07.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #082 / Kod czerwony aktualny

Mówienie o doświadczeniu pandemii w moim życiu cofa mnie do połowy stycznia. Wtedy właśnie zaczęłam pracę w prywatnej przychodni medycznej w stolicy Górnego Śląska. Nie wiem, dlaczego tak mi na niej zależało. Może dlatego, że się wcześniej nachodziłam po rozmowach kwalifikacyjnych, a może dlatego, że z zewnątrz podobała mi się praca recepcjonistki w tej konkretnej placówce. Bardzo chciałam tę pracę dostać. I udało się.

Dwa tygodnie później w odległym Wuhan w Chinach wybuchła epidemia Covid-19. Ale przecież tutaj nie dotrze.

27 stycznia 2020

Już pracuję, wciąż się uczę, siedzę ze starszymi koleżankami na recepcji. Przyglądam się ich pracy, zaznajamiam ze skomplikowanym systemem.

Podchodzi do nas młoda kobieta z dwiema dziewczynkami u boku. Jedna z nich ma dziś wizytę.

— A wie pani co, bo my byliśmy w Chinach i moje córki kaszlą. Chcę sprawdzić, czy to nie ten nowy wirus. Czy pani doktor może przyjąć obie dziewczynki?

Zmroziło nas, ale tylko tyle. Wydaje się, że to żadna straszna choroba. Kaszel, gorączka, zapalenie płuc. Młodzi są bezpieczni. Koleżanka z recepcji ciągle pociesza samą siebie. Szuka potwierdzenia, że jej syn jest bezpieczny. Słyszę jeszcze jednym uchem, że zostały skierowane do szpitala, do Krakowa. Ciekawe, czy dowiedzielibyśmy się, gdyby potwierdzono u nich zakażenie.

Złoszczę się przez moment. Globalizacja, otwarte granice, świat się skurczył. Pamiętam, jak w zeszłym roku na studiach mieliśmy zajęcia z technologii informacyjnej. Na egzaminie dostałam pytanie o negatywne skutki globalizacji. Odpowiedź wciąż brzmi mi w uszach: łatwiejsze rozprzestrzenianie się chorób.

10 lutego 2020

W pracy procedury zmieniają się z godziny na godzinę. „Kod czerwony aktualny, gabinet nr 3 to teraz izolatka. Noście rękawiczki, maseczki macie w szufladzie, będą obowiązkowe przyłbice, już zamówiliśmy. Gdyby któraś czuła dyskomfort psychiczny, niech przyjdzie do mnie, pogadamy, załatwimy to”.

5 marca 2020

Powoli zamykają się uczelnie. Uniwersytet Śląski na razie nie. Jutro o 13.00 ma być narada, później zostaną podane informacje. Internet huczy. Studenci chcą zawieszenia zajęć. No kto by nie chciał? Sytuacja prawie idealna dla stereotypowego studenta, który tylko migałby się od zajęć. Wszyscy oburzają się, że rektor jeszcze nie zawiesił działalności, że nie podjął decyzji, że bezpieczniej będzie zostać w domach, nie narażać się nawzajem. Studenckie grupy są pełne memów, między innymi tego zaczerpniętego ze Shreka i przemowy Lorda Farquaada: „Zapewne wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów”.

Jechać do domu czy nie? Mój ostatni weekend z wolnym piątkiem. Ostatni długi weekend. Tak bym chciała do domu, ale boję się, w końcu pracuję w przychodni, pełno tu ludzi, nie wiadomo skąd przychodzą, z kim mieli kontakt. Dzwonię do mamy, chcę usłyszeć, co mi poradzi. Odbiera ciocia: „Nie wiem, co mam wam na to pytanie odpowiedzieć. Mama też wam raczej nie powie. Musicie sami zdecydować”.

Dobrze, to ostatni raz, potem już do świąt nie.

10 marca 2020

Coraz głośniej o wielkich rozmiarach epidemii we Włoszech. Zachorowań ponad 10 tysięcy, kilkaset śmiertelnych. Nie wszyscy jednak natychmiast rezygnują z wyjazdu na narty do włoskich Alp (na czele z marszałkiem senatu, który nie ma sobie absolutnie nic do zarzucenia). Młodzież włoska, zwolniona ze szkół, masowo idzie bawić się do klubów. Pogratulować rozwagi. W telewizji z przerażeniem obserwuję, jak Francuzi i Anglicy biegają po ulicach i krzyczą, że nikt nie ma prawa zatrzymać ich w domu, że nikt nie ma prawa zabronić im spotkań ze znajomymi. Krzyczą i śpiewają. Wydaje się, że niczego się nie boją.

U nas 22 chorych.

11 marca 2020

A jednak, premier ogłosił zawieszenie zajęć w szkołach i na uczelniach. Na razie do 25 marca. Ale to przecież niemożliwe, żeby na dwóch tygodniach się skończyło. Mój brat pojechał do domu, do rodziców, zostałam w mieszkaniu sama. Rodzice są nauczycielami, dla nich szykuje się przerwa od pracy. Trochę zazdroszczę im czasu, jaki będą mogli ze sobą spędzić. We wszystkich mediach słychać głosy zachęcające do pozostania w domu. Tylko że ja nie mogę.

14 marca 2020

Od niedzieli mają być zamknięte granice, zawieszone loty. Rodzice Piotrka, mojego narzeczonego, polecieli do Niemiec, do rodziców, do dziadków Piotrka. Babcia jest po operacji. Dzwonimy do nich, nie wiemy, czy są świadomi, że być może nie dadzą rady wrócić do kraju. Okazuje się, że już przebukowali bilety, przylecą wcześniej i sami nałożą na siebie kwarantannę.

Piotrek pracuje w branży lotniczej, jest mechanikiem lotniczym, jego brat też. Co będzie? Na razie pracuje normalnie, ale niepokój rośnie.

16 marca 2020

Potrafimy być wspaniali. W tak ciężkich chwilach ciągle widzę, jak ludzie organizują się, wpłacają pieniądze na konta szpitali, organizują zbiórki kosmetyków, suszarek, przedmiotów codziennego użytku dla pielęgniarek, które zmuszone są do pozostania na oddziałach zakaźnych. Stacje benzynowe oferują darmową kawę dla ratowników, pielęgniarek i lekarzy. Restauracje dowożą posiłki dla personelu medycznego. Ciężkie czasy tworzą piękne charaktery, choć nie brakuje też oczywiście oszustów, którzy uruchamiają fałszywe zbiórki, zachęcają do przelewania pieniędzy na fałszywe konta. Sępy, po prostu brak słów. Żerowanie na cudzej krzywdzie i na otwartych, dobrych sercach szlachetnych ludzi. Ale cóż, przyroda dba o równowagę. Dobre uczynki równoważą te złe. Oby tych pierwszych było jak najwięcej, obyśmy potrafili się jednoczyć w tak trudnych czasach.

Wieczorem napisałam do mojej koleżanki z czasów liceum i wymiany uczniowskiej z Lecco, z Lombardii. Pytałam, jak wygląda sytuacja z ich punktu widzenia, czy naprawdę tak, jak jest to przedstawione w mediach. Opowiedziała, że faktycznie sytuacja przedstawia się w jasnych barwach. Siedzą w domach od 8 marca, a szkoły zamknięto już 24 lutego. Przed nimi kwarantanna co najmniej do 3 kwietnia. Nie wydawała się wystraszona, raczej znudzona siedzeniem w domu. W takim typowym włoskim stylu, największy ból, że zamknięto puby. Nie prowadzi się zajęć online, prawdopodobnie będą musieli wracać do szkoły latem, żeby nadrobić zaległości. Zapytała, jak wygląda sytuacja u nas. Opowiedziałam bardzo podobną historię o zamkniętych sklepach, galeriach, kościołach, kinach, uziemionych samolotach oraz o mojej pracy w centrum medycznym. Była zachwycona: „Jesteś jednym z tych aniołów, które pracują dla nas, dziękuję! Dziękuję Ci bardzo. Podziwiam każdego, kto pracuje w służbie zdrowia”.

18 marca 2020

Wieczór w pracy, jest jeden internista, ma tylko porady telefoniczne. Siedzimy same, jest spokojnie, nic się nie dzieje. Nagle przychodzi lekarz:

— Słuchajcie, do pół godziny będzie pani. 38 stopni gorączki, kaszel. Muszę ją zobaczyć.

Ciepło mi, gorąco, pocę się. Zakładam maseczkę, przyłbicę, rękawiczki. Dobrze, że rano zamontowali nam szyby ochronne. Dziewczyna, która jest ze mną na zmianie, jest przerażona. Przerażenie miesza się u niej ze złością.

— Jakim prawem, ja się nie zgadzam, nie chcę iść na kwarantannę.

Nagle w przypływie strachu wskakuje pod biurko, nie chce spotkać się z tą zakażoną osobą. Ja muszę zostać na stanowisku.

Pielęgniarka, która jest ze mną na zmianie, to wspaniała kobieta. Pielęgniarka z powołaniem, jak to się zwykło mówić. Oprócz pracy w naszej prywatnej przychodni pracuje też w szpitalu, na izbie przyjęć. Często opowiada o tym, co dzieje się w namiocie triażowym ustawionym przed szpitalem. I ciągle powtarza, że ma nadzieję wrócić do córki do domu ze zmiany w szpitalu. Zakłada kombinezon ochronny, maseczkę, czepek. Czekamy. „Kod czerwony aktualny”. Gabinet nr 3 – izolatka, trzeba tam panią poprowadzić, zmierzyć temperaturę i potem do lekarza.

— Nie chcę na kwarantannę – mówi współpracownica.

Też nie chcę. Oby to był fałszywy alarm. Nie przestaję się uśmiechać.

„Kod czerwony aktualny”.

Pani się pojawia, chyba nieświadoma zagrożenia i emocji, przed jakimi nas postawiła. Takie odnoszę wrażenie.

Nie tracę nadziei, że w Niedzielę Palmową z moim chórem zaśpiewam podczas Misterium Pasyjnego. To jeszcze trzy tygodnie. Tak wiele może się zmienić.

Z gabinetu lekarskiego dochodzą mnie tylko strzępki słów, pada hasło: „sanepid”. Włosy stają mi dęba, po plecach płynie kropla zimnego potu. A co by się stało, gdyby pani okazała się jednak zakażona? Poszlibyśmy na kwarantannę? Pani wychodzi z gabinetu, lekarz mówi, że to infekcja gardła, nie trzeba zgłaszać. Uff, dobrze, chyba wszystko gra.

23 marca 2020

Nasz zwyczajny dzień pracy w nowej rzeczywistości jest bardzo zawiły i wymagający. Obowiązkowo musimy nosić maseczki i rękawiczki. Po całym dniu, czasem po sięgającej 12 godzin zmianie w pracy, ma się wrażenie, że głowa boli z niedotlenienia. Ręce szczypią, robią się bardzo podrażnione od noszenia rękawiczek i traktowania dłoni środkami dezynfekującymi. Co pół godziny przeprowadzamy dezynfekcję walidatora biletów parkingowych i terminali. Dodatkowo dezynfekujemy długopis i stanowisko po każdym pacjencie. Czasem zastanawiam się, czy rzeczywiście jest możliwe, żeby któryś z pacjentów przyniósł na rękawie jakiś wirus i zostawił go na naszym blacie. Czy kiedyś zdarzyło się, że zabiłam chusteczką prątkobójczą, wirusobójczą, bakteriobójczą, grzybobójczą, drożdżobójczą tego małego, złośliwego stwora.

Przy drzwiach siedzi pielęgniarka, która wykonuje triaż, to znaczy mierzy temperaturę, zapisuje wynik w ankiecie, podpisuje się i podaje pacjentowi do uzupełnienia. Ankieta zawiera pytania o dane osobowe, o informacje dotyczące przebywania w krajach uznanych za ogniska zakażeń. Pacjenci są zdezorientowani, bo w sumie obecnie Polska też jest krajem, w którym koronawirus występuje, więc nie wiadomo, czy zaznaczyć TAK, czy NIE. Dopuszczalna temperatura, z jaką wpuszczamy, to 37,5ºC. Nie wierzę do końca w dokładność tych termometrów.

Mam ku temu powody, ponieważ nieraz zdarza się, że termometr zmierzy 37,8ºC, a sekundę później już 36,4. Jeżeli dopuszczalna temperatura to 37,5, margines pomyłki jest bardzo szeroki. Starczy zmierzyć temperaturę z większej lub mniejszej odległości od czoła i już wynik może być zafałszowany.

Niby to wszystko dla większego bezpieczeństwa, ale nie trzeba chyba mówić, że nie czujemy się bezpiecznie. Nie pomagają też dodatkowe okrągłe stoliki, które postawiłyśmy przed biurkami, żeby ludzie nie podchodzili tak blisko nas. Ale czasem zdaje mi się, że ludzie są jak woda. Wejdą wszędzie. Wślizgują się w przestrzeń pomiędzy stolikiem a biurkiem, żeby podać mi bilet do walidowania czy dopytać o jakiś zapisek na skierowaniu.

Bywają chwile, że ludzie kumulują się przy naszych stanowiskach w oczekiwaniu na zarejestrowanie, prosimy o odstęp, ale i tak musimy wyjść zza pleksi, wymieszać się z pacjentami, żeby zdezynfekować stanowisko. Niektórzy kpią z nas, śmieją się prosto w oczy z naszych prób budowania sobie nieporadnych fortów, murów obronnych. Chciałabym, naprawdę chciałabym, nie musieć traktować ludzi jak potencjalne zagrożenie. Chciałabym podchodzić do nich z życzliwością, z zaufaniem, z pomocną dłonią. Ale mimo najszczerszych chęci, jakkolwiek starałabym się nie okazywać strachu, wszystko w moim otoczeniu mnie zdradza. Staliśmy się wobec siebie nieufni, podejrzliwi.

Wieczory są raczej spokojne, zazwyczaj jest tylko internista, który prowadzi porady telefoniczne. Zdarzył się nawet jeden wieczór, że nie było żadnego lekarza, ale nie można było zamknąć centrum wcześniej. Co do lekarzy, ciekawe jest to, że strasznie się boją. Wielu z nich odmówiło przychodzenia do przychodni, a ci, którzy przychodzą, przyjmują tylko w fartuchach i ciągle proszą o przynoszenie nowych rękawic i środków dezynfekujących. Używają ich po prostu na potęgę! Ten ich strach, to jak poważnie do tego podchodzą, jest jedną z tych rzeczy, które mi nie pozwalają przestać się bać.

26 marca 2020

Wieczorem płaczę, bo kryzys w lotnictwie zaczyna dotyczyć także nas. Kończy się praca na hangarze w Katowicach i możliwe, że Piotrek będzie musiał pojechać do pracy do Rzeszowa, do drugiej siedziby firmy. Tam jeszcze trwają lotnicze przeglądy. Ciągle mówi, że lepiej tak, niż żeby mieli ich wysyłać na przymusowe urlopy. Jego wyjazd dla mnie oznaczałoby zostanie samej w tym ogromnym mieście. Zostanę tu sama, samiuteńka. Płacz przeradza się w szloch. Podłamuję się. Ciągle powtarzaliśmy sobie, że dopóki jesteśmy razem, wszystko będzie dobrze. A co jeśli teraz już nie będziemy razem?

Godz. 21.21, WhatsApp:

„Haneczko, rzuć tę pracę. Umrzemy ze strachu o ciebie”.

7 kwietnia 2020

Rośnie temperatura powietrza, słoneczne dni zdarzają się teraz codziennie. Czekamy jednak nadal jak motyle w swoich kokonach, by móc w pełni cieszyć się z kwitnącego świata. Czekamy na prawdziwą wiosnę i prawdziwą radość.

Schodząc na ziemię, uświadamiam sobie, że mam tylko zimowe rzeczy. Buty do kostek, płaszcz, swetry. Zwykle zjeżdżam do domu na weekend i wymieniam ubrania.

 — Mamo, wyślesz mi je pocztą?

— Przyjedziemy. Przywieziemy ci je. Bezkontaktowa dostawa.

Robię wideokonferencję z bratem i mamą. Ona wyjmuje rzeczy z mojej szafy, a ja mówię, których potrzebuję. Piotrek napomyka:

— Uważaj, nie przytulaj się. Ta nasza izolacja musi mieć sens. Nie narażaj ich. I nie płacz, kochanie.

Postaram się.

Fragment dziennika pandemicznego ze zbioru Wiosnę odwołano. Antologia dzienników pandemicznych

Dzienniki pandemiczne można zakupić w e-sklepie Instytutu Literatury.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Hanna Golda, Kod czerwony aktualny, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 82

Przypisy

    Powiązane artykuły