18.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #088 / Próba

W piątkowe przedpołudnie Joanna zamiast jak zwykle udać się na próbę, postanowiła wrócić do domu. Nigdy nie wierzyła w intuicję, ale nagłe przeczucie, że stało się coś złego, kazało jej tuż przed samym wejściem do Teatru Rozmaitości wyciągnąć komórkę i wysłać do reżysera wiadomość, że nie przyjdzie. Potem odwróciła się i zaczęła biec. Przecięła plac Unii i wskoczyła do tramwaju, nie przejmując się brakiem biletu. Do teatru zawsze chodziła pieszo te trzy przystanki, ale teraz nie było na to czasu. Spróbowała zadzwonić do męża. „Abonent czasowo niedostępny”. I do syna. To samo. To jej akurat nie zdziwiło, Maciek przecież był w szkole, ale dlaczego mąż nie odbiera? Czy znowu jest na spotkaniu w tej sali, w której nigdy nie ma zasięgu?

Wbiegła do klatki, trzy piętra przemierzyła paroma susami. Drżały jej dłonie, gdy przekręcała klucz w zamku. Mieszkanie było puste. Nie wiedziała, czego się spodziewała, ale odetchnęła z ulgą. Było takie, jakie zostawiła rano. Wysprzątany przedpokój, który prowadzi do kuchni, słonecznej o tej porze dnia. Okrągły stół, przy którym jedli, i małe okno z ażurową zasłonką, mikrofalówka, zestaw przypraw. Wszystko było na swoim miejscu.

Joanna postanowiła napić się kawy i jeszcze raz spróbować dodzwonić się do męża. Wyjęła komórkę i zaczęła wystukiwać na klawiaturze ten sam numer co poprzednio, ale pewnie się pomyliła, bo aparat wybrał numer reżysera, przerwała więc szybko i wyświetliła listę ostatnich połączeń, ale tego z mężem nie było. Dziwne, musiała je wykasować. Ciągle się psują te telefony, pomyślała i zaczęła szukać w kontaktach. Ale imienia Andrzej pod „A” nie było. Był tylko Andrzejczak, ich hydraulik. I Anka, jej przyjaciółka. Nie znała na pamięć tego numeru, tak jak zresztą żadnego, zapamiętywanie cyfr zawsze przychodziło jej z trudem. Cholera jasna, musiała go skasować czy co? Nasypała dwie łyżeczki arabiki do kubka z napisem Crete, który kupiła na ich pierwszych wspólnych wakacjach. Maciek miał zresztą taki sam, tyle że niebieski. Pewnie stoi na jego biurku wśród pozostałych kubków, talerzyków i śmieci.

Joanna wstała w nagłym odruchu, skoro jest w domu, może spróbuje trochę mieszkanie ogarnąć, pokój syna zarasta brudem, a ona, ciągle zajęta próbami i przedstawieniami, nawet nie ma czasu, żeby mu zwrócić na to uwagę. Pchnęła drzwi i przez chwilę nie wiedziała, gdzie się znajduje. Pokój syna był posprzątany, wszystkie jego rzeczy zniknęły. Joanna weszła do sypialni. Na pościelonym łóżku leżał ostatni numer „Elle” i jakieś kosmetyki. Otworzyła szafę, ani śladu rzeczy Andrzeja. W łazience nie było pianki do golenia, szamponu przeciwłupieżowego. Wszystko zniknęło.

Joanna przetrząsała telefon, zastanawiając się, do kogo zadzwonić. Matka. No cóż, może nie miały najlepszego kontaktu, ale ona przynajmniej będzie w stanie trzeźwo ocenić sytuację.
– Mamo – powiedziała. – Andrzej i Maciek zniknęli.
– Kto?
– Jak to kto. Twój wnuk. I zięć. Nie rozumiesz? Andrzej zabrał Maćka, uciekli albo ktoś ich porwał.
– Ty i te twoje pomysły. Jak zwykle żarty w głowie. Może byś chociaż zapytała, jak się czuję? Nawet nie zadzwoniłaś po operacji.
– Jak się czujesz?
– Słabo. Może byś przyjechała? Nie ma mi kto zakupów zrobić.
– Dobrze, przyjadę, ale musisz mi pomóc. Nie wiem, gdzie oni są. – Joanna zaczęła płakać w słuchawkę.
– Ty się dobrze czujesz? Bo chyba ci coś na mózg padło.

Joanna pomyślała, że jeśli komuś padło, to matce. To chyba początki alzheimera, przestraszyła się. Ale nie może teraz się tym przejmować, trzeba działać.

– Agnieszka? Możesz rozmawiać? – Joanna przywarła do słuchawki. Agnieszka nie była jej bliską przyjaciółką, bo Joanna z nikim nie przyjaźniła się tak naprawdę. Kiedyś, jeszcze na studiach, to tak, ale jak się ma rodzinę, jest o to znacznie trudniej. Każdy ma swoje życie. – Słuchaj, chodzi o to, że mój mąż i syn zniknęli.
– Nie wiedziałam, że masz męża. Albo syna. Co się stało?
– Wróciłam do domu, nie poszłam na próbę. Coś mnie nagle tknęło. Nie ma ich, wszystkie swoje rzeczy zabrali, strasznie się boję.
– Nie martw się, może sobie zrobili wycieczkę? Albo tobie psikusa. A tak w ogóle, to wszystko między wami dobrze? Bo wiesz, słyszałam o takiej historii, że jakiś facet uciekł z dzieckiem. Co prawda, to było chyba w Iranie… Jeśli się tak martwisz, po prostu zgłoś to na policję.

Joanna pamiętała jak przez mgłę, gdzie znajduje się posterunek policji, ale na szczęście jakiś przechodzień wskazał jej ręką właściwy budynek. Kiedyś była tam z mężem, gdy ktoś ukradł mu portfel. Wparowała do środka i od razu chciała z kimś rozmawiać, ale oczywiście kazali jej czekać. Gdy w końcu stanęła twarzą w twarz z jakąś grubą policjantką, od razu pomyślała, że ta baba na pewno jej nie pomoże.
– Chciałam zgłosić zniknięcie męża i syna.
– Kiedy? – spytała gruba.
– No… dziś rano. Dwie i pół godziny temu. To znaczy, rano wyszli normalnie, syn do szkoły, a mąż do pracy, a teraz ich nie ma.
– No to rzeczywiście dziwne. Mówi pani, że rano wyszli?
– Tak, o siódmej trzydzieści, jak zawsze. Mąż podwozi syna do szkoły.
– I jeszcze nie wrócili? – Spojrzała na zegarek. – Jest dwunasta trzydzieści. O której godzinie powinni wrócić do domu?
– Pani nie rozumie. Nie ma żadnych rzeczy.
– Co dokładnie zginęło?
– Ubrania… Kosmetyki. Wszystko.
– Dam pani dobrą radę. Niech pani przyjdzie jutro, jeśli nie wrócą. Policja ma naprawdę poważniejsze sprawy na głowie niż jakieś tam męskie wycieczki.

Joanna wróciła do domu i postanowiła się uspokoić. Przede wszystkim musi dokładnie sprawdzić, co zabrali. Może to rzeczywiście jakiś psikus? Może niepotrzebnie wpadła w panikę? Ale im dłużej szukała po szafach, po kątach, komodach i półkach, tym większe ogarniało ją przerażenie. W szafie nie było garnituru Andrzeja ani jego swetrów. W pokoju Maćka nie znalazła nic, co należało do siedmioletniego chłopca. Żadnych gier ani konsoli, żadnych czasopism, książek ani szkolnego plecaka. Ale zaraz! Plecak przecież ma w szkole, bo sam jest w szkole! Lekcje na pewno się skończyły i siedzi w świetlicy. A jeśli nie, Joanna dowie się chociaż, o której ojciec go odebrał. Bo jeśli go porwał i leci teraz z nim samolotem gdzieś daleko, na przykład do Australii, przynajmniej będzie wiedziała, że są razem.

W świetlicy siedziało mnóstwo dzieci i ta niesympatyczna świetliczanka, której Maciek się bał.
– Dzień dobry, ja po Maćka – powiedziała Joanna i ogarnęła wzrokiem grupkę dzieci oglądających kreskówkę.

„To był tylko sen, Puchatku – powiedział Prosiaczek i pogłaskał misia po policzku”.

A może to jest tylko sen? – pomyślała Joanna i spróbowała się uszczypnąć. Uporczywy sen, bo uszczypnięcie nie działało.
– Jakiego Maćka?
– Maciej Sawecki. Pierwsza B.
– Chyba się pani pomyliła. Tu nie ma takiego chłopca. A kim pani jest?
– Jestem matką. Jak to nie ma?
– Może to nie ta szkoła? Rodzice się czasem mylą, wie pani. Szczególnie, jak pierwszy raz przychodzą.
– Ale ja nie jestem pierwszy raz, przecież już tu byłam wiele razy, nie pamięta mnie pani?
– Nie. Przykro mi. A teraz bardzo panią przepraszam, muszę wracać do dzieci.

Joanna pchnęła świetliczankę i wbiegła do sali komputerowej, Maciek często grał tu w różne gry, uwielbiał to, a w domu raczej mu nie pozwalali. Rozejrzała się szybko, było mnóstwo dzieci, przez chwilę myślała, że widzi jego ciemną głowę w kącie, ale nie, to jakiś inny chłopiec.
– Jeśli pani stąd zaraz nie wyjdzie, zawołam ochronę.

Siedziała na ławce przed szkołą i płakała. Co ma teraz zrobić? Gdzie oni są? Jeszcze raz wyciągnęła telefon i z przerażeniem zauważyła, że z listy kontaktów zniknął nie tylko mąż, ale i syn. Uspokój się, przecież musi być jakiś sposób, pomyślała. Bylebym tylko nie zaczęła myśleć, że zwariowałam. Nie zwariowałam. Jestem zdrowa na umyśle. Mam na imię Joanna, trzydzieści sześć lat, męża i dziecko. No i pracę w teatrze. Wszystko zawsze mi się dobrze układało. Jeśli to nie jest sen, to jest jakiś żart. Jeszcze się będę z tego śmiała. A jeśli to sprawka Andrzeja, to popamięta. Może i ostatnio trochę oddalili się od siebie, ale jeśli to miał być sposób, żeby poczuła, jak ważny jest dla niej, to naprawdę perfidny. Właśnie, Andrzej. Przecież na pewno siedzi w biurze, zaraz się wszystko wyjaśni.

Tyle że w biurze Andrzeja nie było. Była jego sekretarka i dwóch kolegów, których pamiętała z jakiegoś przyjęcia, ale Andrzej nie siedział przy biurku tak jak ostatnim razem. Andrzeja nie było nawet na liście pracowników firmy. Joanna wyszła z budynku kompletnie oszołomiona. A więc to jednak sen, jakiś koszmar, z którego nie może się obudzić. Nie było innego wytłumaczenia. Logiczne myślenie, z którego Joanna zawsze była taka dumna, nie pomagało. W najmniejszy sposób. I wtedy zadzwonił telefon. Joanna poczuła, że zaraz dostanie zawału. Może to porywacze dzwonią po okup. Albo to Andrzej, Boże spraw, żeby to był on. Szybko wcisnęła zieloną słuchawkę.
– Pani Joanno, czy wszystko u pani w porządku? Przyjdzie pani na próbę popołudniową? Bo nie wiem, czy mam odwoływać. Bez pani to raczej nie ma sensu, próbujemy główne sceny.

Reżyser. Teatr. Jedyne miejsce, gdzie jeszcze wie, o co chodzi. Może rzeczywiście lepiej iść na tę próbę, poczekać do wieczora, aż ten koszmar się skończy? Na chwilę zapomnieć? Może gdy wróci do domu późno, tak jak zawsze, obaj będą spali, mąż w ich wspólnym łóżku, a syn w swoim pokoju pełnym kubków po herbacie i zabawek? Pokiwała głową.
– Będę – powiedziała.

– Wszystko w porządku? – Reżyser wydawał się naprawdę o nią niepokoić. Poczuła coś na kształt wzruszenia. Może on by jej uwierzył? Może mogłaby mu zaufać? Bo na myśl, że jeszcze komuś musiałaby opowiadać o tym, co się stało, robiło jej się niedobrze. – Nie było pani rano, co się stało?
– Miałam kłopoty… rodzinne.
– Ach, no tak. Tak bywa. Ale rozumiem, że jest pani w stanie grać? Zapraszam, wszyscy czekają.

Na scenie stał stół i jedno krzesło. Joanna usiadła i próbowała sobie przypomnieć, jaką właściwie ćwiczą sztukę. Czy to ta historia miłosna, którą mają wystawiać jesienią? Nie, do tamtego jest inna scenografia.
– Uwaga – krzyknął reżyser. – Pani Joanno, proszę się skupić. Ja rozumiem, że każdy ma jakieś problemy, ale pani coś dzisiaj jest naprawdę rozkojarzona. Nakrywa pani do stołu, nastawia kawę. Ma pani nucić coś sobie pod nosem.

Zaczęła nucić jakąś piosenkę bez wyraźnej linii melodycznej.
– Dobrze. Teraz wchodzicie – krzyknął za kulisy.

Tekturowe drzwi się otworzyły i na scenę wyszli mężczyzna oraz chłopiec. Joanna poczuła, że łzy ściekają jej po twarzy.
– Gdzie byliście! – krzyknęła i rzuciła się na nich.
– Pani Joanno, co pani wyprawia, co to jest, jakiś happening? Jak oni wchodzą, to mówi pani do męża: „Czy ty zawsze musisz tak szurać kapciami?”, a potem do syna: „Znów nie umyłeś zębów”. Nasypuje pani płatki do miski, nalewa mleka. A ty – zwrócił się do chłopca – pamiętasz, co mówisz?

Chłopiec skinął głową i wyrecytował.
– Jak cię tak denerwujemy, mamo, to może najlepiej, gdyby wcale nas nie było?
– Świetnie. Zaczynamy.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Joanna Jagiełło, Próba, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 88

Przypisy

    Powiązane artykuły