11.06.2019

Mozaika prostych dramatów

Jak powstaje literatura? Jak właściwie powstaje cokolwiek? Jak kolejne zdarzenia, postaci, słowa łączą się ze sobą, zaczynają na siebie wzajemnie wpływać i tworzyć spójną konstrukcję? Czy ona w ogóle może być spójna? Czy jest jedynie wypadkową chaotycznego układu zdarzeń pozbawionych jednego wspólnego punktu odniesienia, nieodgadnionym dryfowaniem, poszukiwaniem, pragnieniem czegoś, co prawdopodobnie wcale nie może zostać znalezione… Być może cały ludzki los taki właśnie jest.

Podobne pytania, refleksje i rozterki mogą przejść przez głowę czytelnika przy zetknięciu się z najnowszą powieścią Wojciecha Chmielewskiego Belweder gryzie w rękę. Myli się jednak ten, kto po przeczytaniu kilku powyższych zdań spodziewa się po autorze metaliterackich wywodów traktujących o istocie literackiego rzemiosła, natchnionych filozoficznych monologów czy skomplikowanego psychologizmu. Spodziewać się tego może zresztą tylko ktoś, kto pisarstwa Chmielewskiego nigdy nie poznał. Blisko pięćdziesięcioletni twórca od początku swojej drogi artystycznej prezentuje czytelnikom twórczość z ducha realistyczną, opartą o krótkie i jasne opisy. Kreśli żywe, barwne, ale jednocześnie rzeczywiste i wiarygodne postaci. Unika słowotoku oraz niepotrzebnego psychologizowania. W zamian ukazuje sytuacje znane i proste, które prowadzą jednak do niekoniecznie prostych finałów i konkluzji.

Nie inaczej jest i tym razem. Belweder gryzie w rękę to na pozór nieskomplikowana, a wręcz banalna historia napisana stylem tak realistycznym, że niewprawnemu czytelnikowi może się wydać wręcz suchy i szorstki. Chmielewski w kreślonej przez siebie fabule, przypominającej sytuacje z codziennego życia, zadaje jednak wiele pytań dotyczących fundamentów naszej egzystencji – związanych z samotnością, przemijaniem, niespełnionymi pragnieniami czy wreszcie z ludzkim losem jawiącym się u tego autora jako nieprzewidywalny, zaskakujący a wręcz złowrogi.

Pytania te wypływają z podejmowanej przez prozaika obserwacji kilkorga bohaterów – grupy ludzi w wieku od trzydziestu kilku do około pięćdziesięciu lat. Żyją w Warszawie w bliżej nieokreślonej podmiejskiej dzielnicy. Każde z nich na swój sposób przeżywa trawiący od środka egzystencjalny kryzys, ból, samotność, niespełnienie. Każde inaczej, a jednak wszyscy tak samo. To właśnie z obserwacji ich losów, a przede wszystkim z wniknięcia w relacje oraz interakcje między bohaterami, wypływają u Chmielewskiego pytania wyższego rzędu. Naturalnie, z akcji. Nie z oświeconych dialogów podawanych przez wykreowane postaci, ale z działań przyziemnych, niemal nudnych – jazdy autobusem, robienia zakupów, jedzenia, codziennych błahych pogaduszek czy nawet mycia zębów.

Jak to możliwe? Warto przyjrzeć się owym bohaterom, których przed naszymi oczyma stawia Chmielewski. W powieści poznajemy trzy małżeństwa z różnym stażem i bagażem doświadczeń. Basia i Mariusz są najstarsi – oboje w okolicach pięćdziesiątki, mają trzech synów, jednego w wieku wczesnoszkolnym i dwóch nastoletnich. Ona jest gospodynią domową z niespełnionymi aspiracjami sportowymi z młodości. On ciężko pracuje, by utrzymać rodzinę, często wyjeżdża za granicę. Tworzą spokojny, szczęśliwy, choć naznaczony nieuniknioną rutyną związek. Druga para to Grzegorz i Justyna – dziennikarz zafascynowany historią i popkulturą, piszący dorywczo do różnych gazet oraz wzięta dziennikarka telewizyjna. Ich małżeństwo od dawna znajduje się w kryzysie, oboje nie mogą się porozumieć, są sobą zmęczeni. Gdyby nie dwie małe córeczki, można by się zastanowić, czy wciąż byliby razem. Ostatnia opisywana para to Marek i Monika. Marek jest biznesmenem handlującym dywanami i zbijającym na tym pewien majątek. Jego żona zaś, obecnie bezrobotna i zagubiona, siedzi całymi dniami w domu. Marek pragnie dziecka, Monika – nie. Są szczęśliwi, kochają się, ale zarazem wskutek niezgody w kwestii dziecka znajdują się w stanie nieustannego napięcia. Oprócz tych wszystkich postaci w powieści poznajemy jeszcze jednego bohatera, różnego od pozostałych, ponieważ nie będącego w związku, czy też, jak kto woli, pozostającego w związku innego rodzaju (z Bogiem i Kościołem) – Roberta, księdza z miejscowej parafii, który nie może się odnaleźć w codziennym życiu naznaczonym miejską rutyną. Odprawiając msze oraz ucząc religii, marzy o wstąpieniu do zakonu kontemplacyjnego i poświęceniu się bez reszty Bogu.

Przedstawienie tych bohaterów, nawet skrótowe, siłą rzeczy do najkrótszych należeć nie może. Już w powyższym opisie możemy dostrzec punkty wspólne łączące wszystkie postaci – różnie przeżywaną samotność, zagubienie i niespełnienie. Choć wszyscy znajdują się na innych etapach życia oraz mierzą się z odmiennymi wyzwaniami, doskwierają im te same bóle i lęki, mają podobne marzenia i pragnienia. Szukają szczęścia, spełnienia, prawdziwej miłości, sensu, chcieliby odetchnąć od nieustającego galopu życia. Chmielewskiemu udaje się pokazać ten nieobcy współczesnemu światu dramat ludzkiej egzystencji w sposób wyjątkowo prosty i nienachalny. Od początku swojego utworu stawia bohaterów w sytuacjach, które każdy z nas przeżywa każdego dnia w sytuacjach oczywistych i banalnych. Wszyscy wykonują codzienne czynności i obowiązki – myją się, jedzą śniadanie, odprowadzają dzieci do szkoły, idą do pracy (czy w przypadku księdza Roberta – na lekcje religii lub do kościoła), kłócą się, czytają, oglądają filmy w telewizji, krzyczą, milczą, sięgają po alkohol, idą spać… Dzień po dniu, strona po stronie przewijają się proste sceny i sytuacje, w których każdy z nas po wielokroć się znajdował albo które widzi codziennie na ulicy. Chmielewski nie wplata pomiędzy opisy poczynań bohaterów nadmiaru wewnętrznych monologów, nie wdaje się w przesadnie rozbudowaną charakterystykę świata wewnętrznego. Wszystkie obserwacje i wnioski dotyczące ich stanu psychicznego oraz przeżywanych dramatów czerpiemy z oglądu przedstawianych zdarzeń, dialogów między bohaterami, drobnych, lecz znaczących zachowań i gestów.

Wszystkie działania nie są przy tym niezależne. Ścieżki bohaterów przecinają się, czasem w mniej, czasem w bardziej oczywisty sposób. Układ narracji przypomina tu mozaikę kolejnych scen i wątków – z jednej strony ciąg wydarzeń jest spójny i logiczny, jedno zdarzenie prowadzi do drugiego, a historie bohaterów w pewnych punktach stycznych łączą się ze sobą. Z drugiej strony kolejne, z zasady niedługie rozdziały przypominają krótkie błyski, drobne obrazki przedstawiające pojedyncze działanie czy zdarzenie. Przeskakujemy przy tym od jednego bohatera do drugiego, od jednej akcji do innej. W pozornym chaosie szybko dostrzegamy jednak porządek – oto grupa obcych sobie ludzi żyjąca w tym samym dusznym powietrzu wielkiego miasta, duszona w równym stopniu przez niespełnione ambicje i nadzieje. Wszyscy szukają ujścia i ratunku. Czy jest on w ogóle możliwy? Opisując proste, przyziemne losy swoich bohaterów i stykając je ze sobą, Chmielewski tworzy zarazem coś przypominającego impresjonistyczny obraz, w którym pojedyncze kropki łączą się, pokazując w efekcie większą całość i niosąc pełniejszy przekaz.

Przekaz ten w pewnej mierze dotyczy samotności, kryzysu egzystencji związanego z dojrzewaniem i pokonywaniem pewnych etapów życia, rozczarowania owym życiem. Ale zarazem Chmielewski dotyka tu problemów jeszcze głębszych, bardziej uniwersalnych i fundamentalnych. Stawia pytanie o istotę losu, tego, jak pewne wydarzenia mogą na nas wpływać i jak my sami możemy wpływać na wydarzenia kształtujące nasze życie. Zastanawia się, czy taki wpływ jest w ogóle możliwy. A co, jeśli to tylko złudzenie? Powyższe pytania i wątpliwości wypływają z wielu zdarzeń, które obserwujemy w powieści – wszystkich nie warto w tym miejscu wymieniać, by nie psuć przyjemności z lektury i nie odbierać czytelnikowi możliwości samodzielnego odkrywania owych fabularnych powiązań. Wspomnieć jednak wypada, że kluczowe jest tu zdarzenie opisane w tytule: jedna z postaci zostaje pogryziona przez psa wabiącego się Belweder. Wbrew pozorom nie jest to odniesienie do pałacu belwederskiego w Warszawie czy do popularnej marki alkoholu. Tytułowe „gryzienie” ma wymiar dosłowny, nie zaś metaforyczny. Z drugiej strony figurę ukąszenia z łatwością można odnieść także do poziomu metafizycznego – w takim układzie bohaterowie Chmielewskiego nie byliby gryzieni „w rękę”, ale raczej „w duszę”.

Próba Chmielewskiego polegająca na skonstruowaniu prostego, realistycznego świata i bohaterów, a przez to doprowadzeniu do poważniejszych pytań o ludzki los i dramat egzystencji, jest bardzo ambitna. Owa strategia – od opisu konkretu do wypływających zeń refleksji, wykraczających poza ów przyziemny konkret – przypomina metodę twórczą Marka Nowakowskiego czy ostatnio zaprezentowaną przez Pawła Sołtysa w jego Mikrotykach. Podobnej strategii Chmielewski chwyta się zresztą nie po raz pierwszy, czynił to wcześniej w swoich opowiadaniach. Belweder gryzie w rękę, choć jest powieścią, zdradza zamiłowanie autora do krótkiej formy, objawiające się w daleko posuniętej skrótowości kolejnych rozdziałów i wspomnianej mozaikowości. Wchodząc do warszawskich mieszkań, wychodząc na warszawskie ulice, spotykając ich mieszkańców, pisarz podpatruje ich, zajmuje się ich codziennością, błahością, która wszak błahością nie jest, bo na niej przecież opiera się życie. Wymowne jest tu zdanie zawarte w epilogu powieści – „Takie było życie, dobre życie, lepszego nie będzie. Kochane życie”.

Powiązanie Chmielewskiego, Nowakowskiego i Sołtysa nie jest zresztą przypadkowe, wydaje się wręcz konieczne i nieuniknione. W 2017 roku Chmielewski został pierwszym laureatem Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego (za całokształt twórczości), zaś rok później sam jako członek kapituły był jednym z tych, którzy przyznali ją… Sołtysowi. Związki między wymienionymi autorami są więc bezsporne i zasadzają się na zamiłowaniu do opowiadania prostych historii o niekoniecznie prostym przekazie i morale. Nieprzypadkowo Chmielewski został pierwszym twórcą nagrodzonym laurem imienia wielkiego poprzednika. Podobnie jak Nowakowski, trzyma się ziemi, chwyta się problemów znanych z życia, prawdopodobnie – choć ciężko to jednoznacznie ocenić – również własnego. Nie fantazjuje (poza pewnymi wyjątkami), nie używa nadmiaru słów. Jego świat jest prosty, a zarazem tak skomplikowany. Nie ze względu na skomplikowany język i styl, lecz skomplikowane prawdy ukryte w prostocie języka i stylu.

To wszystko nie oznacza, że powieść Belweder gryzie w rękę pozbawiona jest wad. Nie wszystkie postaci i wątki są tu jednakowo dobrze zbudowane, było to zresztą trudne do uniknięcia. Niektóre fragmenty zachwycają trafnością opisu świata, inne wydają się zbędne, nie wnoszą wiele do całej konstrukcji. Postać księdza stanowi interesujące uzupełnienie, kontrapunkt dla obrazów małżeńskich relacji i chociaż autorowi – co się chwali – udało się uniknąć zbanalizowania tego wątku, nie wykorzystał w pełni potencjału drzemiącego w oryginalnym bohaterze. Rozwój fabuły w pewnych momentach jest przewidywalny, choć można się zastanawiać, czy jest to wada konstrukcyjna powieści, czy zamierzone działanie pisarza. W końcu, czy nasze życie nie jest chwilami przewidywalne? Czy niektóre wątki naszej własnej opowieści nie toczą się dokładnie tak, jakby można się było spodziewać?

Takie właśnie pytania – o los, o życie – zadaje Wojciech Chmielewski w swojej najnowszej książce. Pytania to ponadczasowe, a zarazem zanurzone w świecie tak bliskim i podane poprzez bohaterów tak naturalnych, że trudno nie przyjąć proponowanej przez autora narracji i nie wsiąknąć w towarzyszące jej refleksje.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Maciej Woźniak, Mozaika prostych dramatów, Nowy Napis, 2019

Przypisy