21.11.2019

Mejl do Artura Grabowskiego o Ameryce

Nigdy tam nie byłem. I być może – nigdy nie będę. Ale przecież chciałbym wiedzieć, jak to jest – być po drugiej stronie. Im dłużej czytam Twój Dziennik z drugiej strony, tym bardziej chciałbym. Tak chyba musi być. Dobre książki poznaje się po tym, że rozbudzają apetyt.

A Twoja jest dobra. Nie musiałbym tego pisać, gdyby nie fakt, że intymistyka stała się dziś modna. Nie tylko biografie, ale i autobiografie, a może nawet zwłaszcza one stały się gatunkiem pożądanym. Stąd być może wrażenie (chyba nie tylko moje), że niektóre z nich są skutkiem gwałtu na autorze – który owemu pożądaniu nie tyle dał dobrowolną odpowiedź, ile raczej mu uległ wbrew swej woli, a często także wbrew swej wiedzy i wbrew swym umiejętnościom. Powiem od razu: głos Twojej autobiografii w koncercie współczesnej prozy autobiograficznej brzmi jak głęboki, mięsisty bas na tle piskliwych sopranów szkolnego chórku. Twoją książkę wyróżnia wolumen wrażliwości, bystrość spojrzenia, szerokość intelektualnych horyzontów, a wreszcie i meandryczność losu, co w przypadku dziennika może mieć znaczenie podstawowe.

Spróbuję nieco głębiej uzasadnić to wrażenie. Tekst rozpoczyna motto, to ono ma wyznaczać ścieżki lektury książki. Jest nim przetłumaczony przez Ciebie wiersz Walta Whitmana i od razu zaskoczenie – bo liryk podpowiada, że będzie to autobiografia niezupełnie serio, bez zadęcia – bo niby „świętuję siebie i siebie opiewam”, ale też w jakimś sensie siebie demaskuję i podważam, „ja trzydziestosiedmioletni”, a przede wszystkim: „nieoswojony jestem ani trochę i całkiem nieprzetłumaczalny”. Taki ma być, taki jest podmiot tego dziennika i jego autor dobrze o tym wie. A my, czytelnicy, cieszymy się, że wie, bo przecież autobiografia to gra i dobrze jest, gdy obie grające w nią strony ujawniają świadomość jej reguł. Więc kiedy już od pierwszej strony widzimy, jak Grabowski sprytnie radzi sobie z konwencją dziennikową, wiemy już, że gra zapowiada się pasjonująco i że mamy do czynienia z graczem nietuzinkowym.

Bo przecież tylko z pozoru fakt, że nie podajesz dat dziennych, a daty miesięczne czy roczne ledwie parę razy, tylko z pozoru ten fakt nie ma znaczenia. W rzeczywistości ów niepozorny sygnał jest oznaką strategii pisarza, który dokłada wielu starań, by przenieść nasz wzrok z obszaru „ja” zanurzonego w czasie i zogniskować go na „ja” zanurzonym w przestrzeni. Większość Twoich dziennikowych zapisków poprzedzonych bywa tytułem, który jest toponimem. Jeśli jednak na tej podstawie spodziewamy się, że przeczytamy coś w rodzaju ponowoczesnego reportażu z podróży do Ameryki – tyle że rozpisanego na drobne – doznamy przyjemnego rozczarowania.

Twój dziennik jest bowiem gęstym splotem wielu żywiołów gatunkowych, misterną robótką z wielokolorowej włóczki. Niektóre zapiski brzmią jak monolog wewnętrzny, jak prywatne obrachunki i postanowienia, jak solilokwium, jak efekt medytacji. A zaraz obok nich natrafiamy na pasmo, które można nazwać pamiętnikiem zakorzeniania się w nowej przestrzeni geograficznej, społecznej i kulturowej; pamiętnikiem procesu zadomawiania się – najpierw dosłownie, jak w dzienniku Robinsona Crusoe, jak w dziennikach osiemnastowiecznych purytanów (zapada w pamięć portret agentki mieszkaniowej „o męskich dłoniach i rzodkiewkowych paznokciach”) – a potem także metaforycznie: zadomawiania się w pejzażu miasta, w pejzażu intelektualnym kraju. Owszem zdarzają się też zapiski z podróży, ale te odnoszą się zarówno do procesu przemieszczania się w przestrzeni, jak i do operacji intelektualnych. Od czasu do czasu obcujemy nie tylko z sekwencjami onirycznymi, zapisami snów, ale i po prostu z elementami tak zwanego „dziennika lektur”. Tych zaś jest całkiem sporo, bo nie tylko eseje Tomasza Łubieńskiego czy pamiętnik Brzozowskiego, ale także – a nawet przede wszystkim – autorzy amerykańscy: Emerson, Waldo, Bloom, a najczęściej Algren. I zawsze w taki sam sposób, jakby podmiot dziennika chciał ustawić siebie wobec tych tekstów. Odpowiedzieć na pytanie o mentalne usytuowanie samego siebie wobec nich. Od razu. Najcelniej jak się potrafi. Bo w gruncie rzeczy chodzi przecież o coś więcej – odpowiedź na pytanie o usytuowanie siebie wobec Ameryki. Twój dziennik jest właśnie o tym. A odpowiedzi, jakich udzielasz – jedyne w swoim rodzaju. Niebanalne.

Naturalny dla prozy autobiograficznej żywioł obserwacji nie jest więc w tej książce ani jedyny, ani nawet podstawowy. Sporo tu różnego rodzaju faktów i fakcików z żywota na wskroś nowoczesnego akademika-gastarbeitera, ale nie one – choć czasem nader smakowite – najbardziej przykuwają uwagę. Bywa też w niej przywoływany Miłosz, jej podmiot rzadko jednak chce być „samym patrzeniem bez nazwy”. O wiele częściej właśnie stara się nazywać, z całej siły zabiega o to, by nadać językowy kształt, bo wie, że tylko w języku możliwe jest rozumienie; wie, że po to do Ameryki przyjechał – żeby zrozumieć. Obserwacja, wrażenie, impresja – to wszystko służy w tym dzienniku namysłowi. Mamy przed sobą utwór szczęśliwie oczyszczony z męczącego, narcystycznego „w poniedziałek ja, we wtorek ja”, tekst wypełniony pasją interpretowania, namiętnością wyciągania ogólniejszych wniosków. To właśnie z tych i im podobnych afektów wyrasta retoryczna wirtuozeria całych akapitów i radość puenty – to znaczy rozumienia. Bo zamknąć w formule to zrozumieć. To ustalić. Była już o tym mowa: ustalić siebie wobec Ameryki.

Z wypiekami na twarzy śledziłem zatem ten skomplikowany proces. Twój dziennik to przecież przede wszystkim dziennik samopoznania, bo nowa przestrzeń geograficzna i kulturowa daje nam zawsze nowe możliwości spojrzenia na swą własną tożsamość – nie tylko kulturową, narodową, ale też indywidualną, biograficzną. Ameryka to szansa przyjrzenia się własnym nawykom mentalnym, rozbrojenia własnych kompleksów, szansa ponownego przemyślenia swych mocnych i słabych stron. Nie brak jednak w książce zapisków, w których Twoje ambicje sięgają dalej. Takich, w których sytuacja się odwraca. To nie „ja” – podważone i zakwestionowane przez nową ziemię – próbuje wtedy na nowo scalić się w obliczu Imperium, ale dobrze uformowany podmiot-intelektualista zadaje niewygodne pytania Ameryce – podważając jej własne mity, śmiało dekonstruując stereotypy, obalając posągi jej bogów. A wszystko w subtelnym i wyrafinowanym stylu. I jedna, i druga warstwa dziennika pełna jest nieoczekiwanych bon motów, błyskotliwych uogólnień i prowokujących metafor. Dawno nie mieliśmy w naszej literaturze tak ciekawego i tak dobrze napisanego obrazu psychomachii środkowoeuropejskiego „ja” z Ameryką. Dobrze, że nie zdołała Cię powstrzymać przed powrotem. Pozdrawiam serdecznie.

Pierwodruk tekstu w: „Topos” 2018 nr 3

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Kudyba, Mejl do Artura Grabowskiego o Ameryce, Nowy Napis, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły