22.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #097 / Wielkie projekty malutkich ludzi

Trudno powiedzieć, czy to powieść z sytuacyjno-personalnym kluczem, zwyczajna fikcja literacka, demaskatorska narracja o trybach i mechanizmach rzeczywiście istniejących w polskich realiach czy może to wszystko po trochu. Pewne jest, że czyta się to dobrze oraz daje wgląd w istotne zjawiska i mechanizmy, a wnioski wykraczają daleko poza sportretowane środowisko. Powieść Projekt Anny Sudoł (rocznik 1990) to wart uwagi kawałek polskiej prozy współczesnej.

Jest więc Instytucja, tak właśnie pisana. Artystyczno-kulturalna, z branży sztuki nowoczesnej. Stołeczna, znacząca, wpływowa, właściwie najważniejsza w swojej dziedzinie w kraju. Taka, z którą współpracować należy, jeśli tylko jej decydenci dadzą w ogóle szansę na współpracę, zauważą kogoś, kiwną palcem w jego czy jej stronę. Instytucja to Adam, obecny, wieloletni szef, człowiek stanowiący o być albo nie być artystów, krytyków i tym podobnych. Instytucja to także Milena, dawna szefowa, która niby już wszystko ma za sobą, już jest na emeryturze, już nic nie musi, ale wciąż pozostaje w skomplikowanej relacji z Instytucją, wyznaczanej trochę przez troskę o dorobek i kondycję całego podmiotu, trochę przez chęć udziału w grze i rozdawania kart, a trochę przez własne ambicje, drzemiące jak wulkaniczna lawa i jak ona gotowe znów dać o sobie znać.

Jest też grupa osób orbitujących wokół Instytucji i wokół całej branży. Ludwik, dwudziestoparolatek stroniący od życia towarzyskiego, niepodatny na blichtr, lekko introwertyczny i odrealniony, dobrze się zapowiadający, ale wciąż bez konkretów. Kostek, już pod czterdziestkę, o burzliwej przeszłości i z rozmaitymi realizacjami artystycznymi na koncie, obieżyświat, pomału wypadający z obiegu, niemający też solidnych materialnych podstaw przynależności do tego światka. Pochodzi ze zwykłej rodziny, mieszka na poddaszu starego budynku. „Pamiętasz mój projekt o kondycji transludzkiej w technoświecie? Realizowałem go od razu po wydaniu swoich eseistycznych konstatacji o podróży do Indii…” – mówi Ludwikowi i brzmi to jak autoparodia, jak karykatura takich środowisk. Jest też Roma, z zamożnej rodziny, na wznoszącej fali, z kontaktami w zagranicznym świecie artystycznym, posiadaczka modernistycznej willi, do której na imprezę zaprasza spośród licznego grona znajomych tylko wybrańców, bo pozostali „nie podtrzymują wysokojakościowej relacji w sieci”. Karol, młoda, lecz o dość mocno ugruntowanej pozycji gwiazda środowiska, krytyk artystyczny przekonany o własnej wielkości i o nadchodzącej potężnej władzy sądzenia, już dziś ferujący wyroki wpływowe i znaczące. Mateusz z „fryzurą na Twardocha”, młody wilk, obiecujący twórca i sprawny uczestnik towarzyskich gier, mistrz dobrego wrażenia. Aurelia, krytyczka spoza tego światka, postrzegana jako – pod każdym względem, od gustu estetycznego po urodę – nieatrakcyjna, za to pracowitością próbująca nadrobić brak rodzinno-towarzysko-finansowych aktywów. Norbert, niejawny partner Romy, nie robiący właściwie niczego, próbujący naśladować styl życia i aktywność tego środowiska, jednak pozbawiony talentu i polotu, a przez swoją dziewczynę traktowany zupełnie instrumentalnie. I to właściwie tyle, nie licząc marginalnie pojawiających się postaci.

Wszyscy oni zajmują lub chcieliby zajmować się własnymi projektami, wspierają lub opiniują cudze, albo zapewniają możliwość realizowania projektów. Zazwyczaj nie jest nawet jasne, czego dotyczy dany projekt, bo tematyka aktywności twórczej jest zaledwie bladym tłem. Sednem są relacje międzyludzkie – oni, a raczej ich ego, są w centrum, czegokolwiek by w danym momencie nie robili. Jedyną „ideą” tego środowiska jest to, co znajdujemy w prezentacji postaci Kostka: „Tak jak większość osób, które znał, nie obchodziło go nic prócz bycia kimś”. I w zasadzie nikt poza samymi swoimi ich nie interesuje. „Środowisko jest przecież małe i wszyscy się znają, a jeżeli kogoś nie znają, to wiedzą dokładnie, kogo”.

*

W tym wąskim kręgu toczy się cała akcja. W rozmowach i inicjatywach obejmujących dwie, trzy osoby z tego grona, w kilku mieszkaniach i lokalach, we wzajemnych ocenach, w przenikających się konfiguracjach. W nieustannej wojnie w tym środowisku. Bo prawie każdy walczy tu z każdym. W podgrupach, z osobna, wedle pozycji, wieku, aspiracji, szans, nadziei. Jeśli ktoś nie staje do walki, to jest zwalczany. Jeśli ktoś z kimś nie walczy, to właściwie tylko po to, żeby zawrzeć doraźny, cyniczny i instrumentalny pokój i sojusz, czyli wykorzystać kogoś do własnych celów. Przy czym same cele zmieniają się jak w kalejdoskopie, bo nie chodzi o żadne konkrety, lecz wyłącznie o indywidualny sukces i karierę – w ich imię raz robi się czy planuje coś, a dzień czy wręcz chwilę później już coś innego. I w sojuszu z kimś innym. I przeciwko komuś, kto jeszcze niedawno był kumplem. Sojuszników porzuca się momentalnie, jeszcze innym tylko cynicznie robi się nadzieje na sojusz. To świetnie odmalowany obraz darwinizmu społecznego przeniesionego na poziom jednostek.

Rywalizacja obejmuje niemal wszystko, w tym kwestie wpływów towarzyskich, odzieży, stylu życia, mód żywieniowych, zasobów materialnych, urządzenia mieszkań („goszczenie w jej mieszkaniu powodowało jakieś dodatkowe wrażenie obciachu” – tak o lokalu Aurelii myśli Kostek, który sam wstydzi się przed zamożniejszymi znajomymi własnych warunków mieszkaniowych) i tak dalej.

Pośrodku salonu stał […] stół z MDF-u, a na nim znajdowały się różne potrawy z mięsem. W ostatnich miesiącach okazało się bowiem, że wegańskie kotlety zrobiły się nudne, a z kolei prawdziwego mięsa prawie nigdzie nie można było już dostać. Na początku, kiedy knajpek wegańskich było, powiedzmy, sześć lub siedem w Śródmieściu, było to fajne, ale teraz stało się nie do zniesienia […]. Wypadało więc stworzyć wobec nich ruch opozycyjny. Roma o tym wiedziała.

Z kolei Aurelia konstatuje, że

To dosyć niesamowite, że rzeczy dziadków i rodziców, które wcześniej uważała za nadające się wyłącznie na śmietnik, ostatnio, za sprawą jakiegoś zaskakującego obrotu sytuacji, okazywały się wręcz niezbędne.

Gdy Karol dziedziczy mieszkanie po babci i na mocy zapisów testamentalnych nie może zmienić wystroju, okazuje się, że wyposażenie całości, którego nowy właściciel się wstydzi, przypada jednak do gustu Milenie, uznającej to wszystko za samodzielną, celową, oryginalną kreację chłopaka.  

W „środowisku” jest w zasadzie tak, jak w panoptykonie – prawie wszędzie i zawsze jesteś pod lupą: obserwowany i oceniany. A ukrycie słabości i defektów wymaga poważnych zabiegów i przedziwnych, wręcz groteskowych gier.

Sportretowane tu towarzystwo wygląda niemal jak żywcem wyjęte z konserwatywno-prawicowych karykatur dotyczących liberalno-postępowych elit wielkomiejskich. Choć nie pada ani słowo o poglądach politycznych kogokolwiek, bohaterowie niewątpliwie uważają się za nowoczesnych i postępowych. Polska jest brudna, zacofana i szarobura, Kościół ma „bezwzględną władzę w tym kraju”, na Zachodzie wszystko lepsze. „Zwykli ludzie” to nudziarze i ciemniacy, a obcowanie z nimi to istna katorga: „Mojej rodzinie kompletnie na niczym nie zależy. Jedzą co bądź, nie dbają o siebie, nie uczestniczą w ruchach i inicjatywach miejskich”. Karol, który jest gejem, nie ma poczucia żadnej więzi z rodakami – podczas codziennej aktywności sportowej konstatuje, iż „język, którym operuje, […] więcej ma wspólnego z biegaczem ze swojego środowiska obojętnie gdzie na świecie niż z biegaczem z tej samej dzielnicy”. Oczywiście ta nowoczesność i postępowość obejmuje, jak w polskim współczesnym „realu”, także niechęć do „patologii” czy publicznej służby zdrowia. A w chwili złości przeradza się w tyrady przeciwko kolejnym grupom, które „czegoś chcą” zbiorowo, zamiast poprzestać na indywidualnych zabiegach o sukces.

Szczerość jest możliwa w zasadzie tylko w samotności, a w niej powstaje piorunująca mieszanka nadziei i wielkich wizji sukcesu i kariery, lęku o niezrealizowanie takiego scenariusza, frustracji i poczucia przegranej, której to karty może nie dać się odwrócić. Z kolei to, co uchodzi za proces dynamiczny, merytoryczny, za wznoszące fale samosprawczych karier i opadające upadków, jest częścią replikacji wielkiego instytucjonalnego tworu, który przeżuwa, połyka i wydala kolejnych aspirantów, żeby samemu trwać i trwać: „Niewygodne, krytyczne teksty były Instytucji przecież potrzebne – regulowały po prostu dynamikę karier”. Poza Instytucją właściwie nie istnieje się w tej branży. Milena bez pardonu sprowadza na ziemię Karola, który pośród wszystkich bohaterów jest najmocniej przekonany o własnej wyjątkowości i potencjale: „Działaj na własną rękę, bądź niezależny, tylko wiedz jedno: niezależność to tylko słowo, ono nie ma realnego desygnatu. Jeśli jesteś niezależny, to znaczy, że cię nie ma”.

*

W ten standardowy kołowrót wzlotów i upadków, wzajemnych podgryzań, nadziei i frustracji, wkradają się zjawiska niecodzienne i czynniki nieprzewidziane. Mianowicie Ludwik chce zrealizować Wielki Projekt – w kontrze do realizowanych na okrągło małych projektów, chwilowych, wzbudzających jedynie krótkotrwałe emocje (Instytucja promuje rocznie 50–60 takich). W tym samym czasie Adam postanawia po latach wreszcie nieco odpocząć i pod pozorem wyjazdu w Alpy dla podreperowania zdrowia zaszywa się w warszawskim mieszkaniu, a stery Instytucji oddaje tymczasowo w ręce Mileny. To wszystko, wraz ze zręcznymi kłamstwami Kostka, których treści tu nie zdradzę, a w których upatruje on jedynej szansy na powrót do gry, zaburza dotychczasowy porządek. Pozostali młodzi twórcy czują się bowiem zagrożeni przez konkurenta, który może ich zdeklasować. Milena lęka się przełomu jakościowego w Instytucji oraz preferowania przez Adama kogoś spoza kręgu jej wybrańców, a Kostek jest przekonany, że teraz już zupełnie wypadnie z obiegu. Ten ostatni gra zatem va banque i sięga po bardzo ryzykowne kłamstwo, które uruchamia turbodoładowanie wojny wszystkich ze wszystkimi. Nie zdradzę jej przebiegu i finału, nie chcąc czytelników pozbawiać przyjemności lektury. Powiem tylko, że wojna ta jest opisana przekonująco (z małymi wyjątkami, jak zbyt pospiesznie i sztucznie zakończony wątek Aurelii), wciągająco, zręcznie i z kilkoma niespodziewanymi zwrotami akcji.

Nie fabuła jest zresztą w tej książce kluczowa, lecz portret środowiska, jego typów personalnych i realiów. Podobne scenki i zjawiska zna chyba każdy, kto choć otarł się o środowiska inteligenckie, twórcze, kreatywne. Kto zaś nie zna, temu przyda się taki wgląd – takie zdzieranie zasłony. Jest to niewątpliwie „oparte na faktach” – w sposób niekoniecznie dosłowny, bo być może nie ma postaci aż takich, ale przecież w środowiskach twórczo-inteligenckich panuje mniej więcej właśnie ten klimat. Ba, jest chyba jeszcze gorzej niż chce nam powiedzieć literatura, bo w książce Sudoł to wszystko dzieje się w zasadzie niemal jawnie, w niewielkim stopniu pozostaje otorbione pięknymi słowami. Tymczasem w rzeczywistości takie postawy, cele i standardy są nierzadko zasłonięte mgłą wzniosłych deklaracji i miarkowania szlachetnych czynów.

Autorka opisuje to wszystko bez resentymentu, nadmiernej złośliwości czy goryczy. Raczej beznamiętnie zdaje sprawę z zasadniczych cech i mechanizmów tej ludzkiej marności. Mimochodem wskazuje także jej kontekst systemowy – indywidualistyczną kulturę jednostkowego sukcesu jako jedynej miary wartości człowieka. Czyta się to naprawdę fajnie, a przy odrobinie namysłu można wysnuć z książki więcej ciekawych wniosków niż z coraz bardziej zgranej, rozpisanej na wiele głosów i form literacko-publicystycznych, produkcji opowieści spod znaku wrażliwości społecznej.

Co ciekawe, zastosowanie przez autorkę terminologii mało skonkretyzowanej zaprowadziło część odbiorców-recenzentów w rejony skojarzeń pozornie nonsensownych. Otóż Instytucja i projekty zostały w obliczu opisanej walki wszystkich ze wszystkimi odczytane jako realia rodem z… korporacji. „Praca zawłaszcza człowieka”, satyra na korporzeźnię”, „opisuje korporacyjną rzeczywistość”, „wyśmianie korporacyjnej nowomowy”, „znakomicie portretuje też wszystkie brudne korpo-gierki i podchody”, „w końcu ktoś z pokolenia 30-latków opisał, jak z naszej perspektywy wygląda współczesny rynek pracy w Polsce” – to cytaty z trzech różnych recenzji tej książki. Można by wyśmiać nieuważną lekturę, bo przecież kilka wątków i scen wprost odsyła nas do świata artystycznego i takiejże aktywności. Nieuważność zdarza się jednak każdemu. A wspomniane opinie wskazują, że Anna Sudoł celowo lub przypadkiem nakreśliła obraz bardziej uniwersalny niż dotyczący tylko światka artystów. Mówi nam to nieco o tym, w jakiej rzeczywistości jesteśmy zanurzeni po uszy, jakie realia stwarza turbokapitalizm i że nie ma w nim instytucjonalnych czy środowiskowych oaz nawet tam, gdzie moglibyśmy się ich spodziewać. Jesteśmy po uszy zanurzeni w egocentryczno-indywidualistycznej logice, w mechanizmach indywidualnego sukcesu czy choćby tylko sukcesiku jako kluczowych miar naszego miejsca w społeczeństwie, w ultrarywalizacyjnym wyścigu szczurów. Nie tylko w korporacjach, ale także w organizacjach, w których nie tyle i nie same pieniądze są miernikiem i ukoronowaniem takich wysiłków.

Warto Projekt czytać, bo mówi nam ważne rzeczy o nas tu i teraz. I mówi to w sposób ciekawszy i mniej nachalny niż wiele produkcji spod znaku dość późno narodzonej, za to coraz bardziej modnej refleksji socjalnej, której przejawy, nie mogę się oprzeć temu wrażeniu na kanwie lektury Projektu, są nie tyle opisaniem rywalizacyjno-eksploatacyjnych realiów, ile świadectwem udziału w nich. Bo zamierzonym Wielkim Projektem, w realu kończącym jako jeden z wielu projektów małych, może być wszystko. Także to, co pod pozorem troski i wrażliwości o innych czy o wzniosły cel zaledwie pompuje nasze ego i karierę.

A. Sudoł, Projekt, Korporacja Ha!art, Kraków 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Remigiusz Okraska, Wielkie projekty malutkich ludzi, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 97

Przypisy

    Powiązane artykuły