12.11.2020

Nowy Napis Co Tydzień #075 / Najdelikatniejsze stokrotki

Ze wszystkich dostępnych człowiekowi doznań zmysłowych w pamięci najdłużej utrzymuje się podobno zapach. Powonienie ma ogromną siłę. Nie można więc dziwić się, że najmocniej oddziałują na odbiorcę przekazy, które grają wszystkim, co pachnie, które drażnią i śluzówkę nosa, i tajemnicze warstwy podświadomości, które nie ograniczają się w żaden sposób do pachnideł przyjemnych. Książka Dominiki Horodeckiej Wdech i wydech jest mocna i niewygodna. Wciągająca i niepozostawiająca złudzeń. Każda jej strona pachnie. Zapach dusznego, pogrążonego w marazmie miasta. Zapach Śląska. Zapach nałogu alkoholowego. Zapach ponurego współuzależnienia, bo z alkoholikiem pije przecież około pięćdziesięciu jedynie pozornie zdrowych i pozornie trzeźwych osób. Zapach kuchni, w której rządzi babcia. Kuchni rosołowej, mięsnej, czosnkowej i żylastej jak kotlet schabowy. Zapach moczu, którego należy się wstydzić, ponieważ świadczy o najgorszym rodzaju słabości, o najbardziej okrutnym upokorzeniu. Zapach strachu. Zapach emocji. Zapach życia. Życia boleśnie uproszczonego. Egzystencji banalnej i dramatycznej zarazem. Domy z betonu. Problemy mieszkaniowe. Udręka codzienności. I wśród tego wszystkiego ulokowane rażąco wręcz szczere wyznanie dziecka, które najprawdopodobniej nie będzie ani chciało, ani potrafiło dorosnąć. Książka, która mnie wyprowadziła z równowagi, zezłościła i zagniewała. Książka, która rozdrapała moje rany. Tekst szorstki, chłodny, okrutny. Czyta się doskonale. Przeżywa się dosłownie fizycznie. Chłonie się każdym czujnikiem wrażliwości. Typ pisarstwa, który uwielbiam – literatura zaangażowana, narracja, która nie cacka się z czytelnikiem, która nie chowa prawdy za skomplikowanym systemem retorycznym mającym na celu wygładzenie lub nadmierne wyolbrzymienie elementów świata przedstawionego. Awangarda. Moc. Prostota. Zapach najwyższej półki.

O rodzinie zawsze pisało się dużo i chętnie. Materiał to bowiem wdzięczny, rozległy i niebanalny. Dramaturgia relacji rodzinnych wypełnia niejeden opasły tom literatury pięknej, naukowej i dokumentalnej. Najtrudniejsze są łamigłówki domowe. Najbardziej bolą rany zadane w czterech ścianach dzieciństwa. Utkwił mi w pamięci pewien tekst znajomego psychologa, który brzmiał mniej więcej tak: 

Istnieją dwa typy rodzin – rodzina normalna i rodzina dysfunkcyjna. Pierwsza opcja nastawiona jest na rozwój wszystkich swoich członków, celem drugiej natomiast jest jedynie przetrwanie i ocalenie pozorów więzi.

Z jakiej rodziny pochodzisz? Jaką rodzinę tworzysz w swoim dorosłym życiu? – zdaje się pytać Dominika Horodecka na kartach swojej powieści. I nawołuje – odpowiedz, bez względu na to, jak jest trudno. Tekst otwiera oczy, bo nagle okazuje się, że te wszystkie uciążliwe i nachalne: „Mamo proszę!”, „Mamo, ale na pewno?”, „Mamo, a dlaczego?”, mają swoje głębokie i dramatyczne uzasadnienie. Nic nie dzieje się bez przyczyny. I nic nie pozostaje bez konsekwencji. Dzieci są skomplikowane. Czy ta konwencja nie trąci czasem Soukupovą i jej upodobaniem do rozkładania rodzin na czynniki pierwsze? Ależ oczywiście, że trąci! Powiem więcej – to jest dokładnie ten sam schemat myślowy, ta sama chłodna stylistyka, w której się nie komentuje i nie ocenia. Z tym że u Horodeckiej dochodzi coś jeszcze, jakaś drażniąca lepkość odczuć, jakiś nieznośny, podskórny niepokój. Czyta się ten tekst czasami ze złością, a czasami ze łzami w oczach. Bo nagle okazuje się, że rozumiemy, że wiemy, że doświadczyliśmy. I to jest, w istocie, najgorsze.

Dzieci posługują się inna skalą pojęć, uczuć i doznań niż dorośli. Dzieci potrzebują twardego gruntu pod nogami. Dzieci cierpią, gdy dorośli są słabi, bezsilni i zagubieni. Dzieci szukają oparcia i stabilizacji. A jednocześnie to właśnie dzieci bombarduje się nieustannie stereotypami, które wypaczają ich postrzeganie świata na całe życie. Dziewczynkom nie wypada, chłopcy mogą, ojciec jest drugi po Bogu, mama powinna, babcia wie… Autorka z chirurgiczną wręcz precyzją obnaża wszystkie koszmary „dobrego” wychowania. A czytelnik z łatwością wizualizuje sobie przyszłość tych nieszczęsnych młodych osób. Widzi więc kozetki psychoterapeutów i fortuny zostawiane u psychiatrów. Widzi i nie może odwrócić wzroku. Szczególne wrażenie robi zestawienie wpajania dorastającej bohaterce konieczności bycia grzeczną dziewczynką z równoczesnym oczekiwaniem od niej asertywności wobec kolegi z klasy. Młoda osoba, której nieustannie się wmawia całą litanię najróżniejszych „tego nie wypada dziewczynce”, ma nagle odgryźć się chłopcu, który ją obraził, bo przecież, w przeciwieństwie do niej, on dostaje na takie zachowanie pełne przyzwolenie otoczenia. Absurd? Niekoniecznie. Raczej bolesna ignorancja i daleko posunięty relatywizm dorosłych, którzy odpowiedzialność traktują jednak bardzo jednostronnie i wybiórczo. Dziecko uczy się więc słabości i bezsilności. Uczy się uników. I nie wie, co tak naprawdę stanowi wartość samą w sobie. Nie wierzy też, że może wartością nazwać pijącego ojca i całe jego współuzależnione otoczenie. A jednocześnie tak obsesyjnie, tak gorączkowo i fanatycznie tęskni za silnym, stabilnym i dorosłym rodzicem:

Tata jako sikający wydawał mi się bardzo nie na miejscu. Wolałam by jednak się spocił, bo tata moczący łóżko nie może być dorosłym ani tatą, to jest po prostu niemożliwe, a ja chciałam, żeby jednak nim był. Dorosłym i tatą.  

Rozczarowanie jest więc niezwykle konkretne, namacalne, realne. Ma swoją barwę, swój ciężar i swój zapach. Zapach uryny i alkoholowego wyziewu.

Jest więc to tekst o dziecięcym odbieraniu świata przez najrozmaitsze, w większości nieprzyjemne, pryzmaty. Główną płaszczyzną percepcji staje się alkoholizm ojca. Studium nałogu z punktu widzenia najpierw małej dziewczynki, a potem dorastającej nastolatki. Dramatyczny harmonogram egzystencji, której rytm wyznacza uzależnienie bliskiej osoby. Napięcie. Cała gama niejednokrotnie wykluczających się emocji – miłość, nienawiść, troska, współczucie, obrzydzenie. Dziecko, które najpierw kompletnie nie rozumie potrzeby picia, a z czasem zaczyna ją sobie bardzo nieudolnie racjonalizować. Dziecko, które w okrutnie perfekcyjny sposób przyswaja patologiczne wzorce zachowań. Dziecko, które musi część tego ciężaru i tej winy wziąć na siebie. Ale ojciec, choć praktycznie nie wypowiada się z własnej perspektywy, nie pozostaje jednak niemy. Czytelnik z łatwością dostrzega bowiem jego zmagania, jego strach i jego chorobę. Tu się nie mówi o winnych, tu się studiuje schematy powstawania postaw. Jakże doskonale to wszyscy znamy – pije, bo jest taki wrażliwy; pije, bo jest taki nerwowy; pije, bo mu nie wychodzi. Nigdy, przenigdy i pod żadnym pozorem nie pije dlatego, że chce, dlatego że tak zdecydował. I w tym momencie przypomina mi się książka zatytułowana Kobierki. Miejscami wstrząsająca, miejscami groteskowa relacja z trzeźwienia. A także refleksja na temat uczuć i doznań towarzyszących nałogowi. Gdybym miała więc postawę Ryszarda krótko podsumować, zrobiłabym to właśnie słowami Grzegorza Franczaka:

Jak prosto. Jak cudownie. Alkoholowe piekło kontra niebo wiecznej trzeźwości – trzeźwistości. Jak przejrzyście. Piekło: potworna spirala picia, ucieczka od siebie, od innych, od świata. Niebo: łagodna krzywa życia na trzeźwo, kontakt z samym sobą i innymi, w realnym świecie. Tymczasem dla mnie, który najwidoczniej myślałem po pijanemu zanim jeszcze zacząłem pić, bywało na odwrót. Piekło: przeraźliwe życie na trzeźwo, nieznośny, konfliktowy kontakt z samym sobą i kurczowy, spazmatyczny z innymi, w grozie realnego świata. Niebo? Ucieczka od wszystkiego, w cokolwiek: w fikcję, w fantazję, w naukę. W innych. W kobiety. W alkohol, w zamroczenie, w spiralę. W sen. Aż do upragnionego końca.

Pijane myślenie. Schematy – okrutne, nieubłagane, nieprzejednane. I tu postawmy kropkę.

Autorka sięgnęła po styl reporterski, z motywami niewygodnego naturalizmu. Tym, co uderza najmocniej jest fotograficzna wręcz pamięć. Całość układa się bowiem w retrospektywną opowieść o dorastaniu, o poszukiwaniu tożsamości i o dążeniu do uwolnienia. Natalia, dziewczynka ze Śląska, z kamienicy przyklejonej do cmentarza, od pierwszych chwil istnienia doświadcza najprostszych i zarazem najbrutalniejszych form egzystencji. Po lekcjach chodzi do zakładu pogrzebowego dziadka. W przedszkolu przeżywa pierwszą i prawdopodobnie najdotkliwszą traumę spowodowaną głębokimi deficytami adaptacyjnymi. Małżeństwo jej rodziców składa się z sześciu osób, ponieważ w jego skład wchodzą także dziadkowie – ze strony mamy i ze strony taty. Ona jest siódma – bez pary. Ojciec pije, matka nie wie, co ma począć ze sobą, z nałogiem męża, z córką, ucieka więc w chłód, w obojętność, w bezsilność. I nawet jeśli obie czasem chowają się pod jedną kołdrą, to i tak nigdy nie są wystarczająco blisko siebie. Tragiczny motyw dziecka opuszczonego. Ale Natalia finalnie podejmie decyzję, która podziała na jej korzyść, która ją uwolni. Postanowi bowiem odejść, a dokona tego w okolicznościach dość dramatycznych i kontrowersyjnych. W ostatnim akapicie niezwykle wymownie wybrzmią natomiast słowa: „…jedyne, co mogę zrobić, to nauczyć się akceptować…”. 

Jak zakwalifikować taki przekaż z teoretycznego punktu widzenia? Jak nazwać ten gatunek? Dla mnie jest to przede wszystkim powieść drogi. Drogi w ujęciu głęboko metaforycznym. Symboliczna podróż w poszukiwaniu samej siebie. Alegoryczne dążenie do spokoju w niespokojnym świecie. Poszukiwanie. Mądrość i determinacja, które pozwalają przetrwać. 

Zaczęłam od zapachu i na zapachu pragnę zakończyć. Ta książka zostanie ze mną na długo. Właściwie to nie sądzę, abym była w stanie kiedykolwiek o niej zapomnieć. Zmysł powonienia ma ogromną moc. Podobnie zresztą jak wybitna literatura. A książka Wdech i wydech jest właśnie wybitna. Mocny, głęboki tekst. Zacytuję zatem na koniec jeden z najbardziej poruszających jego fragmentów. Samozwańczo przyznam sobie też prawo do określenia głównego przesłania i poproszę – dbajmy o małe, blade i osowiałe dziewczynki. Te, które nam powierzono, te, którymi się opiekujemy, te, którymi kiedyś byłyśmy, i przede wszystkim te, którymi ciągle, gdzieś tam w środku jesteśmy:

Jeśli małe dziewczynki zalatują siuśkami, to może oznaczać, że czegoś bardzo nie chcą, albo odwrotnie – pragną za bardzo. Są wtedy blade i osowiałe. Wyciskają siki i uśmiechy, jakby musiały, jakby kąciki ust reagowały na komendę. Podniesione łapy wytresowanych psów z azylu. Zajady, za duże ponaciągane rajstopy, swędzące przeguby i pęcherze. Dokoła przygaszony świat zniszczonych zabawek, pogubionych klocków […]. Pod każdym kryje się jakaś obcość. A przecież małe zatroskane dziewczynki należałoby objąć specjalną ochroną, to najdelikatniejsze stokrotki na łące. 

D. Horodecka, Wdech i wydech, Wydawnictwo Warstwy, Warszawa 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Katarzyna Aksamit, Najdelikatniejsze stokrotki, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 75

Przypisy

    Powiązane artykuły