04.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #090 / Implozje i repetycje

Impresariatdruga książka poetycka Macieja Taranka, to tom niewątpliwie przez czytelników wyczekiwany – niewątpliwie udany – a zarazem przejściowy, i to w więcej niż jednym znaczeniu tego słowa. Przejściowy, po pierwsze, w sensie ogólnego kształtu i relacji do debiutanckiego Repetytorium: stanowi w połowie sequel czy bezpośrednie przedłużenie wcześniejszej książki, w połowie zaś (jak się zdaje) zapowiedź rzeczy, które mają dopiero nadejść – świadectwo dojrzewającego w poecie zainteresowania formą bardziej konceptualną, dłuższą, poematową.

W tym sensie, jako tom przejściowy między świetnym debiutem a czymś nowym i bardziej eksperymentalnym, Impresariat – zauważmy to zawczasu i miejmy już z głowy – pozostawia czytelnika, przynajmniej po pierwszej lekturze, z pewnym niedosytem. Nie dlatego, że coś mu dolega, że gdzieś Tarankowi powinęła się noga (w książce prawie nie ma potknięć, widocznych słabszych miejsc – jest równa i spójna), tylko dlatego, że tom to zwyczajnie bardzo krótki: w pierwszej części znajdziemy szesnaście niedługich (kilkuwersowych) wierszy i jeden nieco dłuższy, spisany prozą, w drugiej zaś – pojedynczy cykl/poemat, rozbity na dziewięć wierszowych miniatur i siedem nietytułowanych, jednowersowych wstawek. Nie stąd jednak nawet – nie z samej długości książki – bierze się czytelniczy niedosyt, a raczej z poczucia, że na ów tom, który przeczytać można (chociaż nie należy, o czym za chwilę) w niecałe pół godziny, musieliśmy czekać wyjątkowo długo.

Taranek debiutował w 2013 roku, Repetytorium było jedną ze sztandarowych publikacji nieistniejącego dziś Hubu Wydawniczego Rozdzielczość Chleba; w 2016 roku z Martą Koronkiewicz włączyliśmy wiersze autora do antologii Zebrało się śliny; tuż potem Taranek wycofał się (zdaje się, że z przyczyn osobistych) z życia literackiego. Dawniej aktywny w tak zwanym środowisku poetyckim, często pojawiający się na spotkaniach, turniejach i tak dalej, nagle jakby trochę zniknął. Jako fan Repetytorium niżej podpisany czuł się więc odrobinę rozczarowany, gdy po siedmiu latach dostał do rąk książkę na niecałe dwanaście tysięcy znaków. No bo jak to tak – moglibyśmy dostać taką książkę jako interludium, przerywnik między książką szóstą a siódmą, odskocznię od zbiorów pełnowymiarowych i zamaszystych, ale jako drugi tom w dorobku Taranka? Do tego wyczekiwany, wręcz spóźniony, przygotowywany latami?

Poczucie rozczarowania jednak zasadniczo minęło po kilku dniach, w toku kolejnych lektur – i wspominam o nim ostatecznie nie dlatego, żeby na Taranka ponarzekać, ale żeby jego książkę docenić, antycypując i rozwiewając wątpliwości czytelników, którzy wobec Impresariatu mogą mieć, podobnie jak ja, wysokie oczekiwania. Nowej książce autora daleko bowiem do tomów poetyckich wydanych na siłę, złożonych z niedostatecznie obszernego materiału, ewidentnie nieukończonych – jak choćby Intro Szychowiak, też złożone z miniatur (i też napisane przez skądinąd świetną, osobną autorkę), w którym jednak wątki, obrazy i nawet dowcipy dublują się, zapętlają, starają się rozdmuchać coś, co mogłoby być może krótkim cyklem bądź arkuszem, do rozmiarów samodzielnego tomu. Zwięzłość Impresariatu nie jest też efektem formalnego przekombinowania ze strony młodego, utalentowanego poety – jak, powiedzmy, druga książka Piotra Przybyły (spokrewnionego z kolei z Tarankiem przez oczywiste inspiracje Tomkiem Pułką), która brawurowo wykonceptualizowała się poza jakąkolwiek czytelność (dodajmy dla porządku, że Przybyła też jest świetnym, bardzo obiecującym autorem – jednym z najciekawszych – któremu po prostu zdarzyło się eksperymentatorskie potknięcie). Nie, nowy tom Taranka jest dokończony, precyzyjny, złożony – komunikatywny dokładnie w takim stopniu, w jakim komunikatywny chciał być i być powinien – a przy tym autor ma do powiedzenia coś bardzo konkretnego i ważnego.

W tym miejscu wracamy do kwestii przejściowości; to bowiem właśnie przejście, a może raczej różne przejścia są głównym tematem i zarazem formalną osią Impresariatu. Już w drugiej linijce tomu, w wierszu repozytorium, czytamy: „oto jest śmierć autora. oto są narodziny autora. oto są dzieje końca. oto są dzieje początków”. W dalszej części wiersza enigmatyczne, celowo zaszumione językowymi podsłyszeniami czy przechwyceniami rozważania o słowie „się” (przywodzące na myśl tyleż Pułkę, co pierwszą książkę samego Taranka) połączone zostają z czymś w rodzaju, jeśli nie spisu treści, to przynajmniej spisu tematów/problemów, które zostaną poruszone w tomie. I już tu zupełnie wprost pojawia się kwestia przejścia w sensie przemijania, otwarty wątek historyczno-biograficzny:

game over! skończyło się (rzeczownik odsłowny od bezosobowego
aspektu czasownika dokonanego w teraźniejszości liczby pojedynczej pierwszej osoby
zaimka zwrotnego w stronie zwrotnej (sobie) i (się)). chleb (ść-ch) został rozdzielony. odbyła się uczta, odbyło się.

"ść-ch" to oczywiście wspomniany Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba – projekt, z którym Taranek był niegdyś związany (instytucjonalnie i duchowo), już nieistniejący, którego zamknięcie poeta przedstawia w cokolwiek dramatycznych, choć chyba podszytych ironią kategoriach.

Drugi wiersz impresariatu, oto przesłanie dla przyszłych pokoleń:, podejmuje wątek Rozdzielczości Chleba, wpisując go w szerszą historyczną narrację:

[...]
1990 na steli monitora, komenda: RESET! e-mail (user%chopin.decnet uxplgw.cern.ch).
requiem dla bogów informatyki: wieczne ćpanie racz im dać, panie, a ścieżka (ść-ch)
wiekuista niechaj się ciągnie,

ENTER.

dobry boże dopomoże w technikolorze. świętej pamięci TP, świętej pamięci SA.

[…]

Taranek mówi o historii – informatyki, internetu (zwłaszcza internetu w Polsce), tak zwanych „nowych mediach” – w kategoriach przemijania, odchodzenia w przeszłość; historia rozwoju technologii to u niego, wbrew utartym literackim tropom, nie historia nowości, a starzenia się. Stąd też, jak się zdaje, nagrobna „stela monitora”.

W poezji Taranka śmierć, technologia i doświadczenie pokoleniowe pozostają zresztą cały czas blisko ze sobą związane – co istotne choćby dlatego, że niewielu jest w Polsce poetów-milenialsów tak chętnie i otwarcie posługujących się w wierszu kategorią pokolenia (na myśl przychodzi bodaj tylko Tomasz Bąk). To kategoria od dawna problematyczna w życiu literackim, obciążona niepożądanym kulturowym bagażem, ewokująca obraz zbuntowanych „młodych” autorów, którzy wojują przeciwko „starym” tylko po to, żeby przejąć ich uprzywilejowaną pozycję w polu; co do zasady, lepiej przyznawać się raczej do tradycji, nurtów, nawet szkół niż pokoleń. Tymczasem w impresariacie kwestia pokoleniowości – nie w sensie jednak pokoleniowych podziałów w poezji, lecz ogólnej społecznej kondycji pokolenia – podjęta zostaje wielokrotnie: nie tylko w przytoczonym już tytule drugiego wiersza, nie tylko w pojawiającej się nieco dalej parafrazie Skowytu Ginsberga („info”: „widziałem najgorszy umysł mojego pokolenia”), ale, przede wszystkim, w wierszowym cyklu boom, rozpoczętym już w repetytorium, a kontynuowanym teraz w impresariacie:

boom #4

grałem w pokémon go, kiedy ciężarówka
wjeżdżała w tłum ludzi w świętującej, lipcowej nicei.

grałem w pokémon go, kiedy ciężarówka
wjeżdżała w tłum ludzi w rocznicę zdobycia bastylii.

łapałem pokemony jak łzy, czy już wszystkie masz?

W tomie znajdziemy jeszcze trzy boomy: piąty o oblężeniu Aleppo; szósty o Rożawie; oraz siódmy, odmienny, finalny i bodaj najważniejszy (o nim za moment). We wszystkich boomach, poza ostatnim, podstawowy schemat wiersza pozostaje ten sam – mimo drastycznie zmieniającego się nastroju, tonu, wyjściowego tematu. Za każdym razemMoże z wyjątkiem boom #5, w którym nie znajdziemy eksplicytnego wątku „technologicznego”; jednak sama relacja stojąca w centrum wiersza (solidarność oparta na wyobrażonej obecności: „byłem z tobą w aleppo…”) w oczywisty sposób przywodzi na myśl mediację przez media społecznościowe czy telewizję.[1] Taranek opisuje więc połączenie – w jednym osobistym doświadczeniu – jakiegoś aspektu nowoczesnych technologii (telewizja, gry wideo, lego – najbardziej modernistyczna z zabawekDo osobnego omówienia pozostaje niewyjaśniony ciągle i często przegapiany - mimo tego, że na boomach skupia się spora część dotychczasowej recepcji Taranka - anachronizm owych zestawień, jego potencjalna rola czy cel. W „repetytorium” bohater gra na Pegasusie w roku 2004 (zamach na metro w Madrycie); jeśli uznać go za alter ego poety, bawi się Lego w wieku 19 lat (zamach na metro w Londynie w 2005 roku). Co ciekawe, w nowym tomie tak oczywistych anachronizmów brak.[2]) oraz tragedii znanych z pierwszych stron gazet (należałoby może dookreślić: masowych zgonów, wywołanych pośrednio bądź bezpośrednio przez postzimnowojenną, amerykańską hegemonię). Za każdym razem ich zbliżenie ma dwa podstawowe skutki. Po pierwsze, obraz doświadczeń pokoleniowych, momentów stopniowego przechodzenia milenialsów w dorosłość staje się już nie tylko mroczny (co samo w sobie idzie pod prąd kulturowych stereotypów milenialsa jako wychowanego na tostach z awokado i pociesznej aspołeczności), ale groteskowo-makabryczny: bohater Taranka wychowuje się nie na układaniu lego czy oglądaniu pokemonów, ale na oglądaniu pokemonów, podczas gdy w telewizji walą się wieże WTC. Po drugie, kolejne tragedie wydają się dla bohatera naraz w jakimś sensie bliskie – pojawiają się w jego osobistej przestrzeni – i ostatecznie odległe, zapośredniczone w technologii, nie do końca rzeczywiste; to samo, co pozwala je zobaczyć (a nawet, jak w wypadku Aleppo w boom #5, w jakimś sensie poczuć) przypomina o nieprzekraczalnym dystansie czy wręcz ów dystans buduje. To, co bliskie, nie jest dostępne; a nawet: to, co daje wrażenie bliskości, przypomina o niedostępności. (Na myśl przychodzi „kółko graniaste” Ilony Witkowskiej, bliskiej rocznikowo Tarankowi: „my tu się śmiejemy, oni tam umierają. // więc co? mamy się nie śmiać / kiedy się nie śmiejemy, to też umierają.”)

Na całe to wrażenie składa się również formalno-kompozycyjny schemat wierszy z boomu: konstrukcja „robiłem X, kiedy działo się Y”, powtórzona dokładnie raz, z drobnym przesunięciem – jakby wiersz nie dawał się popchnąć do przodu, jakby X nie chciało połączyć się z Y mimo oczywistej bliskości i kilku podejść – nieodmiennie zakończona zostaje nie harmonijnym rozwiązaniem, ale puentą wyciszoną, wyrazem bezradności i rozgoryczenia. (Podobne wrażenie daje zresztą samo następstwo boomów: kolejne pokoleniowe doświadczenia powtarzają ten sam, rozpoznany schemat.)

Cykl boom mówi więc tyleż o przechodzeniu w (groteskową, wyobcowaną) dorosłość, co o niemożliwości prostego przejścia między „tu” i „tam” (ten wątek wydaje się szczególnie istotny zwłaszcza w boom #5 i boom #6). Dopiero z relacji tych dwóch wątków czy elementów wyłania się właściwy komentarz do kondycji pewnego pokolenia: pokolenia w pełni świadomego, że żyje w zglobalizowanym świecie, rozumiejącego zależności między codziennym życiem a globalnymi procesami – pokolenia, które w pełni zinternalizowało przekonanie, że wszystko jest połączone, a mimo to nie czuje, że ma jakikolwiek wpływ na własne życie, czy to na poziomie jednostki, czy wspólnoty. Za zrozumieniem globalizacji nie idzie koniecznie rzeczywista sprawczość. Nietrudno dostrzec, jak uwagi o pokoleniowości łączą się tu z refleksją o stanie i historii poezji zaangażowanej ostatnich dwóch dekad: to, że rozumiemy splot lokalnego i globalnego, prywatnego i politycznego, codziennego i historycznego, niekoniecznie daje nam konkretne narzędzia do ręki – poezja rozumiejąca świat to niekoniecznie ta, która ma na ów świat większy wpływ.

Kiedy zaś wydaje nam się, że cały cykl mamy jużrozgryziony i przyswojony, Taranek podaje nam ostatni boom:

boom #∞

wciągała mnie wielka czarna dziura,
kiedy za horyzontem zdarzeń rodził się syn.

wciągała mnie wielka czarna dziura,
kiedy za horyzontem zdarzeń rozległ się krzyk.

wszechświat powiększył się i nagle skurczył.

Jako część cyklu, ostatni boom jest nie tylko poruszającym (swoją zwięzłością, wyciszoną puentą, kosmiczną metaforą na granicy przesady) wierszem o narodzinach syna, lecz także – i chyba przede wszystkim – wyrazem pewnego pragnienia: potrzeby interwencji z zewnątrz, która pozwoli wyrwać się z cyklu frustracji i zgorzknienia opisanego w kolejnych boomach; implozji, która przewartościowałaby myślenie o globalnym i lokalnym, o „tam” i „tu”. Wszechświat powiększa się bowiem i nagle kurczy: świat jest wreszcie faktycznie tutaj, chociaż na moment niezapośredniczony w żadnej technologii czy medium. Jeśli dla anarchizującego w młodości Jacka Podsiadły narodziny syna były okazją do mieszczańskiej stabilizacji, dla bohatera Taranka symbolizują coś ważniejszego i szerszego: szansę autentycznego przejścia, przełamania repetycji.

Dokładnie tam, gdzie kończy się boom, zaczyna się impresariat – tytułowy cykl/poemat tomu, stanowiący drugą część książki. To mocno zalegoryzowany utwór o śmierci nieokreślonego „ojca” – śmierci, jak się zdaje, samobójczej – i żałobie z nią związanej. Przeskakujemy tu nie tylko od narodzin syna do śmierci ojca, ale też między dwoma bardzo różnymi językowymi rejestrami: od wierszy przeważnie miejskich z części pierwszej do zdecydowanie niemiejskich z części drugiej; od technologii do natury, od gorzkiej ironii do celowo dziwnej wzniosłości. impresariat otwiera samodzielna jednolinijkowa miniatura:

(mam żar wielki i żal tak ciemny, że płonę przy każdym dotyku)

…po której następuje od razu scena zasadnicza:

wiem coś

o strachu, spałem z nim zeszłej nocy,
w gorączce czasu plamiąc prześcieradło.
pranie czasu wiesza się i suszy się (samo)
na sznurach czasu, które wziąłem za węża czasu,
wijącego się jak pijany ojciec czasu, który kołysząc
stopami trawę, pęczniał jak kwiat na gałązce jabłoni.

Nie jest więc tak, że Taranek zmienia swój sposób pisania zupełnie – dostajemy i wyostrzone Pułkowe „się” w trzeciej linijce, i groteskę, i celową przesadę dopełniaczowych metafor – ale różnica jest jednak wyczuwalna: jest poważniej, mroczniej, dziwniej – i bardziej introspektywnie. Cały impresariat (cykl) pozostaje dość enigmatyczny, a do tego jakby otwarty, niedomknięty wyrazistą puentą – chociaż dotyczy śmierci, jawi się raczej jako zapowiedź i wstęp niż podsumowanie czy dopełnienie. Jest tak, jakby wraz z implozją z ostatniego boomu bohater zwrócił się w głąb samego siebie, dopiero jednak testując grunt, eksperymentując z innym niż dotychczas rodzajem namysłu nad podmiotowością. Nie znaczy to, że introspekcja wypiera zaangażowanie – w impresariacie nie ma możeotwarcie politycznych nawiązań, których pełno w pierwszej części książki (nie tylko w boomie, ale też w innych wierszach: władzy, kontrze, petrykorze), ale Taranek sygnalizuje wyraźnie, że ojciec i matka są tu figurami dość uniwersalnymi („mateczniku, miałaś piękne, męskie imię, ojczyzno”) – tym niemniej poemat nie jawi się jako przedłużenie czy punkt docelowy wcześniejszych wierszy. Przejście między częściami książki (tematyczne, formalne, tonalne) ma charakter wyrazistego cięcia bądź zwrotu – i to właśnie na nim skupia się uwaga czytelnika.

Dlaczego to istotne? Choćby dlatego, że, jak wskazał Łukasz Żurek, podstawowym problemem formalnym, który Taranek stara się rozwiązać po debiutanckim repetytorium, jest stopniowe zużywanie się czy wyjaławianie figury zapętlenia/powtórzenia – jako jednego z podstawowych dla współczesnej polskiej poezji narzędzi opisu późnonowoczesnej rzeczywistościTo, czy Taranek podejmuje ów problem zupełnie świadomie, jest na tym etapie dość niejasne - ale też nie wydaje się mieć dużego znaczenia. [3]. Ostatni boom, eksperymentalny (w kontekście dykcji czy tradycji podjętej przez Taranka) impresariat, formalne napięcie między nimi, tematyczny przeskok od ojca do syna, od narodzin do śmierci – zapowiedziane w pierwszym wierszu myślenie w kategoriach początku i końca raczej niż repetycji – byłyby próbą rozwiązania tego problemu, wyrwania się z pętli, narzucenia własnemu głosowi innej ścieżki, która uniemożliwia prosty powrót czy powtórzenie, rozbija dotychczasowe nawyki. Co więcej, u Taranka problem pętli nie jawi się jako wyłącznie formalny: groteskowa powtarzalność pewnych doświadczeń pokazana jest w boomie jako to, co naraz uformowało i wyobcowało całe pokolenie, jako problem głęboko polityczny. Narodziny syna, samobójstwo ojca – mroczne poematy, kosmiczne metafory – wszystkie te wyraziste figury, podobnie jak wyraziste cięcie między repozytorium a impresariatem, mają nas wyrwać z ciągu automatycznych repetycji, nie pozwolić na konformizm powtórzenia.

Cała owa nieoczywista na pierwszy rzut oka formalna i tematyczna złożoność powoduje, że drugi tom Tarankajest ostatecznie książką bardzo udaną, nawet jeśli dość krótką, i zdaje się zapowiadać kolejne ważne, ciekawe przedsięwzięcia ze strony nadal młodego autora. Wypadałoby napisać jeszcze o innych, podobnie łatwych do przeoczenia wątkach: o roli przypadku (w nomadzie Taranek mówi o „celowym man-mothie”, którym staje się dlań współpasażerka tramwaju/autobusu – nawiązuje oczywiście do wiersza Elisabeth Bishop, wysnutego z pojedynczego prasowego przejęzyczenia), o celowych niedookreśleniach (w wierszu info krytyka dyskursu medialnego opiera się na obrazie jednej, ewidentnie konkretnej figury publicznej – czytelnik nie jest jednak w stanie domyślić się, o kogo chodzi, i ostatecznie wiersz działa pomimo tej niewiedzy), o kilkukrotnie pojawiających się w książce symbolach nieskończoności. To jednak wątki na inną okazję – o wierszach Taranka niewątpliwie jeszcze nieraz będzie się dyskutować.

okładka książki

Książkę można kupić w naszym e-sklepie. Zapraszamy!

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Kaczmarski, Implozje i repetycje, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 90

Przypisy

    Powiązane artykuły