29.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #098 / Pożegnanie z Mistrzem

Kiedy umiera pisarz, zamyka się świat, w którym już udało nam się zamieszkać. Śmierć jest ostatecznym zatrzymaniem obecności i otwarciem na historię. Kiedy umiera krytyk literacki, ubożeje o jeden głos refleksja nad literaturą; a kiedy jest to krytyk wybitny, zrywa się więź, jaka łączyła nas z jego mądrą myślą. Kiedy umiera historyk literatury, tradycja, której był strażnikiem, nagle przestaje być oświetlana jego rozumiejącym spojrzeniem. Wiemy, że z każdą taką śmiercią doznajemy wielkiego uszczuplenia, osamotnienia.

Jacek Łukasiewicz był poetą, krytykiem, historykiem literatury. Mądry, niebywale pracowity, przede wszystkim łagodny. Obce mu były ostre starcia, a jeśli już je prowadził, to przeciwnika zawsze rozbrajał jego dobry uśmiech. Albowiem Łukasiewicz, wydobywając ze swojej fenomenalnej pamięci różne argumenty na poparcie tezy, stale chciał wchodzić w dobrą relację. W Republice mieszańców napisał: „Jeśli mogłem czasem wpływać na twórczość Serwacego czy Bonifacego, to Serwacy, Pankracy, Bonifacy wpływali na mnie, następowało tak potrzebne porozumienie, komunia dusz czy duszyczek”.

Odkryjmy w tym zdaniu i aluzję do „zimnych ogrodników”, i do Mickiewiczowskiego Gustawa, który w mistycznej jedności z ukochaną znajdował pełnię namiętnego szczęścia („za życia był w niebie”). Ogrodnicy-twórcy i Gustaw-krytyk spotykali się w tym wzajemnym oddziaływaniu, jak zimne z gorącym. Łukasiewicz napisał: „w porozumieniu”. „Porozumienia takie są potrzebne, dosyć mamy w życiu literackim drobnej zawiści, wrogości i pogardy, działających destruktywnie”.

To była manifestacja postawy sceptycznej wobec świata, ale na niego otwartej. Łukasiewicz, jak jawni lub ukryci jego mistrzowie, oparł ją na personalizmie, filozofii dialogu dwóch „instytucji” życia społecznego, chrześcijaństwa i socjalizmu, a także dwóch intelektualnych perspektyw, egzystencjalizmu i marksizmu. Opowiedział się po stronie egzystencjalizmu chrześcijańskiego, choć wiedział, że w swojej interpretacji współczesności nie może polegać wyłącznie na dogmatach odrzucających racje strony przeciwnej. Dlatego napisał: „Literatura jest […] sposobem bycia, i to zarówno indywidualnym (idiolektem), jak i społecznym, kulturowym językiem. Jest też, inaczej, podwójnym sposobem zachowania się: zewnętrznym i wewnętrznym”.

Wiara w sens literatury była u niego wiarą w sens jej istnienia. Również w to, że literatura sięga do tego samego źródła poznania, co nauki spekulatywne. Prawda przeżycia, prawda pamięci, prawda rozumu są sobie bliskie. Wszystkie wkraczają w obręb dostępnego nam doświadczenia, wypromieniowując pod postacią nowej jakości to, co przeszłe i obecne. Prawdę pamięci i prawdę teraźniejszości łączy linia porozumienia, nie rozdziela linia konkurencji. To, co nie znajdzie miejsca w rozumie, spoi głęboko osadzona w doświadczeniu indywidualnym siatka rozmaitych współobecności. Wszyscy przebywamy w jakimś „teraz”, niezależnie od mijającego czasu i zdobytego przez lata doświadczenia.

Do tego poglądu trzeba było dorosnąć. Jacek Łukasiewicz debiutował w 1948 roku, jako uczeń (odpowiedział na ankietę „Tygodnika Powszechnego”), a cztery lata później objawił się jako poeta i krytyk (również tutaj). Napisał potem: „Większość tylko na wpół wierzyła w uroki stalinizmu. Nawet gdy składano wyznania wiary, to pod spodem był sceptycyzm”. Unaocznione zostało tutaj rozumienie mechanizmów instytucji i artykulacja postaw indywidualnych. Nie ma usprawiedliwienia i oskarżenia, jest próba zrozumienia. Co odkrywa przed czytelnikiem literatura? „Prawa fabuły – to […] reguły narracji historycznej i reguły biografii, ale także coś więcej – prawa moralne”.

U początków drogi krytycznej Jacka Łukasiewicza marksiści zaczęli, nie bez starcia, oddawać pole egzystencjalistom. Młodzi krytycy zachłysnęli się inną niż społeczna interpretacją miejsca jednostki w świecie. Czytali dużo, w oryginale i w streszczeniach. Kogo czytali? Edmund Husserl mówił im o odsłanianiu świata w jego niegotowości i pytał o odpowiedzialność człowieka za poznanie świata. Martin Heidegger przypominał, że każdy los pojedynczy, „byt-w-świecie”, ma potrzebę troski o inne byty, lecz dogłębnie odczuwa trwogę przed nicością. Jean-Paul Sartre, przyznając człowiekowi maksymalną wolność, twierdził, że jako „skończoność” stwarza on siebie i odpowiada za swoje decyzje tylko przed sobą. Gabriel Marcel dowodził, że indywiduum jest zawsze zawieszone w intersubiektywności, nie jest nigdy zdane samo na siebie, lecz powołane do uczestnictwa w świecie, a jego wolność ma źródła w transcendencji, w świadomym uczestnictwie w świecie. Emmanuel Mounier przekonywał, że jednostka z racji swojej podmiotowości i rozumności jest nie tylko godnością samą w sobie, ale także potrzebuje dla siebie godnego miejsca w świecie (jest wolna duchem, lecz podlega prawom przyrody). Karl Jaspers ustanawiał graniczność sytuacji, unaoczniał różnicę między normą dnia i pasją nocy. Albert Camus mówił o potrzebie heroicznego trwania, a Colin Wilson w postawie outsidera widział zmącenie reguł i nietrwałość norm… Ileż było tych filozoficznych lektur? Za nimi szły inne – wiersze, powieści.

Łukasiewicz napisał:

[…] mamy nadzieję, że przyszła sztuka (sztuka przyszłości) odnajdzie w sobie nas. A gdy widzimy, że jawi się inna, obca, niezwykła i groźna dla nas, boimy się, że to się nie stanie. I zaczynamy ją oswajać, wpisywać z góry, na zapas, w interpretacyjne systemy. Jakby ta przyszła sztuka przyszłych ludzi mogła być lekarstwem na naszą metafizyczną bojaźń.

W tym stwierdzeniu jest lęk i nadzieja o naszą obecność, której nie potrafimy uzasadnić i wyznaczyć dla niej miary przyszłości. Ale jest także wiara w to, że sztuka przyszłości nie odwróci się od nas, czyli od pamięci przeszłości.

O tyle jest to ważne w systemie światopoglądowym Jacka Łukasiewicza, ponieważ – jego zdaniem – „krytyk, przypasowując «my» do «ja» podług swej miary i własnych możliwości, określa integralność literatury; wyłania się wtedy – niejasno – jeden z profilów całości”. To zdanie z Rytmu, czyli powinności pokazuje, że sąd zbiorowości i sąd jednostki są ze sobą mocno związane. Łukasiewicz nazywa to związanie „rytmem” i twierdzi, że krytyk „szuka rytmu kultury”.

Nic nie jest tak związane z osobniczą psychiką i fizjologią, jak rytm. A jednocześnie ten indywidualny rytm jest częścią – im bardziej indywidualny, tym bardziej jest częścią – zarówno rytmu kosmicznego, jak i rytmu kierującego społecznym odczuwaniem. Rytm-przyjemność i rytm-powinność. Jednocześnie.

Doprecyzujmy: szukanie „rytmu” jest usilną próbą odnalezienia iunctim między egzystencjalną i estetyczną postawą krytyka. Dlaczego te właśnie postawy? Pierwsza dlatego, że jest ułomnością, a druga dlatego, że może, ale nie chce powiedzieć (to odkrycie Kierkegaarda). „Każdy […] wybór jakiegoś wariantu szczegółowego rodzi […] możliwość” – napisze Łukasiewicz w Ruchomych celach.

Pisał o różnej literaturze, ale głownie o poezji. „Słyszał” ją, była mu bliska, wszak sam był poetą. A każdy, kto czytał wiersze Łukasiewicza musiał ze swej lektury zapamiętać jego niezwykłe wyczulenie na szczegół (fakturę, materię) świata, a równocześnie niezwykłą dbałość o miejsce wiersza w przestrzeni tradycji lirycznej. Wiersze Łukasiewicza od początku były wielogłosowe i zakorzenione w czasie minionym: odnosiły się do jakiejś znanej już mowy lirycznej, podejmowały z nią dialog, rozszerzały znaczenia zaledwie tam podjęte, przywracały sens formom poetyckim już zapomnianym. Taki romans z literaturą, zawęźlenie egzystującego w teraźniejszości indywiduum z tekstem rozumianym jako sumienie przeszłości – musiało dać (i każdorazowo dawało) rezultaty bardzo zastanawiające.

Przejmująco brzmią zdania ze wstępu do Złotej księgi wierszy polskich, w którym edytor zawarł – to jest bezsporne – autobiograficzne wyznanie. O sobie jako poecie, o sobie jako czytelniku poezji i o sobie, jako krytyku usilnie dążącym do dobrego, nienaruszającego intencji autora, wysłowienia. Te zdania brzmią tak:

Wiersze potwierdzają istnienie, po swojemu bronią przed śmiercią, chcą przekroczyć to, co nieprzekraczalne. Dążą ku temu, co ostateczne. Poezja otwiera, uwewnętrznia – czy swoiście problematyzuje – wartości takie, jak patriotyzm, religia, Bóg. Nawet w życiu ginie się dla nich, wiara w nie – jak wszelka rzeczywista wiara – pozostaje pytaniem i nadzieją. Poezja może jednak w tej sferze działać, pamiętajmy, dwojako. Albo konwencjonalizuje, nadaje znany rytm przywołujący znane sytuacje, jak majowe nabożeństwo czy ułański patrol. Tego zresztą oczekujemy od wielu z ulubionych wierszy, chcemy poprzez nie znaleźć się w obrzędzie, poczuć łagodną wspólnotę. Szukamy w wierszach otuchy, tak jak szukano jej w nich niejednokrotnie. […] Ale także poezją wchodzimy odważnie w głąb myśli, sumień, wzruszeń, gdzie nikt inny wprowadzić nie zdoła, gdzie jest się samotnym i gdzie prawdziwy, także burzliwy wiersz przynosi pokój spełnienia.

Czytał uważnie i zachłannie. Miał swoich przyjaciół w lekturze. Mickiewicz, Różewicz, Herbert, Grochowiak. Mickiewicza z oczywistych powodów poznać nie mógł, ale go kochał. W naszej ostatniej rozmowie powiedział: „Chcę napisać książkę o Mickiewiczu, ostatnią swoją książkę. Wiesz, wyliczyłem, że potrzeba mi na to dwóch lat. Może się uda”. Chciałbym dziś odpowiedzieć: „Udało się, Jacku, zawsze się udaje, kiedy zostawiamy bruliony, ponieważ fragmenty nie są całością, dlatego nie poddają się nicości”. Ale takie zapewnienia już nie znaczą.

Więc czytał zachłannie. Umiał streszczać, ale jego streszczenia nie tyle były zdawaniem sprawy z chronologii myśli, ile interpretacją tej myśli – przyległą, ciekawą treści, czasami ze znakiem zapytania. Jacek Łukasiewicz był gentelmanem stylu i dyskursu. Jak gdyby onieśmielony nową interpretacją, ale podejmujący z nią poważną próbę „porozumienia”.

Mówił: „Ja się bardzo dużo uczę z lektury nowych prac”. Żadnego odblasku autorytetu, skromność, pewne zawstydzenie nowymi wyzwaniami. I radość z nowej lektury, bo zawsze można dużo się dowiedzieć. A przecież, ciesząc się z każdej nowo wydanej książki, był myślą już przy kolejnej. I w ten sposób nas zawstydzał, bo pokazywał, że ciągła praca myśli nie zna żadnych ograniczeń: wieku, ciała, pamięci. Napisał kiedyś: „literatura jest profesją, w której trzeba używać właściwych słów, dobieranie ich sprawia mnóstwo kłopotu”.

Po odejściu Jacka Łukasiewicza ten kłopot jest jeszcze większy.

Portret

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marian Kisiel, Pożegnanie z Mistrzem, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 98

Przypisy

    Powiązane artykuły