12.11.2019

Cegielnia

Niezbyt często, być może jedynie

W popołudnia podkreślane specjalnym kolorem

Raz w tygodniu, albo jeszcze rzadziej

U szczytu moreny, całkiem sami

Wciąż w tym samym miejscu

Nieruchomo.

 

I wciąż w podobny sposób:

Wpatrzeni w kruszący się komin

W zębate koła porzucone w dole

W zielone okna wody, w skupieniu, jakby nic

Nie było przypadkiem – ani teatr dziwnych figur z piasku

Ani śmieci szarpane wiatrem, ani gazety – podobne

Do strzępów kiedyś odbytej rozmowy. Jakby rzeczywiście

To właśnie miało się zdarzyć: najpierw rozpad

Potem wzniosły hymn powietrza

Ruch w górę, gorzki dym, zmęczenie.

 

Nikt od dawna nie wyrabiał tu cegły.

Rzeczy były wyłącznie znakami obrzędu.

Opustoszały boży erem trwał

Bez żadnej przeszkody na samym końcu

Jasnej, glinianej doliny –  samotnie.

Na jej brzegach rósł krwawnik, nad nim nosił

Kadzidło wiatr i słońce pomału

Rozpalało swój warsztat, jakby chciało

Wypalić w tym miejscu Kościół, zanim ciało

Ogarnie cień i sny ostatniewsuną się we włosy.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Kudyba, Cegielnia, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły