06.05.2021

Nowy Napis Co Tydzień #099 / Pod Jemiołą. Nowy brak teorii wiersza polskiego

koło północy clou: spirytystyczny seansik
po grze w tryktraka: ciepło, zimno, zimno,
ciepło niczym we wnętrzu pieca (czy praca
czyni wolnymi rentierów).

chiazm, lustrzane przymierze żywych, nie-
żywych – i tych jeszcze niezdecydowanych,

za których zdecydują ludzie ze sznurowni.

            Piotr Jemioło, groszowe powieści (2)

 

Nie od dziś debiutujący niedawno książką Nekrotrip Piotr Jemioło dewaluuje wartość wiersza. Tam, gdzie inni młodzi gniewni próbują obiektywizować problemy, niedobory i epidemie dzisiejszego, nadpobudliwie politycznego świata, poeta z Jasła stawia na subiektywny, do bólu jednostkowy przekaz, niepozbawiony jednak pretensji do bycia punktem odniesienia dla podobnych, zwłaszcza tych zaangażowanych w walce o lepsze dzisiaj. Zrównanie wierszy z groszowymi powieściami w duchu teorii spiskowych wpisuje się w tę strategię; poeta sprytnie i efektownie zawłaszcza dyskurs klasowy w iście niemarksistowskim stylu. Równanie przywilejów i redystrybucja zasobów (poetyckich) nie następuje w dół, a jakby w bok; zanikający podmiot tych wierszy wychodzi z tekstu i staje obok, by się w sobie przeglądać, a jednocześnie łapać się na sztucznym dystansie – jedynym możliwym, gdy w grę wchodzą sprawy najwyższej wagi: podstawowych potrzeb, tendencyjnie mylonych z tymi wyższego rzędu.

Ale po kolei: cykl groszowe powieści faktycznie składa się z czterech ponumerowanych elementów (niniejsza publikacja pomija drugi i ostatni; mój tekst ma na celu zrekompensować ten brak). Możliwe, że w tle tli się nawiązanie do Powieści za trzy grosze Brechta, choć to najwyżej pretekst dla „uczonych w piśmie”, z którymi co najmniej groszowe powieści (2) stanowią nie lada polemikę. Ponadto pojawia się kandydat do miana wiersza kultowego, Ufo nad Krakowem: esencja jemiołowatości. Brawurowo poprowadzona spiskowa teoria prywatnych dziejów, ideowo kojarząca się z kolejnymi Oplutymi Świetlickiego: Ufo z czipującymi obcymi może być odpowiedzią na ów mityczny „statek piratów”. Tyle że tutaj wskazanie ma automatycznie charakter dożywotniego naznaczenia.

To wiersze wolne (a wiersze nie zawsze są wolne, zwłaszcza gdy komuś/czemuś służą), zdaniowe, narracyjne, zmetaforyzowane w taki sposób, że niezależnie od zastosowanych środków artystycznych da się je czytać dosłownie niczym anegdoty bądź miejskie przypowieści. Nie stronią od nazw własnych, które same w sobie są wytrychami do kolejnych poziomów interpretacyjnych. Nie zamierzam, oczywiście, skupiać się na ich wszystkich odczytaniach, a bardziej wnikliwych odsyłam do ciotki Google. Jemioło również i w ten sposób myli tropy i miesza częstotliwości odbioru; zachowuje pozory kontroli nad wierszem, który wymyka się w kierunku bieżącego, a jednocześnie nie potrafi się oderwać od tkwiących w historii literatury (która autora swoiście pasjonuje) korzeni.
Tym razem krakowski poeta nie funduje nam jednak parafraz i wariacji na temat istotnych dla niego i z jego punktu widzenia pisarzy (jak to drzewiej bywało z Ashberymi czy Sosnowskimi tego świata); pretekstowo wspomina jedynie dwa nazwiska – Miłosza i Kundery. To środek do osiągnięcia innego, bardziej wsobnego celu. Albowiem nazwy własne są w tych tekstach także błyskotkami reaktywnie budującymi tak zwane pierwsze wrażenie: wiersz Jemioły ma być atrakcyjny, dobrze się czytać zarówno recenzentowi z przerostem aparatu krytycznoliterackiego, jak i prostemu odbiorcy, który właściwie nie istnieje, ale w braku teorii wiersza według poety z Jasła zdaje się zajmować poczytne miejsce.

Tytułowy brak teorii wiersza to figura zgryźliwa, ale – jak mniemam – trafnie oddająca metodyczność i wygórowane ambicje pisarskie Jemioły. Oto autor nieźle przyjętego debiutu, ceniony po ultralewej stronie, choć flirtujący z tą, może nie ultra-, ale jednak prawą, niezmiennie pragnie więcej. Często pisze na akord, w systemie wiersz dziennie (co anektują nadpobudliwi członkowie Krakowskiej Szkoły Poezji jako kolektywną metodę twórczą), efektownie i dosadnie, jak gdyby każdą frazą, każdym domknięciem strofy i wiersza chciał coś udowodnić. Może nawet nie na zasadzie TKM: teraz wchodzę ja, cały na biało, czerwień jest mi obca jako obca siła, ale zaprawdę powiadam wam, kapitalizm też kiedyś odejdzie; jakiś bóg istnieje, jakiś ukryty (lub zaniedbany) porządek panuje nad tym i tamtym światem. Może jest w tym nieco zdrowego rozsądku, jakiejś – charakterystycznej dla roczników 90. – poetyckiej kalkulacji: większość się angażuje, mniejszość unika angażu, to ja pójdę w poprzek i niech szukają na mnie metody. Najciemniej, mimo wielu błysków oka (przed mrugnięciami), jest pod Jemiołą! Może więc stąd ta ruchliwość, migotliwość, jakby nerwowość obecna w przeważającej większości utworów autora Nekrotripu, choć jakże maskowana przez programowe znużenie i wyczerpanie osoby mówiącej w tych wierszach; stąd wieczne próby odnalezienia równowagi, która nie będzie jedynie etapem pośrednim między wysokim i niskim, lewym i prawym, ale stanie się pełnoprawną i pełnosprawną trzecią drogą. Wiersze jako groszowe powieści, quasi-proza poetycka (krytycy, polemizujcie!); wiersze przeciwko lingwizmowi zawierające rozwiązania czysto lingwistyczne; wiersze obrazoburcze, w których roi się od klasycznie konstruowanych obrazów (ale ani słowa o pogodzie i przyrodzie; nadświadomość autora każe mu rezygnować z aż takiej klasyki wyrazu).

Wspomniane balansowanie na granicy zdystansowania i zbytniego przywiązania oddaje już w drugim wersie groszowych powieści (1) „lekki rozkrok” podmiotu. Niespieszność i celebracja to zasłona dymna dla rozgrywki wewnętrznej o prawdziwie brutalnych zasadach: „kamień, nożyce, papier”, czyli trzy gesty i sześć ich kombinacji. Tylko tyle, a angażuje i absorbuje obie półkule mózgu. Tu już nie humaniści dopominają się swoich praw, których nie potrafią policzyć i fizycznie, chemicznie oraz biologicznie doświadczyć, bo zjada ich od środka ból metafizyczny, a opisuje jedynie przesadzona metafora. Liczy się – konkretna i policzalna – wszechstronność; zresztą przecież i dlatego te same dłonie pokazują potem władzy uniwersalny środkowy palec. Liczy się, nawet jeśli bardzo hermetyczna, to kosmicznie rozbuchana i igrająca ze ścisłymi teoriami wyobraźnia. Udowadniająca, że najprostsze gesty i połączenia słowne uzyskują najdonośniejsze znaczenia; protesty bierne, wewnętrzne, „zaplecowe” mają największy potencjał, jeśli tylko się uruchomią i – za sprawą wiersza – trafią na podatny grunt. Zawłaszczenie środków protestu ukonstytuuje się poprzez zaprzeczenie konieczności, a nawet zamiaru zawłaszczania. Niezależnie od poziomu zaangażowania władzy w jakikolwiek rodzaj mieszania szyków, co miewa przełożenie na czytanie wiersza, ale przecież lektura wiersza – idealistycznie, ale jakże praktycznie – odbywa się poza wszelką władzą, nie licząc władzy języka i rozumu. Indywidualnego i intymnego zwłaszcza w czasach, gdy kolektywy nisko latają.

Władza tymczasem dysponuje prostymi środkami wyrazu, których używa do komplikacji przekazu; bo przecież nie do oswajania nowych przestrzeni. Jeżeli następuje otwarcie, nie może być nowe: to, co najwyżej, z premedytacją kreowana przez władzę luka w dotychczasowym systemie zabezpieczeń. Gest przecięcia wydaje się tutaj symbolizować skuteczność działania w polu symbolicznym. Pokazywać, jak tautologiczna i zarazem paradoksalna to sytuacja: przerwać coś doraźnie, na pokaz, by wzmocnić w szerszym planie. Nawet drut wie, co się święci, toteż się śmieje. Tego rodzaju personifikacja wynika też ze skłonności autora do efektów specjalnych. Puenty krakowski poeta stawia jasno: w świetle lamp i jupiterów mają błyszczeć wystarczająco silnie, by krytycy mogli co najwyżej świecić światłem odbitym.

A może ten wijący się drut nosi w sobie coś z węża? Może przecięcie, a więc de facto rodzaj uśmiercenia, przerwanie ciągłości uderza w ojca grzechu, by jego redystrybucję scedować na organy ziemskie, teoretycznie wybieralne? To nawet byłoby na rzeczy w kontekście pojawiającej się w groszowych powieściach (2), i od razu straszącej, willi Diodati. Skuteczne to, jeśli nawet przypadkowe, częściowe spolszczenie nazwy miejscowości, gdzie narodził się – za sprawą Wampira Polidoriego – zły gotyk i inne romantyczne zabobony. Gdzie, jak nie w tym wierszu, liczy się ciało, choć jednocześnie ciała nie widać (i nie dajcie się zwodzić, że za pierwszym razem chodzi o życie, za drugim – o śmierć) na tej scenie. Znowu scenie, ile razy można scenę? – zapyta krytyk-intelektualista, ale przecież takimi autor cyklu gardzi. Ile trzeba, bo przecież nicuję wasze przyzwyczajenia, głąby – odpowie z emfazą, wyniośle, acz niezobowiązująco. Wiersz przecież nie ma prawa niczego narzucać, nawet jeśli łasi się efektownie nieczułymi słówkami.
(Wypomniane przez podmiot teraźniejszości ciało „pasie się pod pieczą pajęczyn”, co jest jedyną tak bezczelną tutaj aliteracją, czystą brzmieniówką o ponadczasowo ogranym przemijaniu; zrzućmy to na karb potencjalnie namacalnej definicji, pod jaką Jemioło mógłby się podpisać: poezja jest tam, gdzie wyjątki potwierdzają brak reguł).

W niepublikowanych groszowych powieściach (2) istotne są też role, jakie mogą przypadać w drodze losowania; ich katalog u poety z Jasła wcale nie jest życzeniowo przypadkowy i nastawiony na tani poklask; zresztą tu, nawet przy brawurowym odegraniu, a następnie odebraniu ról brawa nie mogą się należeć. Poczynając od guślarza poprzez jurodiwę po ojca-gwałciciela to postacie skazane na porażkę: tańczą – złowieszczo – chocholi taniec na pogrzebie. Abstrahuję od kontrowersji takiego zestawiania przegrywów; gdy wiersza nie ustawiają żadne reguły, tym bardziej nie zadziała poprawność polityczna.

Czyżby więc chodziło o uśmiercanie wpływów poezji już zbędnych? Jakby Jemioło unieważniał, obracając w popiół, czyli chiazm, słowa skrzyżowane ze słowami i odbite w słowach. Jakby odżegnywał się od dykcji opartych wyłącznie na języku. Jakby znudziło mu się życie na Korei, nie po kolei, a wiersz znowu miał (jednak) opowiadać, pozwalać na odgrywanie ról. i tak w koło, Piotrze, opoko bez fundamentów dla domu, do którego wiersz wrócił, by przestać wychodzić z przyczyn depresyjnych. Albowiem załamał się dach i zarwała podłoga; i to, co pod podłogą, już zawsze miało straszyć w polskości.
(W metaforyce, znowu, istotnym elementem są gry. Tym razem tryktrak i „ciepło zimno”. Pozbywanie się pionów versus zbliżanie się do ukrytego z dziecięcą naiwnością, że to ukryte należy odkrywać, bo chodzi wyłącznie o zabawę).

Puenta daje się odczytywać w związku z niedawno złamanym tak zwanym kompromisem aborcyjnym. Tylko czy niezdecydowanym, którzy pojawiają się w puencie, bliżej jednak do bytów czy niebytów? Wysłannikami jakich sił mogą być tajemniczy ludzie ze sznurowni, pociągający za sznurki albo tworzący z nich konstrukcje ostateczne? Czy to nie po prostu władza, która podejmuje decyzje, zamiast zostawić prawo wyboru? Czytając ten fragment w szerszym planie twórczości Jemioły – to bardziej niepowszechny spisek; ani pro life, ani pro choice. A biorąc pod uwagę przekorną dedykację „uczonym w piśmie” – naukowa granda. Jakby wiersz sugerował, że (wszelkie) zło płynie z instytucji wiedzy uporządkowanej i sklasyfikowanej. Karmieni gotowcami stajemy się coraz mniej podatni na indywidualne myślenie. A ono, nawet jeśli bywa obciążone ingerencją ignorancji, ma pierwotną wartość samą w sobie.
(Intryguje to, że analogicznie można odbierać Ufo nad Krakowem; tyle że spisek ma tutaj charakter raczej lokalny. Mieszkańcy Krakowa, zwłaszcza ci z literackim bagażem, zapewne powiedzą więcej, szerzej i głębiej. Czip, z którym nauczył się żyć podmiot mówiący w tekście, to jakby wariacja na temat kosmicznego charakteru krakowskości wszczepianej odgórnie, tak ciążącej nieprzysiadalnie, noblowsko i deklinacyjnie, pretensjonalnej in spe; ale i prowokującej po prostu świetne, jak ten, wiersze. A kosmiczność sama w sobie? Niczym w Kronikach marsjańskich Bradbury’ego: kosmitą jest ten, kto podróżuje i ląduje na nowych planetach; wystarcza więc planeta Kraków).

Groszowe powieści (4) biorą na warsztat tworzoną pozanaukowo teorię szumów. Zgodnie ze sprawdzoną metodą Jemioły: okruch bieżączki strząsnąć ze stołu pełnego lektur; oczywiście – czytanych metodą jurorów nagród literackich: blurby, nota biograficzna, spis treści, ewentualnie wstęp i podziękowania. Po co tracić czas, kiedy i tak nie ma z kim o tym rozmawiać? Kiedy współczesna postkultura polega na stwarzaniu pozorów i kresu takiej kreatywności nie widać. W ostatecznym rozrachunku zostają jedynie mniej lub bardziej uciążliwe szumy. Muzyka środka, którego nie da się wyznaczyć – co niezmiennie, obsesyjnie i do znudzenia sugeruje niedawny, ale jakże samoświadomy debiutant.
A potem, to jest od drugiej strofy, w wierszu króluje „muzeum groszowych powieści”; jakby podmiot, ponowocześnie flowujący, czujny wobec i czuły na młodzieżowe idiolekty, będąc na bieżąco z modnymi prądami antropologicznymi (nawet jeśli je odrzucający i – wzorem eseisty Dakowicza – piszący tak, jakby nie istniały), przezornie i przekornie wolał zasygnalizować: jestem skonstruowany z przeszłości. Będę programowo konserwą obywatelską. Zdaję sobie sprawę, że nie zbawi mnie żadna kolekcja, gdyż nie jest warta nadmiernej uwagi; zbieractwo to domena słabych. Wszystko można sprzedać, a i tak w tobie zostanie, nawet jeśli nigdy nie istniało (o czym za chwilę).
I wszyscy mamy, niczym Maria Antonina, ścięte głowy wobec tak postawionej sprawy. Jemioło obala mit przyszłości, obalając mit teraźniejszości, a potem przeszłości, do którego się tęskni programowo, choć do niczego to nie prowadzi. W groszowych powieściach to taki fundament bez budynku, kościół bez boga. Ale jednak jakaś baza do nadbudów, nawet jeśli organizowanych dzięki przeszłym rozbiórkom.

Swoisty program, który roboczo nazywam nowym brakiem teorii wiersza polskiego, Jemioło uwypukla w trzech punktach. To tak bardzo zindywidualizowany, że aż pozbawiony jakichkolwiek cech oryginalnych krzyk rozpaczy kolejnego pokolenia xyzjp2mp34g5, z którym to krakowski poeta sobie rzewnie igra. Kogo nie przerasta czas doraźny? Kto się nie woli poskarżyć na awanturniczą awangardowość i sięgnąć po sprawdzonych Kunderów i Miłoszów? Także pamiętając, że „jest niskość” nie tylko w Drugiej przestrzeni tego drugiego, gdy nawet Największy Polak na zawsze pozostał „drugi”?

I wreszcie: kto się nie starzeje? Racja: wypominając groszowym powieściom chłopięce tyrady wyfraczonych paniczów tudzież serię szoków albo podejmowanie usilnych starań wyjścia poza świadomość, która może nie być zakorzeniona w dającym się uchwycić, zrozumieć i przetworzyć byciu tu i teraz, poprzez flashbacki, déjà vu oraz inne około- i preegzystencje, wypada wręcz skonkludować: nawet gdy wiersz Jemioły próbuje się starzeć, osiąga efekt przeciwny do zamierzonego. Czar pary z ust Krzysztofa Ibisza podczas pisania pamiętników z wakacji.

Natomiast w tęsknocie za nieobecnym/nieistniejącym wyraża się w pełni metafizyczny głód bliskości braku, którego nie da się nasycić żadnym nadmiarem, ponieważ egzystencja nim wypaczona straci sens i wszelką nadzieję. Tak, to zdanie-walec, rozjeżdżające wszelkie subtelności interpretacyjne. Ale autor tak chciał. Żeby przeszłość zapukała do niego od spodu. i zawyła.
(Niewiele by tu zmieniła publikacja i czwartego wiersza z cyklu; on – po prostu albo mimo trudności – upomina się o dobrą śmierć, zgodną ze scenariuszem, w/na odpowiednim odcinku; Jemioło ceni sobie efektowne domknięcia).

Najciekawiej jednak wiersze Jemioły kreują same siebie. Niby przystępuję do czytania z rozumieniem i zrozumieniem, „z tutoriali od biedy uczę się danych kroków”: wytaczam najcięższe działa z laserowymi celownikami, spruwam ironię z podszyć, tropię zmyłki, tak charakterystyczne dla pokoleń wiecznie wstępujących, które długo nie zagrzeją miejsca, bo nie da się ich nikomu i niczemu przypisać, zaprząc w orszak słusznych, szumnych i dumnych idei. Niby mam klucz, do (3) i niepublikowanej (4), nawet francuski (te wszystkie szafoty, żaboty i inne narzędzia tortur), wiem, co chcę napisać, co wyczytałem i czego nie doczytałem. A autor i tak sprawdza, nie mówiąc: „sprawdzam”; to nie w jego stylu, obce są mu takie podchody. Raczej siedzi ukryty za stosem rekwizytów i poważnie się uśmiecha, gdyż buńczucznie jest przekonany, że było warto: że jeszcze raz zakręci diabelskim młynem i tryśnie anielskim nasieniem (zgodnie z prymatem panspermii); że gdzieś pomiędzy jest druga przestrzeń będąca trzecią drogą i czwartym wymiarem; że odliczanie nigdy nie dobiegnie końca. Skolonizował już swój wszechświat, gdzie nie wszystek umrze; nie potrzebuje nowych obcych.
A ja, ten obcy, zostaję z niczym. Niczym, za którym się tęskni, utożsamiając z czymś konkretnie niemożliwym albo zupełną pustką. Jeżeli Jemioło zamierzał zafundować takie katharsis, uczcijmy ten zestaw minutą ciszy. Tej ciszy.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Rafał Gawin, Pod Jemiołą. Nowy brak teorii wiersza polskiego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 99

Przypisy

    Powiązane artykuły