18.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #088 / Listy z Procidy (8): Procida

„Dla wielu ludzi, żyjących daleko stąd, nazwa mojej wyspy jest nazwą więzienia” Elsa Morante

Cześć Małgosiu,

u nas także awokado latośLatoś – w tym roku. Stare polskie słowo, które Doroszewski zalicza do żyjących jeszcze w gwarze. Rzeczywiście niektóre polskie gwary przechowują relikty dawnej polszczyzny. Rozczytuję się teraz po raz któryś w „Chłopach” Reymonta i może stąd reminiscencje. Za chwilę odbije mi się pośpiełą boćwiną. Anamneza? [1] obrodziło. Masz rację, pajda chleba z pełnego ziarna pomazana pastą z awokado syci na pół dnia. Tylko ja zamiast soku z cytryny dodaję nieco limoncello (specjał Procidy, gorzki likier na limonowych skórkach), a miękisz awokado ugniatam z młodziutkimi pędami dzikich szparagów, które zbieram podczas codziennej przechadzki w parku z huśtawkami na wysokim urwisku wschodniego brzegu wyspy, skąd jak na dłoni widać Capri i grzbiet Półwyspu Sorrentyńskiego. PośpiełaPośpieła – dojrzała, zdążyła na czas. Podobnie jak „latoś”, z dawnej polszczyzny ostała się jeno w gwarze.[2] także boćwina, Natasza robi z niej pyszny rosyjski barszcz, jakiego w Rosji nie uświadczysz. Takiej boćwiny w całej Federacji Rosyjskiej nie znajdziesz, ile byś się nie nachodziła… WotWot – tutaj rusycyzm wstawiłem świadomie, aby mieć okazję zwrócić się do Pani, Droga Pani Marto, jak zwracałem się niegdyś do prokuratora-cenzora w listach do matki z aresztu śledczego na Kurkowej w Gdańsku. Otóż mój język, Droga Pani, od czasów mojej dawnej współpracy z „Kulturą” paryską przybrał formę, którą Redaktor Giedroyć nazwał „wilczym wolapikiem”. Nie jest to bynajmniej mechaniczne wmieszanie rosyjskich słów do języka polskiego, lecz przeglądanie się polszczyzny w rosyjskim lusterku. Seriozno, które zakwestionowała Droga Pani w jednym z poprzednich listów, jest tego wykrzywiania się najlepszym przykładem… Użycie przeze mnie rosyjskiego „seriozno” w miejsce polskiego „na serio” poddaje „serio” w wątpliwość, nieprawdaż? Niniejszym łączę wyrazy szacunku.[3] i ja jąłem o jadle na wyspie zamiast o wyspie samej, jak mnie prosiłaś, ale to dla wysp znamienne, że wszystkie pogaduchy zaczynają się od nich i kończą na jedzeniu. Albo na tym, co też wczoraj jedliśmy, albo co dzisiaj na kolację będziemy jedli, albo też co na jutro kupimy, aby zjeść? Może to cecha isolomanii, o której Lawrence Durrell pisał do Henry’ego Millera, że jest chorobą osobników długo żyjących na wyspie i powoli z wyspą się utożsamiającychWyspa po włosku – to „isola”. Stąd izolacja – sedno wyspiarskości. „Isolomania”, wedle Laurence Durrella, to odkryta przez niego na Rodosie nowa jednostka chorobowa, polega na utożsamieniu się człowieka z wyspą. Pisał o tym ojciec Ludwik (Thomas Merton) w swoim dzienniku klasztornym „Nikt nie jest samotną wyspą”. Od czasów starożytnych na wyspach stawiano monastery i więzienia, dlatego „isola” to także synonim celi w obu znaczeniach tego wyrazu.[4], a może przejaw starości, Małgosiu, gdy inne zmysły wygasają i tylko język dostarcza nam jeszcze przyjemności w epikurejskim tego słowa znaczeniu – i jako mięsień organoleptyczny wyposażony w kubeczki smakowe, i jako organ do wydobycia myśli z otchłani milczenia. Jak by tam nie było, „pod celą” na Kurkowej awokado nie jadaliśmy.

Najpierw parę wiadomości ogólnych, abyś mogła sobie naszą Procidę na mapie odnaleźć i do nas trafić. Ta niewielka wysepka w archipelagu Wysp Flegrejskich, czyli Ognistych, okalających Zatokę Neapolitańską od północy, leży na terytorium jednego z najbardziej sejsmicznych rejonów świata! Erupcja superwulkanu sprzed czterdziestu tysięcy lat wyniosła stąd pyły aż do Uralu; niektórzy badacze dopatrują się w niej przyczyny wyginięcia neandertalczyków… Dzisiaj znowu biją na alarm! Niedawno wspólne grono ekspertów z Włoch, Szwajcarii i Stanów Zjednoczonych, którzy od lat prowadzą badania w naszym rejonie, ogłosiło, że w superwulkanie wzbiera magma, co oznacza gotowość do erupcji i zagraża całej Europie. Jest to już drugie takie ostrzeżenie! Cztery lata temu specjaliści z Włoch sygnalizowali, że komora magmowa superwulkanu podnosi się w tempie trzech i pół centymetra rocznie, a zeszłym latem w gardziel Solfatary obsunęła się rodzina z Mediolanu, mama z tatą i bratem na oczach drugiego synka, siedmiolatka. Teren zamknięto dla turystów.

Dawni Rzymianie nazywali naszą wyspę Prochyta (z greckiego prochyo albo proketai), to znaczy „wyłoniona z głębiny”, powstała bowiem w wyniku jednoczesnego wybuchu czterech podwodnych wulkanów, z magmy, jaka z nich wypłynęła i zastygła w skalną grudę żółtego tufu pośród Morza Tyrreńskiego. Według greckiej mitologii leży pod nią Mimas, jeden z gigantów, syn Uranosa i Gai, powalony przez bogów w gigantomachii. Natomiast Dionizjusz z Halikarnasu w Starożytności rzymskiej pisał, że nazwanie wyspie dał Eneasz na pamiątkę piastunki Prochýtē, którą miał tu pochować… Biorąc pod uwagę, że pod sąsiednią Ischią bogowie pogrzebali innego giganta, Tyfeusza, można mniemać, że Wyspy Flegrejskie są pozostałością najsroższych zmagań w dziejach świata. Po wielkim boju gigantów z bogami zostało jeno gruzowisko tufu w Morzu Tyrreńskim. Nieraz o tym myślę, przesypując wulkaniczny piach przez palce.

Na Procidę najprościej dostać się statkiem z Neapolu, podróż trwa czterdzieści minut. Jeśli siądziesz przy oknie prawej burty i masz dobry wzrok, będziesz mogła czytać krajobraz szybko przepływający za szybą jak książkę książek. Najpierw płyniemy wzdłuż brzegu miasta na północ w stronę wzgórz na horyzoncie, po prawej skalisty zrąb Parku Wergiliusza nad Posillipo, a po lewej ostrówek Nisidy, gdzie w willi Brutusa uknuto spisek na Cezara, współcześnie zaś osadzają tam małolatów. Nie tak dawno paru chłopców z paranzyParanza – łódź rybacka, z której nocą łowi się ryby, zwabiając je na silne światło… Powieść Roberto Saviano, o której mowa, zatytułowana jest „Chłopcy z Paranzy”, bo jej bohaterowie, młodociani mafioso, nocami polują w Neapolu na ludzi, a zarazem sami przypominają ryby, które trzepocą się w sieciach, oślepione blaskiem władzy i kasy.[5] trafiło na Nisidę w nowej powieści Roberto Saviano. A po drodze, jeśli się wpatrzysz uważnie w brzeg, dojrzysz słynne pałace. Zaraz za Mergelliną posępne palazzo Donny Anny, dużo się w nim dzieje w Solfatarze młodszego HenaChodzi o „Solfatarę” Macieja Hena z 2015 roku– przyp.red.[6], nieco dalej Villa Gaiola, w której Norman Douglas pisał Siren Land, tam też naftowemu carowi Paulowi Getty’emu ‘Ndrangheta (mafia kalabryjska) dostarczyła ucho Paula Getty’ego juniora jako zachętę do wykupienia żyjącego jeszcze wnuka, co z kolei stało się „zapłonem” dla Herlinga do napisania Oka Opatrzności, a w końcu Silvio Perrella, który kiedyś terminował u Herlinga, w swojej nowej książce Le ombre della Gaiola przywrócił cienie mieszkańców Villi Gaiola do istnienia… Rzuciłem tu na chybił-trafił parę tytułów, jakie mi przyszły w pierwszej chwili do głowy. Jednego życia nie wystarczy, żeby przeczytać wszystkie książki powstałe tutaj bądź inspirowane najbliższą okolicą.

Na wysokości Nisidy wykręcamy na zachód, pozostawiając po prawej Zatokę Bajską, którą szalony Kaligula przykazał przegrodzić mostem, by spełniła się wróżba Trazyla, że stanie się cesarzem, kiedy przejedzie zatokę konno. Opisał to przedsięwzięcie Robert Graves w znakomitej powieści Ja, Klaudiusz:

Zebrawszy około czterech tysięcy statków, z czego tysiąc specjalnie w tym celu zbudowanych, zakotwiczył je w dwa rzędy jeden koło drugiego, burtą do burty w poprzek całej zatoki, od stoczni puteolskiej do willi cesarskiej w Bauli. Okręty były dziobami zwrócone na zewnątrz, a rufami do siebie. Ponieważ jednak rufy dla tego celu okazały się zbyt wysokie, kazał je odpiłować wraz z rzeźbami, które się tam znajdowały. Wywołało to wielką żałość u marynarzy, gdyż rzeźby te przedstawiały bóstwa opiekujące się statkami. Na utworzony w ten sposób most zwieziono ziemię, którą następnie twardo ubito, tak że powstał szeroki, solidny gościniec długości około sześciu tysięcy kroków. Zatrzymawszy większą liczbę okrętów, które wracały właśnie ze Wschodu, Kaligula zrobił z nich pięć wysp w odległości tysiąca kroków jedna od drugiej i połączył je pomostami z głównym gościńcem. Wzdłuż niego zbudował kilka sklepów, które rozkazał edylom zaopatrzyć w ciągu dziesięciu dni w towary i obsługę. Następnie zaprowadził wodociągi i założył trawniki, a na wyspach zbudował wioski.

Na szczęście przez cały czas robót pogoda dopisywała i morze było gładkie jak szkło… Ciekawym, ile czasu zająłby Kaliguli przekop Mierzei Wiślanej?

A dalej Baje. Rozpisywali się o nich Horacy, Seneka i Juwenalis, jeno nasz Odyniec w Listach z podróży wzdychał: „O Bajach nie ma co bajać […]”. I zaraz potem skalne siodło Cape Miseno z latarnią morską na samym skraju, skąd kolejna tròpa prowadzi aż do Eneasza, który pogrzebał tam swojego druha i trębacza Misenusa przed zejściem do Hadesu u brzegów Averno.

To gdzieś stamtąd epistolograf Pliniusz Młodszy obserwował wybuch Wezuwiusza unicestwiający Pompeje w 79 roku i opisał go w liście do Tacyta. Przebywał wtenczas u stryja, znanego historyka Pliniusza Starszego, gdy ten dowodził eskadrą okrętów wojennych stacjonujących w rzymskiej bazie Misenum. Gdy nad Wezuwiuszem ukazała się chmura o kształcie drzewa magnolii z rozbłyskami ognia i ziemia zadrżała, stryj na czele eskadry wyruszył na pomoc Stabii, leżącej na przeciwległym brzegu, a bratanek został w domu. Wolał doczytywać Tytusa Liwiusza… Aliści nazajutrz, gdy „czarna chmura pękła, by odsłonić wielkie języki ognia podobne do monstrualnych błyskawic”, wyrywał w popłochu z Misenium z poduszką na głowie, osłaniając się przed rozżarzonym popiołem… Procida pewnie wtedy też panikowała, wszak leży w tej samej odległości od wulkanu.

Płyniemy dalej, czas również płynie, wyjrzyj przez okno lewej burty, a zobaczysz pod słońce kamienną twierdzę na tle rozświetlonego nieba. To Terra Murata! Terra Murata – czyli Ziemia Zamurowana. Gniazdo budowli za grubymi murami na najwyższym wzniesieniu Procidy z górującym nad nimi Zamkiem D’Avalos, zbudowanym w XVI wieku przeciwko saraceńskim piratom. Potem zamieniono go w jedno z najcięższych więzień w Italii. Nie darmo Elsa Morante twierdziła, że Włosi nazwę wyspy kojarzą z kazamatami. Jeśli dodam, że ów zamek-więzienie postawiono na miejscu dawnego opactwa, łacno zgadniesz, z czym mi się od razu skojarzyła Procida.

Oczywiście, Sołowki! Tutaj także, jak i tam, monaster z turmą „w jednym stoją domu” na ostrowie.Déjà vu… Nabokow powiada, że życie człowieka jest jak tkanina, którą oglądamy z lewej strony – jakieś pourywane końce, sterczące nitki – i dopiero w chwili śmierci ukazuje się nam cała kompozycja. Czasami jednak udaje się dojrzeć nikły kształt za życia, we śnie bądź w przebłysku jawy, powtarzający się wątek, powracający motyw, tenże rytm… Długo zastanawiałem się, co mnie przyciąga do podobnych miejsc. Co powoduje, że cela wraca w mym życiu w podwójnym tego słowa znaczeniu? Przecież nie religijna potrzeba życia w odosobnieniu. Ostatnio coraz częściej myślę, że to „przywyczka” chyba jeszcze z Kurkowej! Styl życia, jaki tu prowadzę, niewiele się różni od tego, jaki wiodłem „pod celą” w Gdańsku. Aby nie oszaleć od nudy, należy oswoić czas. Emil Cioran w błyskotliwej frazie marzył niegdyś o domku na małej wyspie, gdzie mógłby milczeć i się nudzić, nudzić się i milczeć. Milczenie było jedną z praktyk ascetycznych, szczególnie zalecaną mnichom niektórych zakonów (kamedułom, trapistom), nuda zaś – to forma kontemplacji czasu. Czyli klucz do życia według Simone Weil.

Pamiętasz, jak się czekało, licząc dni od wypiski do wypiski lub czas od poczty do poczty? Jak się zwalniało krok na spacerniku, aby spacer wydłużyć, lub przeciągało szamankoSzamanko, jeśli już zapomniałaś, przypomnę, w grypserze to jedzenie. Uwaga, z jaką Procidianie podchodzą do jedzenia i znaczenie, jakie przydają jadłu, a także ilość czasu, jaki mu poświęcają, przypomina jako żywo obrzęd szamania „pod celą”. Nie słychać tylko ostrzegawczych okrzyków: „nie szamać!”[7], aby jak najdłużej trwało? Celebrą każdej czynności oswajaliśmy czas. Tak i tutaj wyczekuję poczty, i przechadzając się nieśpiesznym krokiem samotnego wędrowcy, celebruję dni pozostałe mi jeszcze do wyjścia.

WilkomWilkom – dawna forma powitania bądź wielki kielich, z którego pito na powitanie.[8] na Procidzie.

Post scriptum

Wczoraj wieczorem widziałem scenę, świadczącą niezbicie, że i na Procidzie niektórym lockdown już odbija. Muzykę słychać było jeszcze w domu, gdy wyszedłem na taras, by sprawdzić godzinę na zegarze wieży naszego kościoła św. Józefa. Już tam doleciało mnie zażegające do tańca „ole, ole, ole, ole, Diegoo, Diegoo”.

Po wyjściu na ulicę z każdym krokiem do plaży coraz wyraźniej słyszałem nie tylko Rodriga Bueno, ale i czyjeś powtarzające za nim do wtóru: „Maradó!, Maradó!”:

Y todo el pueblo cantó: Maradó!, Maradó!
Nació la mano de Dios, Maradó!, Maradó!

Dopiero na plaży doszło do mnie, że ta „zażegałka" dobiega z „L'Agave" mojego kumpla Menza, u którego ostatni raz siedziałem w sierpniu, oglądając finały Ligii Mistrzów w Lizbonie. Od początku listopada na Procidzie obowiązuje reżim „czerwonej strefy”, czyli wszystkie knajpy mają być zamknięte… A tutaj „L'Agava” na oścież rozwarta, z okien buchają światła, taras rozmigotany lampionami, a Menzo w samej koszuli wiruje dookoła własnej osi, wykrzykując za Rodrigo „Nació la mano de Dios, Maradó, Maradó”, i wyciągając do góry lewy kułak, jakby chciał niebu pokazać, którą ręką Maradona strzelił gola Anglikom w Meksyku. Miałem wrażenie, że uczestniczę w obrzędzie pożegnania Mistrza!

Adiós Diego!

Procida, 30 listopada

Mapa Zatoki Neapolitańskiej

Małgorzata Morawska

– przyjaciółka z czasów pierdla. Siedziały z Bernaszką w jednej celi na Kurkowej w Gdańsku po tym, jak nas aresztowano 11 grudnia 1982 roku… Jacek, małżonek Małgosi, także „kiblował” i pracował na Kurkowej w radiowęźle. Ona ukończyła skandynawistykę, on prawo na Uniwersytecie Gdańskim i jako asystent przez pewien czas zajmował w Zakładzie Prawa Pracy wspólny gabinet z adiunktem Lechem Kaczyńskim, przyszłym Prezydentem RP. Do dzisiaj bardzo ciepło o nim się wyraża… Po wyjściu z pudła Bernaszka nawiązała z nimi kontakt i rychło zaprzyjaźniliśmy się. Później Morawskimi miotało po świecie, przez jakiś okres Jacek prowadził kasyno w Południowej Afryce i przeganiał jachty do Europy. W końcu wylądowali w góralskim domu w Kirach pod Zakopanem i wtenczas odnowiliśmy znajomość. Przez ich dom w trakcie moich bytności przewinęło się paru świetnych zgredów ze Spółdzielni „Świetlik” (na Raptawickiej Turni w Dolinie Kościeliskiej urządzaliśmy szkolenia BHP), od przyszłych przywódców strajku z 1988 roku, „Ponurego” (Lecha Kosiaka) z Remontówki oraz „Grabara” (Antoniego Grabarczyka) z Portu Gdańskiego po Donalda Tuska i Macieja Płażyńskiego. Maciek zresztą przyjeżdżał do Jacków i później, jako Marszałek Sejmu. Kiedyś wpadł z obstawą, wracali z Krynicy i zahaczyli o Zakopane, aby skosztować wina z Jackowej piwniczki. U Morawskich w Kirach odpoczywaliśmy również z przyszłym Marszałkiem Senatu Bogdanem Borusewiczem po naszym nieszczęsnym wypadzie do Wąwozu Kraków, w którym jego Alina utknęła na skalnej półce. Kiry kojarzą mi się z Kaziem Mrówką, który przywiózł mi tam na rowerze aż z Krakowa swojego Heraklita, i z Andrzejem Stasiukiem, który zjechał tam z biografią Johnny’ego Casha po drodze na Wschód, a Martusza w Kirach nauczyła się szusować na nartach. Dom Morawskich stał się jednym z naszych schronisk w Polsce za każdym razem, kiedy przyjeżdżaliśmy do kraju. Obecnie mieszka tam Kajetan, syn Jacków. Oni sami od paru lat rezydują na Rodosie. Do Kajtka wpadają na święta.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mariusz Wilk, Listy z Procidy (8): Procida, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 88

Przypisy

    Powiązane artykuły