kościoła i – obcy, nietutejszy facet – niezdarnie mocuję się z ciężkimi drzwiami, od stopni ołtarza odrywa się młody brat zakonny i gna przez cały kościół, by mi pomóc wejść do środka. Nigdy i nigdzie wcześniej nie widziałem podobnego zachowania… Po Mszy gadamy trochę z ojcami – ich „mini-klasztorek” działa tu spokojnie, ludzie do kościoła przychodzą, nawet zafascynowana Internetem młodzież nie omija nabożeństw. Często właśnie ona wie o wierze więcej niż laicyzowani w sowieckich szkołach rodzice i dziadkowie. Bunt pokoleniowy czasem bywa w rodzinach właśnie buntem przeciwko jałowemu pogaństwu. A parafia prowadzona przez czterech serdecznie zaangażowanych zakonników – od zgarbionego wiekiem starca aż do ruchliwego młodzika – potrafi przyciągnąć młodych. Póki co, jakoś to idzie…

Przez dwa kolejne dni miotam się autem po różnych drogach Puszczy. Naliboki i Derewna, duże wsie z solidnymi budynkami szkolnymi ewidentnie aspirują do kulturalnego statusu miasteczek, nie odkrywają mi jednak swych cech indywidualnych. Nieco wyrazistsza wydaje mi się położona na północnym skraju Puszczy wieś Pierszaje. Ona też ma własny, odrębny dramat okupacyjny, związany z miejscową parafią. Kiedy na początku wojny wyjechał stąd w nieznanym kierunku dotychczasowy proboszcz, w charakterze „duchownego pogotowia ratunkowego” pojawili się tu dwaj młodzi franciszkanie z odległego o 20 kilometrów Iwieńca – Achilles Puchała i Herman Stępień. Ich zakonne imiona świadczą może dziwnie O nadających je przełożonych przedwojennego franciszkańskiego nowicjatu, ale mniejsza z tym. Młodzi księża pracowali solidnie przez prawie cztery lata. W lipcu 1943 roku Pierszaje zostały przez Niemców poddane pacyfikacji i pięćdziesięciu mężczyzn z tej miejscowości zostało wyprowadzonych na rozstrzelanie do nieodległej wsi Borowikowszczyzna. Do skazańców dobrowolnie dołączyli obaj franciszkanie. Był to akt duszpasterskiej solidarności z nieszczęśliwymi, ale też oczywista demonstracja polityczna. Zostali więc rozstrzelani jako pierwsi. Po ich śmierci hitlerowcy ogłosili całej konwojowanej grupie „amnestię”: dalszych rozstrzelań nie było, a wszyscy uwięzieni zostali wywiezieni na roboty do Niemiec. Wracając do Iwieńca, zajeżdżam po drodze do Borowikowszczyzny. Mała wioska, kilkanaście gospodarstw na wspaniałej śródleśnej polanie. Cisza, spokój, słońce. Na wzgórku pamiątkowy krzyż ku czci zabitych przed 74 laty księży, pod krzyżem świeże kwiaty.

Pierszaje przypomniały się światu raz jeszcze wiosną 1986 roku. Ukraiński Czarnobyl leży o kilkaset kilometrów stąd, ale przypadkowy wiatr w momencie pamiętnego wybuchu tamtejszego reaktora atomowego poniósł skażone substancje na północny zachód i rozrzucił niewielkimi plamami w kilku odległych miejscach Białorusi. Jeden z najdalszych placków skażenia pojawił się właśnie opodal wsi Pierszaje. Uczeni specjaliści natychmiast przystąpili do analiz miejscowej gleby, atmosfery i przyrody, po czym rejon ten na szereg lat uznany został za nie całkiem bezpieczny dla ludzkiego zdrowia. Stopień zagrożenia był ograniczony, nie nastąpiła więc przymusowa ewakuacja ludności, ale los cywilizacyjny całej bliskiej okolicy został zawieszony. Trzydziestoletni okres „kwarantanny” minął dopiero przed rokiem. Dziś w Pierszai widać więc szereg budowanych gmachów, prowadzone są remonty dróg – to chyba początek odrabiania tych wieloletnich zaległości. Czarnobyl już nie straszy, póki co, chociaż z tym jest spokój…

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bohdan Cywiński, V. Tajemnice Puszczy Nalibockiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 73

Przypisy

    Powiązane artykuły