26.02.2020

Kontrkultura czy antykultura?

Czołowy polski krytyk literacki lat sześćdziesiątych XX wieku, autor felietonu Pochwała dyletantyzmu, Andrzej Kijowski, twierdził, że największą pochwałą, jaką może wygłosić czytelnik książki, są słowa: „Ja bym tak napisał”. Właśnie – chciałabym napisać podobną książkę jak Krzysztofa Karonia Historia antykultury. Oczywiście inaczej niż Karoń rozłożyłabym akcenty: pominęłabym archeologię, a zaakcentowała znaczenie teorii literatury pojętej jako autonomiczna w stosunku do nauk społecznych dyscyplina humanistyki.

Gdy zaczynałam zajmować się teorią literatury, do opiniotwórczych nowości należały eseje, a wzorami najlepszych badaczy literatury współczesnej, redaktorami lub stałymi współpracownikami najbardziej szanowanych periodyków (nie na podstawie listy, tylko środowiskowego, nieskodyfikowanego konsensusu) były swobodnie, wręcz dowcipnie, w zmetaforyzowany sposób piszący, twórcze indywidualności, takie jak Jan Błoński, Janusz Sławiński, Edward Balcerzan. Wdzięk wydawał się obowiązkiem stylu humanisty. W okresie, kiedy upowszechniają się tak pojęte zbiurokratyzowane rygory naukowości, że zakrawają na cenzurę lub uniemożliwienie myślenia, „posługę myślenia” energicznie pełni ktoś spoza akademickiego kręgu. Lęk przed utratą autorytetu paraliżuje starszych, a młodsi, chcąc zrobić w nowych warunkach pełną karierę, nawet nie stawiają sobie innych pytań niż dotyczące tego, co się opłaca, by zdobyć niezbędne punkty do oceny parametrycznej, i jak zadziałać na studentów, by uzyskać od nich korzystną ocenę w procesie ewaluacji nauczyciela akademickiego. Kiedy los profesora zależy od studenta, nauką musi się zająć niezależny dyletant (w pozytywnym znaczeniu tego słowa: ktoś o szerokich horyzontach, nieskrępowany ciasnymi rygorami jednej dyscypliny naukowej, wolny od presji obowiązującego w nauce paradygmatu epistemologicznego).

Programowo dyletancka Historia antykultury zachowuje równy dystans od zlaicyzowanego uniwersytetu i od Kościoła. Założenia Krzysztofa Karonia nie są metafizyczne. Wprost przeciwnie: nacisk kładziony na materialne uwarunkowania ludzkiej aktywności niebezpiecznie zbliża kategorie, w jakich opisuje się świat, do marksizmu. Niemniej różnica pozostaje ważniejsza: Karoń nie namawia, by „grabić zagrabione”, nie dzieli ludzi na klasy społeczne, nie wskazuje, jakie grupy należy wyeliminować. Założenia – niemetafizyczne – są takie: „Każdy człowiek w naturalny sposób pragnie realnej wolności. Wolność realna to nie tylko formalne prawo do działania zgodnie z własną wolą, ale i możliwość takiego działania”K. Karoń, Historia antykultury. Podstawy wiedzy społecznej. Wersja robocza, Warszawa 2018, s. 525.[1].

Zamiast przez dziesiątki lat grzęznąć w szczegółach, aby zachować akrybię w tysiącach przypisów, inteligent, a nie uniwersytecki badacz, stawia sobie podstawowe pytania: Jak jest naprawdę? Co jest najważniejsze? Jakie są główne idee (a nie – na której stronie lub w którym wersie zapisane, przez kogo i czy żadnego dzieła lub etapu ewolucji przekonań danego myśliciela nie pominąłem)? Wdzięcznym można być za streszczenie w sześciu punktach teorii krytycznejTamże, s. 398.[2], które pozwala zrozumieć strategię oddziaływania w sferze intelektualnej i taktykę społecznego funkcjonowania na co dzień zwolenników antykultury. Nieznajomość ich strategii i taktyki prowadzi do nieporozumień, gdyż myśląc zgodnie z innymi paradygmatami, skłonni jesteśmy sądzić, że dezaprobata ze strony postaci uformowanych przez teorię krytyczną jest tym samym, co dezaprobata w sensie potocznym. Tymczasem imperatyw permanentnej niezgody, więcej – stosowany nie tylko we własnych wypowiedziach, lecz także jako kryterium oceny dokonań innych osób, sprawia, że – z definicji twórczość konstruktywna, emanująca ładem, harmonijna, dobra i piękna – musi budzić agresję komentatorów stosujących teorię krytyczną. Toteż zamiast wierzyć, że sztuka chrześcijańska, klasycyzująca, patriotyczna jest zawsze kiczem, bo tak orzekły, powołujące się na Habermasa, kolektywnie wykreowane lewicowe autorytety, powinno się mieć świadomość, że nie o sztuce to świadczy, lecz o metodzie jej oceniania.

I rzeczywiście: katastrofalne skutki ma podporządkowanie uniwersytetów Nowej Lewicy. Powieści, które miały przez satyryczne ośmieszenie temu przeciwdziałać, jak brytyjskiego filologa, Malcolma Bradbury’ego Homo historicus oraz Doctor Criminale, nie cieszą się popularnością. Są lekceważone, bo napisał je „dinozaur”, a powieść nie jest źródłem naukowym. Tymczasem Adorno, Marcuse i inni skutecznie służą inspiracjami, jak zlikwidować 2,5 tysiąca lat kultury umysłowej. Dowcipne sformułowania, takie jak „marksizm magiczny” (powiedziałabym: nominalistyczne) lub termin konweniujący z kontrkulturą – „marksizm antykulturowy”, służą akcentowaniu realistycznego stanowiska Karonia, który tworzy bez mała polemiczną encyklopedię, by zaprzeczyć – jak się zdaje – współczesnym spadkobiercom epoki Oświecenia.

Autor twardo stąpa po ziemi, powracając do elementarnej kwestii źródeł dostatku i suwerenności. Przestrzega: „[…] niszczenie etosu pracy jest nieuchronną konsekwencją systemu oświaty i wychowania krytycznego, w którym problem pracy i produkcji nie istnieje, a w którym w imię abstrakcyjnej wolności niszczy się system produkujący wolność realną”Tamże, s. 510.[3].

Autor dobitnie formułuje wnioski; zazwyczaj konkluduje nimi rozdziały i podrozdziały, nie pozostawiając niedopowiedzeń, na przykład: „człowiek nie osiągając najwyższej, wynikającej z jego potencjału «sprawności w przetrwaniu», nie może przetrwać jako gatunek”Tamże, s. 27.[4]. Jasno formułuje program integracjonistów, którzy dążą do unifikacji Europy – zlikwidowania narodowych państwTamże, s. 523.[5].

Karoń, wskazując zagrożenia polityczne lub etyczne, nie stroni od prostych, komunikatywnych formuł. Twierdzi, że w starożytności za pewnik uchodziło przeświadczenie, że ludzie się dzielą na lepszych i gorszych (podludzi). Godna przypomnienia wydaje się myśl:

Pogańska kultura germańska w jej XX-wiecznym, hitlerowskim wydaniu doprowadziła do zbrodni na niespotykaną skalę, ponieważ cofnęła kulturę niemiecką do epoki przedchrześcijańskiej, ale oddała w ręce barbarzyńców zastosowane do przemysłowego zabijania technologie, stworzone przez kulturę chrześcijańską. Jedyną kulturą, jaka stworzyła cywilizację wysokich technologii jest kultura chrześcijańska i tylko system wartości chrześcijańskich (a mówiąc precyzyjniej katolickich – nie ma tu miejsca na szczegółowe uzasadnienie) dzięki upowszechnieniu kultury w postaci etosu pracy umożliwił niespotykane poszerzenie sfery wolnościTamże, s.78.[6].

Posłużywszy się słownikową definicją wymuszenia, Karoń ukazuje położenie potencjalnych pracobiorców, którzy de facto znaleźli się w sytuacji bez wyjścia:

Jeśli na rynku pracy poszukuje jej pracownik mający zabezpieczenie finansowe umożliwiające mu utrzymanie przez jakiś czas siebie i rodziny, to ma on możliwość wybrania z dostępnych ofert najkorzystniejszej i ewentualne negocjowanie wysokości wynagrodzenia. Jeśli jednak poszukujący pracy takiego zabezpieczenia nie ma, bardzo szybko znajdzie się w obliczu głodowej śmierci i będzie musiał zaakceptować nawet skrajnie niekorzystne warunki oferowane przez pracodawcę, ponieważ wprawdzie nikt nie zmusza go do pracy za półdarmo, ale nieprzyjęcie proponowanych warunków oznaczać będzie głodową śmierć. Taki właśnie przymus był od tysiącleci podstawą rozkwitu lichwy nakładającej na pożyczkę odsetki tak wysokie, że niespłacalne, skutkujące popadnięciem w tzw. niewolę za długi.

Przymus ekonomiczny był i jest zmorą ludzi najniżej wykwalifikowanych i najuboższych, to on umożliwiał skrajny wyzysk robotników w okresie klasycznego kapitalizmu przemysłowego i to on powodował coraz głębsze upośledzenie ekonomiczne najszerszych warstw społecznych, a często również – tak jak i dzisiaj – deklasację szerokich warstw średnichTamże, s. 92.[7].

Dodajmy, że taką deklasację opisał w ostatnich latach znany francuski socjolog, Alain Turaine, kiedy analizował przejawy ostatniego kryzysu ekonomicznego we Francji.

Trudno zaprzeczyć, że nie każde dobro na rynku jest użyteczne; bywają też zbędne lub szkodliwe, na przykład:

[…] używanie narkotyku powoduje w wielu […] przypadkach uzależnienie, czyli w dłuższej perspektywie czasowej wymusza dokonywanie kolejnych wymian ‘coś za narkotyk’ i to nawet w sytuacji, gdy narkoman zdaje sobie sprawę z faktu, że narkomania powoduje jego degradację ekonomiczną, umysłową, społeczną itp. Ta degradacja ma wymiar indywidualny oraz społeczny i na ogół prowadzi do pozbawienia użytkownika zdolności do wydajnej produkcji użytecznych dóbr, a to z kolei musi prowadzić do stosowania najprostszego sposobu na ich pozyskiwanie, czyli do kradzieży. O ile narkomania ma wymiar indywidualny i należy uznać prawo narkomana do zakupu użytecznego dla niego narkotyku, to ma ona również wymiar społeczny, ponieważ upowszechnienie się narkomanii w społeczeństwie musi prowadzić do znacznego obniżenia produkcji dóbr w ogóle, oraz do upowszechnienia kradzieży, a tego aspektu nie może pomijać nikt, kto decyduje przynajmniej o ekonomicznym wyniku działalności całego społeczeństwaTamże, s. 98.[8].

Bardzo potrzebne, aby mieć zebrane argumenty do sprzeciwiania się antykościelnej demagogii, są fragmenty historyczne pracy Karonia, poświęcone Inkwizycji oraz polowaniu na czarownice. Autor przypomina, że wyroki śmierci wobec oskarżonych o herezję zapadały przed sądami świeckimi, że w Państwie Kościelnym i Portugalii procesy czarownic były rzadkością, najwięcej prześladowań miało miejsce w Skandynawii, Turyngii, Nadrenii, Westfalii, Dolnej Saksonii. Odsyła do publikacji Johannesa Janssena i Bernharda Duhra.

Kiedy polemizujemy z umniejszaniem znaczenia chrześcijaństwa, zwłaszcza katolicyzmu, warto sobie uprzytomnić, że jego przewaga była uznawana jako fakt przez przeciwnika („używając języka Antonio Gramsciego – ugruntować kulturową hegemonię katolicyzmu”Tamże, s. 328.[9]). Cenne jest też jednoznaczne wskazanie, że na współczesne wyzwania składają się renesans ezoteryzmu i okultyzmu, rasizm (zarówno dawny „naukowy”, jak ideologiczny) czy też niezrozumienie relacji między nauką a wiarą.

Konflikt religii i nauki pojawia się tylko w tych ideologiach, które w zmieniającej się wiedzy naukowej dopatrują się źródła i uzasadnienia moralności. W chrześcijaństwie konflikt ten został usunięty w średniowieczu, gdy religii i nauce przypisano odrębne (chociaż powiązane ze sobą) domeny. Religia miała strzec podstawowych zasad chrześcijańskich moralności, a nauka tworzyć i weryfikować doświadczalnie zmienne teorie opisujące rzeczywistość dostępną poznaniu naukowemuTamże, s. 384–385.[10].

Spopularyzowana teoria piramidy potrzeb Maslowa, jak dowodzi Karoń, jest nieadekwatnym do prac tego myśliciela uproszczeniem. To ważna i potrzebna wskazówka nie tylko dla adeptów psychologii, gdyż na piramidę powołują się już ludzie w każdym wieku, racjonalizując swoje postawy życiowe.

Gdybym miała stawiać pytania, oczekiwałabym poszerzenia pracy o odpowiedź, jak i dlaczego zdarzają się próby rozrywania związków marksizmu i lewicy, lewicy i komunizmu, socjalizmu, lewicy oraz narodowego socjalizmu. Słowem – zamiast fragmentów archeologicznych chętniej poczytałabym o filozofii polityki.

W moim odczuciu przychylić się wypada do nienowych, a mimo to odważnych w świetle tego, czym się indoktrynuje młodzież, zdań:

Wysłana w 1925 roku na Samoa uczennica Boasa Margaret Mead przeprowadziła badania życia seksualnego tamtejszych dziewcząt (które zresztą po latach okazały się stekiem konfabulacji), sugerując w opublikowanych później książkach, że metodą na rozwiązanie stresów poddanej dyscyplinie wychowania i edukacji amerykańskiej młodzieży powinno być przejęcie seksualnej obyczajowości kultur pierwotnych. Krytykującemu tezy relatywistów Bronisławowi Malinowskiemu Franz Boas (prywatnie admirator Józefa Stalina) starał się uniemożliwić prowadzenie wykładów na amerykańskich uczelniachTamże, s. 65.[11].

A dalej widnieje w omawianej książce następująca opinia:

W ideologii antykultury, czyli teorii krytycznej, synonimem postępu stała się już czysta destrukcja, a jej twórczy charakter dopowiada krytyczna mentalność, która niszczenie związała z kolejna mantrą – obligatoryjną innowacyjnością w każdej dziedzinie, nie wyłączając nawet nauczania matematyki w szkołach podstawowychTamże, s. 70.[12].

Autor wyjaśnia, że nazywa współczesną kulturę „antykulturą, ponieważ obiecuje ona ludziom łatwe szczęście, czyli perpetuum mobile. Niestety, perpetuum mobile nie istnieje i za łatwe szczęście jednych zawsze muszą płacić swoim wysiłkiem inni”Tamże, s. 71.[13].

Czytamy u Karonia: „O rozwoju, a raczej regresie historii kultury w drugiej połowie XX wieku zdecydowały dwa przełomy. Pierwszym była ofensywa teorii krytycznej, drugim tzw. zwrot lingwistyczny”Tamże, s. 116.[14]. Dysonansem poznawczym dla literaturoznawcy polonistycznego, który przywykł do relacji z wyjazdów starszego pokolenia badaczy do ZSRR, będzie zapewne skojarzenie strukturalizmu z marksizmem. Nie jest to jednak nowa asocjacja, gdyż poza ścisłym gronem teoretyków literatury dawało się usłyszeć u nas podobne opinie już wcześniej. W Anglii krytyczna ocena strukturalizmu, motywowana niesionym przezeń zagrożeniem dehumanizacją, przybrała postać książki (John Ellis, Against Structuralism; nota bene tenże uczony wydał później pracę Against Deconstruction). Dziś jednak młodsze i średnie pokolenia zwykły uznawać strukturalizm za konserwatywny, zachowawczy kierunek badań literackich. Wynika to jednak nie tyle z jego założeń, ile z chronologii. Wykładano go bowiem dziesiątki lat przed kulturową teorią literatury, queer, krytyką feministyczną, dekonstrukcją, radykalnym teoriosystemowym konstruktywizmem. Wynika stąd złudzenie tradycjonalizmu, a byłby on co najwyżej relatywnym tradycjonalizmem – na tle późniejszych nurtów debaty teoretycznej.

Praca wskazuje na marksistowskie źródła kulturoznawstwa w Wielkiej Brytanii, co z satysfakcją odnotowuję jako niegdyś zdegustowana czytelniczka Studiów kulturowych Chrisa Barkera, wielokrotnie cytującego jako autorytet Stuarta Halla. Nie powinno być tak, aby jedna metoda lub jeden kierunek filozoficzny zdominował całą dyscyplinę wiedzy.

Żywię natomiast wątpliwości, czy pojęcie prawa naturalnego dobrze jest definiować, korzystając z Wikipedii, a nie z Breviarium fidei lub Encyklopedii katolickiej. Lepiej byłoby korzystać ze Słownika terminów i pojęć dla studiujących filozofię chrześcijańską lub z Powszechnej encyklopedii filozofii. Poszczególne terminy funkcjonują w obrębie szkół, nurtów, teorii filozoficznych i nie są oderwane od kontekstu. „Prawo naturalne”, „prawo natury”, a także „naturalizm” oznaczają różne, niekiedy wręcz przeciwstawne, treści w zależności od tego, kto (na przykład filozof, teolog czy historyk literatury) używa danego wyrażenia lub słowaPatrz tamże, s. 31.[15]. Nie zawsze jestem również przekonana, czy miano „prekursora” zostało trafnie użyte. Przedstawiciel? Twórca? Pierwszy przedstawiciel? Pionier? Zastanawiam się tak, na przykład, czytając o postaciach Michela Foucault i Haydena White’a. Do garści zastrzeżeń dodałabym, że „French theory” – to nie tylko „teoria krytyczna”, ale i koncepcje Barthesa lub DerridyPatrz s. 396.[16].

Nie wiem, czy nie jest krzywdzący w stosunku do Leszka Kołakowskiego następujący fragment:

Zacieranie związków między współczesnym marksizmem antykulturowym a marksizmem klasycznym i bolszewickim jest odrębnym tematem, o którym będzie mowa w tej historii. Znaczne zasługi miał w tym dziele polski marksista Leszek Kołakowski, który w pracy z połowy lat 70. pt. Główne nurty marksizmu dokonał rytualnego, ale pozorowanego zamknięcia wieka nad trumną marksizmu. Rozpoczynający się wówczas marsz przez instytucje prowadzony przez hipisowską Nową Lewicę formatował umysły kolejnych pokoleń, pozbawiając je wiedzy o marksistowskim charakterze teorii krytycznej, kreowanej wówczas na ideologię emancypacji człowiekaTamże.[17].

Mam też znaczne wątpliwości, czy konieczne jest włączanie w szereg destruktorów dobrych tradycji sztuki malarstwa abstrakcyjnego (tak czynił Roger Scruton) lub – co czyni autor Historii antykultury – Jacksona Pollocka i Johna Cage’a. Może lepiej byłoby powołać się na sugestie Michela Houllebecqua co do wiedeńskich artystów, którzy wprowadzali transgresję do sztuk wizualnych i performatywnych.

Bardzo ostre, może przejaskrawione, są następujące zdania:

Antropologia ciała uznaje za bezzasadne i sztuczne odróżnianie jednostki od społeczeństwa. Społeczeństwo jest figuracją jednostek, a jednostka elementem społeczeństwa. Jednostka musi istnieć, żeby istniało społeczeństwo, ale jednostka nie istnieje poza społeczeństwem. Podobnie ręka nie działa poza organizmem (chociaż organizm może istnieć bez ręki). Organizm steruje ręką tak, jak figuracja określa tożsamość jednostki […] Kolektyw jest więc nadrzędny wobec jednostkiTamże, s. 523.[18].

Nie zgodziłabym się z zawartą w książce surową oceną hermeneutyki, dostrzegam w niej więcej szans niż niebezpieczeństw dla humanistyki. Szczególnym dysonansem są słowa o Martinie Buberze, który byłby „chyba ostatnim filozofem widzącym człowieka w perspektywie religijnej”Tamże, s. 445.[19]. A Karol Wojtyła i wielu przedstawicieli lubelskiej szkoły filozoficznej? A René Girard? A Rémi Brague? Z kolei krytycyzm Krzysztofa Karonia wobec gier komputerowychTamże, s. 99.[20] spotkałby się z polemiką ze strony tych, którzy zmierzają do wykorzystywania ich w edukacji.

Mieszane uczucia wywołuje bibliografia. Z jednej strony, mimo założenia, że dzieło nie aspiruje do spełnienia wymagań od dawna stawianych zazwyczaj pracom naukowym, wolałabym raczej wiedzieć, co dobrego warto przeczytać, a nie co składa się na zestaw źródłowych tekstów błędnych doktryn. Wolałabym też widzieć daty wydania oryginałów, nazwiska tłumaczy, miejsca i lata wydania książek. Z drugiej strony, trzeba docenić dążenie do obiektywizmu i rzetelności. Spis obejmuje główne, prymarne źródła, a nie sekundarne opracowania. Zamiast czerpać przyjemność z gromadzenia błyskotliwych, nierzadko felietonowych opinii sprzymierzeńców w zwalczaniu destrukcyjnych ideologii autor zachęca, żeby studiować kanon, określający sposób myślenia przeciwników. Poznanie ich uważa za obowiązek. Nie jest odosobniony w tym – uzasadnionym – rozumowaniu. Inna kwestia, czy warto rozpraszać się na poznawanie aberracyjnych teorii i na polemiki. Wypada przecież przyznać, że polemika z czymś, czego się nie zna, zakrawałaby na absurd, a rozprzestrzeniającym się błędom należy się przeciwstawiać.

Zauważmy na zakończenie, że książka jest niezwykle elegancko wydana, w trwałej, nowocześnie zaprojektowanej okładce.

Krzysztof Karoń, Historia antykultury. Podstawy wiedzy społecznej. Wersja robocza, Warszawa 2018.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dorota Heck, Kontrkultura czy antykultura?, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły