02.04.2020

Nowy Napis Co Tydzień #043 / Mistrzowie felietonu – Roth i Márai

Polska felietonistyka powojenna, także ta tworzona już w III RP, nie ma szczęścia do wybitnych autorów. Felietony pisane w czasach komunistycznych spełniały rolę służebną: podkreślały osiągnięcia „władzy ludowej”, w lekki i dowcipny sposób starały się prześliznąć ponad problemami dręczącymi społeczeństwo i uświadomić czytelnikowi, że pod światłymi rządami „przewodniej siły narodu” zmierzamy we właściwym kierunku. W noc stanu wojennego dyżurni felietoniści junty, w rodzaju Daniela Passenta czy Krzysztofa Teodora Toeplitza, przekonywali z kolei, że wojna komuny z narodem to jedyne rozsądne rozwiązanie, pozwalając sobie przy tym na liczne szyderstwa z prześladowanych. Nie na wiele zdała się ta pisanina, ale za to w paskudny sposób skalała szlachetną formę felietonu, zaś upiorny duch tamtego pisania, służalczego, zdradliwego, układnego i lepkiego od umizgów, wciąż straszy z łamów poczytnych tygodników. Felieton ratował wtedy i wspaniale rozwinął na łamach ówczesnego „Tygodnika Powszechnego” Stefan Kisielewski, a po nim przez krótki czas także jego kontynuator Jerzy Pilch, ale nie na wiele się to zdało. Wystarczy przejrzeć listę dzisiejszych felietonistów tego krakowskiego tygodnika, a także przeczytać jeden czy drugi tekst, żeby dostrzec skalę upadku. W innych redakcjach i na rozmaitych portalach wcale nie jest lepiej.

Dlatego tak ważne jest dziś czytanie felietonów, które mogą stanowić wzór do naśladowania. Tak, naśladowania. Początkujący autor, korzystając z najlepszych wzorów, winien raczej mądrze naśladować mistrzów, niż ulegać naciskom swego naczelnego, któremu w imię koteryjnych układów zależy na uderzeniu w politycznych przeciwników. Co z tego, że to łatwiejsze. Łatwiej też o kompromitację takiego felietonisty, a także o coś gorszego – utratę własnego zdania, które w tej formie prasowej ma przecież pierwszorzędne znaczenie.

Blisko prawdziwego życia

Miniony wiek XX oglądał felietonistów, którzy byli jednocześnie wybitnymi pisarzami. Jednym z nich był Joseph Roth (1894–1939), którego felietony zebrane w tomie Oblicza czasu możemy teraz czytać i jednocześnie smakować niezwykłą urodę tych tekstów, w roku 1920 zamieszczanych w wiedeńskim „Der Neue Tag” i berlińskim „Neue Berliner Zeitung”. Urodzony w 1894 roku w galicyjskich Brodach Roth, weteran Wielkiej Wojny, w której walczył na ochotnika, w swoich tekstach zbiera powidoki i wrażenia, które potem będą stanowić o literackiej prawdzie jego wielkich powieści. Pochyla się przede wszystkim nad ludzką nędzą wywołaną klęską państw centralnych. Opisuje jadłodajnie dla biedaków, los bezrobotnych na ulicach Berlina (przejmujący tekst o ulicznym zbieraczu niedopałków), dzielnice biedoty, a także przybywających ze wschodu do Niemiec Żydów, którzy w strachu przed pogromami tworzą przytuliska biedy w niemieckiej stolicy. Felietony Rotha, choć smutne, skrzą się od poetyckich sformułowań oddających urodę miejsc, budują nastrój każdego tekstu. Niezwykłe doświadczenie lekturowe, krystaliczna forma. Choćby taki fragment z widokiem na biedną berlińską uliczkę:

[] niekiedy na ulicę wypada jasny, dźwięczny strzępek kobiecego śmiechu, brzmiącego tak, jakby mała, cienka srebrna moneta potoczyła się po bruku (Bar dla ludu).

Albo w innym miejscu:

Duchy przechadzają się w godzinach południowych, świat jest na opak, ludzie są odmienieni i zmęczeni nadmiarem tajemniczych zdarzeń. Codzienność już nie jest szara, lecz świeżo pomalowana. A gdy skręcisz za róg, to za słupem ogłoszeniowym stoi cud i szarpie cię za rękaw (Mistyka dnia powszedniego).

Felietony z życia miasta są świadectwem, że ich autor był blisko spraw berlińczyków i wiedeńczyków, potrafił bardzo uważnie na nich patrzeć i miał otwarte serce, choć przecież sam nie pochodził z żadnego z tych wielkich miast. Był obok ludzi i ich codziennych spraw, a to chyba właściwsza dla felietonisty postawa niż pisanie pod ideologiczny schemat.

Ciekawy zbiór tekstów w tym tomie stanowią korespondencje z frontu wojny polsko-bolszewickiej, po które wypada sięgnąć choćby z okazji przypadającej w tym roku rocznicy stulecia zwycięstwa 1920 roku. Joseph Roth znalazł się w pierwszych dniach sierpnia w Prusach Wschodnich, stamtąd obserwował polski odwrót i napływ czerwonej hordy ze wschodu. Pisał teksty i wysyłał je do Berlina. Co ciekawe, pisarz sympatyzuje w nich raczej z bolszewikami, a nie z Polakami, stara się poza tym o tak zwany chłodny ogląd całej sytuacji, naiwnie wierząc, że bolszewizm jest emanacją ustroju socjalistycznego, który był mu bliski. Dlatego pisze o dobrych jakoby nastrojach wśród ludności po wkroczeniu Armii Czerwonej, opisuje stroje i zachowania bolszewików, ich morale, strukturę armii. Po wizycie w Suwałkach stwierdza: „Życie […] jest pod każdym względem wolne od ograniczeń, widać też, że ludność po wyjściu Polaków czuje się wolna” (Dzień u bolszewików).

Trzeba tu koniecznie zrozumieć sytuację psychiczną Rotha i kontekst historyczny. Wspierana przez Ententę Polska była dla niego państwem pieczętującym klęskę jego ojczyzny, Austro-Węgier, państwem z wrogiego obozu. Ponadto pisarz z uwagą śledził doniesienia o pogromach na wschodzie, a relacje z frontu pisał tuż po doniesieniach o pogromie w Grodnie, który miał miejsce podczas wycofywania się wojsk polskich z tego miasta. Jako Żyd z Galicji łudził się na pewno, że nowy porządek, współtworzony przez wielu Żydów mających nadzieję na poprawę swej sytuacji, do tej pory tragicznej w państwie Czarnej Sotni i pogromów, falami ciągnących się od lat 80. XIX stulecia, a nasilonych właśnie w latach 1910–1920, zapewni żydowskim mieszkańcom Rosji bolszewickiej względny spokój. W 100. rocznicę polskiego zwycięstwa warto relację Rotha przypomnieć i czytać równolegle choćby z frontowymi zapiskami Stanisława Rembeka czy dziennikiem Izaaka Babla. Prywatnie, co nie jest żadną tajemnicą, Joseph Roth bardzo lubił Polaków, znał nasz język i przyjaźnił się z Józefem Wittlinem, kilkakrotnie odwiedzał też Polskę. W pamięci mamy także hrabiego Chojnickiego, ważnego bohatera takich arcydzieł Rotha jak Marsz Radetzky’ego i Krypta kapucynów, a także teksty wydane u nas w osobnej książce pod tytułem Listy z Polski (2018).

Węgier i Europejczyk

Sándor Márai (1900–1989), inny wielki prozaik minionego wieku, felietonem parał się w rozmaitych okresach swego życia. Raz był to felieton prasowy, innym razem radiowy, szczególnie ważny w latach komunistycznego zniewolenia, kiedy wygłaszał go z anteny Radia Wolna Europa. Kronika Niedzielna to autorski wybór felietonów publikowanych od 1936 do 1943 roku w budapeszteńskim dzienniku „Pesti Hírlap”. W tekstach tych pisarz dzielił się z czytelnikami swoimi refleksjami na temat dnia codziennego, zmieniających się obyczajów, swego warsztatu pisarskiego („Stara rada mówi, że o naszej pracy najlepiej milczeć; niech zamiast pisarza mówi książka” – notabene dobra rada dla współczesnych autorów, wywlekających na światło dzienne wszystkie żenujące „sekrety swego pisania”), a także refleksjami politycznymi po wybuchu II wojny światowej. Każdy z tych tekstów to zamknięty świat. Myślowo i formalnie bezlitośnie perfekcyjny, ale jednocześnie wychodzący w stronę czytelnika z nieśmiałą prośbą o podjęcie dialogu, o refleksję, o zastanowienie się, na przykład podczas chwil spędzonych w łaźni albo w wolnym czasie na Wielkiej Łące pod Budapesztem, miejscu niedzielnych wycieczkowych wypadów, gdzie spełnia się czas mieszkańców miasta nad Dunajem (Wielka łąka, o siódmej wieczorem). Spojrzenie Máraiego zawsze idzie w głąb, nigdy nie ślizga się po powierzchni, bo pisarz za bardzo szanuje swoich czytelników, bez względu na ich pochodzenie społeczne czy status majątkowy.

Widziałem pewnego kolejarza w roboczym mundurze, jak przed jednym z namiotów z książkami na bulwarze odliczył dwanaście pengö za tom poezji Jánosa Aranya. [] Prawdopodobne jest to, że do domu poszedł na piechotę, bo nie zostało mu pieniędzy nawet na tramwaj. Poszedł do domu na piechotę, z wierszami Jánosa Aranya pod pachą, za które zapłacił jedną dziesiątą swych miesięcznych zarobków. Spoglądałem za nim i miałem poczucie, że mimo wszystko warto pisać (Pisarz i jego świat).

Sándor Márai ze znawstwem bywalca literackiej kawiarni obserwuje rodaków i nie ma w tym spojrzeniu krytykanctwa, potępienia czy tak zwanej pedagogiki wstydu, do której przyzwyczaiła nas choćby felietonistyka III RP, w imię politycznej poprawności chłoszcząca mniej lub bardziej wyimaginowane „polskie przywary”. U Máraiego najlepiej widać to w felietonie opisującym mężczyznę porządkującego papiery przy kawiarnianym stoliku. Obserwujący go autor nie ma wątpliwości, że oto przed jego oczami odbywa się prawdziwe misterium stworzenia, kreacji człowieka na miarę naszych czasów, który istnieje tylko wtedy, gdy ma na to papiery. Ale nie szydzi, nie ironizuje.

To dlatego patrzę nań z szacunkiem, ze wzruszeniem. Zdaję sobie sprawę, w jakim stanie ducha się znajduje. Widać, że nie jest początkujący, zna trudności tego zadania, z nabożnością sięga po surowiec, po papier, z którego musi stworzyć własną osobę, na nowo musi stworzyć to, co nawet Bóg raz tylko stworzył (Zdjęcie zrobione na poczekaniu).

Wielką wagę przez cały okres swego życia i twórczości Sándor Márai przykładał do pojęcia Europy. Była dla niego domem, ideą i mitem. Wychowany w mieście Kassa (Koszyce) miał głęboką świadomość bycia i Węgrem, i Europejczykiem. W felietonach zamieszczonych w Kronice Niedzielnej wielokrotnie daje świadectwo swego niepokoju o losy kontynentu, zwłaszcza po wybuchu wojny, klęsce Francji i ataku Hitlera na Związek Sowiecki. Oczywiście nie znajdziemy tu potępienia polityki hitlerowskiej, pamiętajmy wszak, że ówczesne Węgry były sojusznikiem III Rzeszy. Mamy za to znakomity tekst o ponownym czytaniu Wojny i pokoju i szukaniu odpowiedzi na współczesne czasy właśnie w tej powieści (Wojna i pokój). Swoje zatroskanie ubrał Márai w formę wspomnienia letniej podróży koleją po Europie, z Budapesztu do Paryża i z powrotem, której kolejnymi przystankami były Triest, potem włoskie miasta: Genua, Vicenza, Florencja, w których czuł się jak u siebie, podobnie jak w Marsylii i Paryżu. W powrotnej drodze Monachium, jeden dzień w Wiedniu i już Budapeszt. Europa jako dom, zapoznany i bezpieczny, jako forma kultury i wrażliwości. „Czy to wszystko było grzechem?” – pyta Márai. I próbuje udzielić odpowiedzi:

Możliwe, że żyliśmy w grzechu. Ale skłonny jestem za ten grzech zapłacić, zapłacić życiem, i nie żałuję, że wszystko to i jeszcze wiele innych rzeczy, których nie sposób wyliczyć, dane mi było przeżyć (Letni wieczór).

Dlaczego jednak pielęgnujący wspólne dziedzictwo Europejczycy teraz tak okrutnie wystąpili przeciw sobie? Dlaczego się zabijają? W felietonie Co będzie potem Sándor Márai następująco pisze o kryzysie, który ogarnął Stary Kontynent:

Po prostu chodzi o to, że Europejczykowi należy przywrócić wiarę we własną misję, powołanie. To nieprawda, że można żyć bez tej wiary. Narody i jednostki żyją nie tylko dlatego, że akurat są tu na ziemi, że się urodzili, że mieli przodków, że znają się na orce i siewie albo na wykuwaniu broni. Narody, dokładnie tak jak jednostki, żyją tylko dlatego, że – i niekiedy już sądzę, że żyją tylko do momentu, gdy – żywa jest w nich wiara we własną rolę, misję; póki wierzą, że mają na tym świecie zadanie do wykonania, są potrzebni. To nieprawda, że narody żyją tylko dla celów wiążących się z władzą i tylko dzięki odpowiednim warunkom materialnym. Naród potrzebuje wiary w to, że zbudował coś wyższego rzędu niż egzystencja materialna, potrzebuje tego, by móc wierzyć w system prawny, w kulturę, w moralne i prawne zasady ludzkiego współżycia, które stworzyli i wyrazili mędrcy tego narodu.

Wizja Sándora Máraiego jest bardzo bliska pewnemu fragmentowi powieści Michela Houellebecqa Uległość. Pewnego dnia jej bohater znalazł się w romańskim opactwie i podziwiał Madonnę trzymającą na kolanach Dzieciątko. Oglądał rzeźbę bardzo dokładnie i przekonał się, że Dzieciątko nie jest tylko niemowlęciem na rękach Matki, ale przede wszystkim tronującym Panem Świata. Ci, którzy stworzyli to dzieło, na pewno byli przekonani o misji swego narodu i Europy, o których pisał Márai. Naprawdę wierzyli, że stworzyli „coś wyższego rzędu”.

J. Roth, Oblicza czasu. Felietony z roku 1920, tłum. E. Borg, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy 2019.

S. Márai, Kronika Niedzielna, tłum. I. Makarewicz, Warszawa 2019.

Okładka książki "Oblicza czasu"

Okładka książki "Kronika Niedzielna"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Mistrzowie felietonu – Roth i Márai, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 43

Przypisy

    Powiązane artykuły