12.11.2020

Nowy Napis Co Tydzień #075 / Kłamstwa i inne sprawy

„W pewnym obszarze Kosztolányi przypominał Krúdyego, mianowicie jego powieści i eseje nie znajdują paraleli w twórczości żadnego innego pisarza europejskiego tamtych czasów” – pisał węgiersko-amerykański historyk John Lukacs w swej książce o Budapeszcie przełomu wieków XIX i XX. Rzeczywiście jest to literatura dość osobna, a polski czytelnik ma okazję zapoznać się z jej kolejną dawką.

Dezső Kosztolányi jest literackim klasykiem w kraju naszych „bratanków”. Trudno streścić jego wkład w narodową i światową kulturę, trudno też zamknąć taką postać w encyklopedycznych formułkach. Poeta, prozaik, tłumacz arcydzieł literatury, eseista, publicysta, jedna z gwiazd bodaj najbardziej płodnego węgierskiego pokolenia literackiego i jedna z gwiazd najważniejszego tamtejszego pisma literackiego. A żył zaledwie 51 lat.

Urodził się w 1885 roku w Szabadce (obecnie Subotica w Wojwodinie, autonomicznej prowincji Serbii) jako syn nauczyciela, dyrektora gimnazjum. Jego młodszym o dwa lata bratem ciotecznym był człowiek, który w historii literatury zapisał się pod pseudonimem Géza Csáth. Sam Kosztolányi szybko wszedł do tego samego świata – już jako szesnastolatek zadebiutował wierszem w jednym z budapeszteńskich dzienników. Od roku 1903 studiował w stolicy Węgier i w błyskawicznym tempie wdarł się na literacki parnas. Poezja, krótkie formy prozatorskie, publicystyka, tłumaczenia autorów z Zachodu – wszystkim tym chłopak zaledwie ponad dwudziestoletni zapełniał łamy renomowanych czasopism kulturalnych oraz rozkwitających wówczas dzienników społeczno-politycznych. Należał do pierwszego pokolenia autorów związanych z ukazującym się od 1908 roku dwutygodnikiem „Nyugat” (Zachód), który uważany jest do dzisiaj na Węgrzech za bezprecedensowe i legendarne zjawisko tamtejszej kultury, szczególnie w przypadku pierwszych lat jego edycji.

W 1907 roku ukazał się pierwszy tom wierszy Kosztolányiego. Jak streściła to Elżbieta Cygielska, „Nastąpił prawdziwy wysyp efektownych debiutów, nikt jednak nie wystartował równie dynamicznie”. Kolejne zbiory poezji i krótkich opowiadań pisarz publikował od tej pory niemal każdego roku. Szybko stał się autorem bardzo poczytnym, należał do nielicznego grona ówczesnych węgierskich literatów utrzymujących się wyłącznie z pisania. „Pisze z zadziwiającą łatwością, traktuje pisanie jak narkotyk”, dodawała Cygielska.

Po Wielkiej Wojnie, której skutki polityczne pozostawiły jego bliskich i miasto rodzinne poza granicami kraju, do tej działalności dołożył jeszcze tłumaczenia książek (przekładał między innymi utwory Mauriaca, Manna, Szekspira, Wilde’a) oraz większe utwory prozatorskie. Te ostatnie zyskały sporą popularność i do dzisiaj należą do węgierskiego kanonu.

Warto wspomnieć, że ów twórca o dorobku uniwersalnym i chętnie tłumaczony na liczne języki obce, twórca będący na bieżąco i za pan brat ze współczesną literaturą światową, wreszcie twórca daleki od nacjonalizmu i zaściankowości – był zarazem bardzo zasłużony dla języka węgierskiego. Peter Esterházy twierdził, iż autor Ptaszyny „uczynił chyba najwięcej, by dzisiejszy język węgierski był taki, jaki jest”. Był również Kosztolányi odważnym obrońcą ojczystego języka przeciwko uniformizacyjnym tendencjom swojej epoki. Dokumentuje to znakomity list otwarty do jednego z francuskich językoznawców, napisany w roku 1930. Czytamy w nim między innymi:

Powołując się na pryncypia, zauważa Pan, że współczesna kultura dąży do jednolitości, wspólności, jednorodności. My, Europejczycy, nosimy w dzisiejszych czasach jednakowe ubrania, używamy podobnych szczoteczek do zębów, jemy prawie takie same potrawy. Z jednej więc strony, powiada Pan, niezwykły rozwój komunikacji niweluje odległości i cudownie jednoczy świat, a myśl naukowa dąży do stworzenia wspólnej podstawy wszystkiego, z drugiej – mnóstwo nieużytecznych języków ćwierka, piszczy, hałasuje tu, jeden obok drugiego, żądając prawa do życia. […] wyraża Pan nadzieję, że kiedyś nadejdzie epoka jednego pasterza i jednej owczarni i że ostaną się najwyżej tylko te języki, które reprezentują trwałą cywilizację i które dzięki swojej powszechności i wdziękowi ułatwią ludziom wzajemne kontakty. […] Cóż to oznacza? Ni mniej, ni więcej – że wielkie ryby wcześniej czy później pożrą małe rybki; uczynią to nie ze złości, lecz łagodnie i wręcz pokojowo, w imię ludzkiej kultury i dla większej chwały postępu; przeto małe rybki we własnym, dobrze pojętym interesie powinny być po prostu wdzięczne wielkim rybom za to, że zostały uratowane od cierpień i dano im zażyć rozkoszy cywilizacji. […] Po chwili dumy znowu ogarnia mnie więc pokora, i sympatia, zachwyt nad wszystkimi językami. Na pytanie, jaki to ma sens, że wszystkie ludy mówią swoimi językami, jaki ma sens to, że Węgrzy mówią po węgiersku, tak samo nie sposób dać rozsądnej odpowiedzi, jak na pytanie, po co w ogóle żyjemy. Tu zaczyna się tajemnica.

W przeciwieństwie do wspomnianego na wstępie Krúdyego, który do polskich przekładów nie ma szczęścia i w efekcie znamy znikomą część jego ogromnego dorobku, Kosztolányi jest nad Wisłą wydawany dość chętnie. Od lat można zapoznać się z rodzimymi edycjami Ptaszyny, Nocy poślubnej, Grzechu słodkiej AnnyKornéla Estiego, a początek października bieżącego roku przyniósł zaś wydanie Złotego latawca, bodaj ostatniej większej całości prozatorskiej autora dotychczas nieprzełożonej na polski.

Mamy wreszcie od niedawna kolejny po Nocy poślubnej, czyli po trzydziestoletniej przerwie, zbiór krótkich form autorstwa Kosztolányiego, tym razem w przekładzie nieocenionej Teresy Worowskiej, a zatytułowany Dom kłamczuchów. Umożliwia on wgląd w ważny i w ojczyźnie autora bardzo ceniony wycinek jego twórczości. Krótkie, często wręcz migawkowe opowiadania były przez lata jego znakiem rozpoznawczym, stanowiąc perełki nie tylko stylistyczne, ale też obserwatorsko-analityczne. Mało który autor – i mowa nie tylko o Węgrzech – potrafił w tak skrótowej formie oddać tak wiele i zajrzeć za tyle zasłon. Jak głosi legenda, na kolejne opowiadania Kosztolányiego niecierpliwie czekała liczna publika – nie tylko kręgi śledzące życie literackie, ale i na przykład adepci ówczesnej psychologii. Był to bowiem precyzyjny reflektor skierowany w ponadczasowe zakamarki ludzkich dusz oraz w realia współczesnej obyczajowości.

Dom kłamczuchów zasługuje ze wszech miar na uwagę. Najprostszy i najważniejszy powód: czyta się to świetnie. Kosztolányi był mistrzem krótkich form i na zazwyczaj ledwie kilku stronicach potrafił zawrzeć maksimum treści. Nie ma tu najmniejszych dłużyzn, otrzymujemy swoisty kondensat. Co istotne, opowieści te nie zestarzały się zbytnio. Jakkolwiek realia są momentami archaiczne, całość ocala to, co świadczy o dobrej literaturze: umiejętność obserwacji i ciekawego sportretowania ponadczasowych ludzkich cech, ciągot i zachowań. Jeśli coś tu jest staroświeckiego, to klimat epoki, w której czas biegł wolniej, a mniej wydarzeń, wynalazków, gadżetów i ogólnego natłoku wrażeń pozwalało być może widzieć więcej i bardziej wyraźnie, nie rozpraszać uwagi.

Są to opowieści przede wszystkim o słabościach. Nie tych wielkich – stąd słowo „kłamczuchów” zamiast „kłamców” w tytule całości – lecz drobnych, codziennych, powszechnych. Niewiele tu efektownych upadków i spektakularnych tragedii, jest natomiast wgląd w niedoskonałości charakterów, w delikatne potknięcia na życiowych ścieżkach. Kosztolányi nie odbrązawia człowieka i człowieczeństwa, a jedynie nie pozwala pochopnie stawiać im pomników. Mówi, że kondycja gatunku jest taka sobie – ale mówi to bez chęci piętnowania, demaskowania, bez wielkiego programu odzierania ze złudzeń i rozjaśniania mroków niepoznania. Powiedziałbym nawet, że mówi to z pewnego rodzaju czułością – nie jak jeden z tych samozwańczych obrazoburczych krytyków, którzy wtedy i do dzisiaj stawiają się z zasady poza nawiasem krytykowanej wspólnoty rodzinnej, lokalnej, narodowej czy ogólnoludzkiej, w które wymierzają oskarżycielski palec. Węgierski pisarz zdaje się wymierzać ów palec we wszystkich w ogóle i w każdego po trochu, siebie nie wyłączając. Tacy jesteśmy i takie są nasze niedoskonałości – ludzkie, arcyludzkie.

Wśród tych wszystkich grzeszków poczesne miejsce zajmują kłamstwa, czy może raczej kłamstewka. Autor nie tyle mówi, że wszyscy kłamią, ile raczej że każdy z nas może z łatwością i niemal niezauważalnie osunąć się w ten proceder, choćbyśmy z ręką na sercu przysięgali i rozgłaszali wszem i wobec, że uczciwość i prawdomówność to nasze najważniejsze, niezłomne zasady. Są tu kłamstwa odruchowe i nałogowe, kłamstwa jako styl bycia jednostek i rodzin, kłamstwa towarzyskie i biznesowe. Oczywiście są i kłamstwa wymuszone poważnymi okolicznościami, kłamstwa w imię dobra, kłamstwa wyzwalające. Okłamuje się umierającego brata. Okłamuje chorego ucznia w imię jego dobrego humoru i utrzymania własnej posady guwernera. Okłamuje korespondencyjnego wielbiciela, wysyłając mu fotografię zmarłej, pięknej siostry. Okłamuje zniedołężniałego starca, przed którym zatajono śmierć żony, a on podejmuje grę:

Zapewne sądził, że skoro nikt mu nie powiedział o śmierci żony, on też nie ma prawa uśmiercać jej w myślach, i w dalszym ciągu obdarowywał ją fałszywą, opartą na przejrzystym kłamstwie, cieniutką nieśmiertelnością.

Okłamują się małżonkowie, kochankowie, dzieci i rodzice, całe rody. Okłamuje się samego siebie. Bohater jednego z opowiadań, zapytany o to, jak spędził czas z synem przyjaciela, odpowiada: „Wychowywałem go. Przygotowywałem do życia. Nauczyłem go kłamać”.

Choć kłamstwo jest niemal wrośnięte w codzienność wielu ludzi, a autor unika zajmowania pozycji moralizatora, w kilku opowiadaniach Kosztolányi ukazuje, jak bardzo wyzwalające potrafi być zaprzestanie tego procederu. Nawet niewinne okłamywanie w słusznej sprawie staje się cierniem raniącym duszę jednostki i uniemożliwiającym dobre życie. Choć bywa i tak, że wskutek kłamstwa powstaje jakieś ponadjednostkowe dobro, to zerwanie z oszukańczymi praktykami pozwala odzyskać jednostce godność i szacunek wobec siebie. Są tu fragmenty niemal jak z mitycznych czy biblijnych przypowieści, ze szczególnie mocnym opowiadaniem Melodia, którego bohater, wielokrotnie okłamujący i zdradzający żonę, po jej nagłej przedwczesnej śmierci planuje odbębnić żałobę na pokaz, a następnie rzucić się w wir „używania życia”, teraz już przecież bez żadnych przeszkód – i uświadamia sobie nagle, że kocha zmarłą.

Węgierski prozaik nie pyta unde malum, nie docieka przyczyn postaw człowieczych. Jest natomiast świetnym obserwatorem tego, jacy jesteśmy. Choć przecież przez około sto lat, które minęły od napisania tych tekstów, dowiedzieliśmy się wiele o ludziach, a literatura zwana obyczajową czy psychologiczną rozrosła się o tysiące tomów, Kosztolányi wielokrotnie zaskakuje celnością spostrzeżeń i zdolnością odkrywania szerszych wymiarów zdarzeń czy postaw pozornie błahych i nieciekawych. Rozliczne sportretowane tu postaci stanowią swoisty przegląd typów ludzkich. Lekturze towarzyszy mimowolna refleksja, że przecież także my też znamy kogoś takiego, tyle że w innej epoce i otoczeniu cywilizacyjnym. Albo, choć to refleksja niekiedy gorzka, że literacki on czy ona – to także my sami.

Oczywiście ludzkie słabości i przypadłości to nie tylko kłamstwa. Dezső Kosztolányi kieruje uwagę na wiele innych postaw i zjawisk, w tym ponadjednostkowych. W Chińskim wazonie czytamy:

Na to spytał, czy widziałam na ulicy te nieszczęsne upadłe kobiety, które za policyjnym pozwoleniem sprzedają się za trzy pengő, i czy wiem, jak inni nimi pogardzają, jak wykluczają ze społeczności porządnych ludzi? Ale – dodał – pogardzają nimi nie dlatego, że one robią to, co robią, nie dlatego wykluczają je z grona przyzwoitych ludzi, że upadły, zeszły na złą drogę, ale dlatego, że sprzedają się za marne trzy pengő. Kobiety, którym trzeba płacić trzydzieści pengő, chodzą do lepszych kawiarni, a te, które można dostać za trzysta pengő, zapraszane są na salony, zaś takie, które żądają trzech tysięcy albo i więcej, obracają się w najbardziej wytwornych kręgach i mężczyźni fotografują się z nimi pod rękę. Wszystko zależy od wysokości sumy.

W innym z opowiadań znajdujemy gorzko-trafne spostrzeżenie:

Spacerowałam po ulicach i oglądałam wystawy. To cała nasza, biedaków, przyjemność, że przynajmniej możemy sobie pooglądać to, czego nie możemy kupić.

Wiele tu nie tylko o małych słabościach czy większych problemach jednostek i społeczeństwa, ale i o drobnych nadziejach. Świat opowiadań Kosztolányiego zaludniony jest głównie przez rozmaite odmiany tak zwanego „szarego człowieka”. Mają niewiele, a nawet gdy mają nie całkiem mało, to czegoś im brak, ich duszę drąży jakiś robak. Wyczekują prawdziwej miłości, odwrócenia się niekorzystnych kart losu, poprawy sytuacji materialnej, powrotu do zdrowia, odzyskania szacunku do siebie. Wzdychają do czasów młodości i ówczesnych pragnień. Przed śmiercią godzą się z życiem. Albo wytrwale dźwigają swój krzyż, jak zdradzany mąż z opowiadania Samcy:

Żona pocałowała go. A on się uśmiechnął. Zawsze się uśmiechał. W kasynie czasami wołano go na stronę, dyskretni znajomi ostrzegali go przed niebezpieczeństwami czyhającymi nań w życiu małżeńskim, ale on również wtedy się uśmiechał. Uśmiechał się w towarzystwie. A także, gdy był sam. Uśmiechał się niezłomnie, stale, z pasją. Podczas żoninych schadzek czytał gazetę na kozetce, łagodnie kręcił młynka palcami i uśmiechał się, śmiał, wybuchał śmiechem. Ten tęgi uśmiechnięty mężczyzna był wręcz przerażający. Jakby coś zrozumiał. Może znalazł klucz do nowej filozofii, może słyszał muzykę sfer, może obmyślał szkic do odkrywczej teorii społecznej. Nie wiadomo, bo nic nie mówił, dla siebie zachował tę tajemnicę i szczęście.

W pięćdziesięciu opowiadaniach składających się na Dom kłamczuchów każdy znajdzie coś dla siebie, tym bardziej, że autor nierzadko wkracza na pogranicze jawy i snu, fantazji, zdarzeń nierzeczywistych, płynnie przechodząc między tymi dwiema płaszczyznami. Mnie szczególnie urzekły dwie nowele, choć konkurencja była spora. Margitka mówi o dziewczynce zmarłej w pierwszym dniu życia, która dopiero po latach, wskutek dość makabrycznego żartu, zostaje rzetelnie upamiętniona na płycie rodzinnego grobowca. Z kolei Gipsowy anioł (jedno z kilku opowiadań publikowanych już wcześniej po polsku) to świetnie odmalowane zderzenie dwóch światów i dwóch gustów – prowincjonalnego i stołecznego – oraz wzajemnych oczekiwań i pretensji, z wzruszającym zakończeniem, którego tu oczywiście nie zdradzę. Bowiem warto wszystko to poznać samemu, ruszyć z Kosztolányim w wędrówkę po ścieżkach ludzkich losów i zakamarkach dusz. Jest to naprawdę dobry przewodnik po tej krainie.

Dezső Kosztolányi, Dom kłamczuchów, przełożyła i posłowiem opatrzyła Teresa Worowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Remigiusz Okraska, Kłamstwa i inne sprawy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 75

Przypisy

    Powiązane artykuły