26.11.2019

To nie są kwiatki

Kultura masowa pożera kulturę elitarną. Ostatnio przejawem odwracania lub zacierania hierarchii estetycznych jest edycja wyboru poezji Krzysztofa Koehlera (ur. 1963), czołowego klasycysty z pokolenia ‘80 (lepszy to termin niż „pokolenie brulionu”). Poważne wiersze trafiły na tani, żółtawy papier o nieprzyjemnym zapachu i pod okładki koloru lila ze złoceniami, które przypominają kalendarzyki dla dwunastolatek – narzeka malkontent. Kwiatki na wyklejce dopełniają efekt dysonansu. Złota bordiura nawiązuje do XIX wieku, a wzór wyklejki do lat siedemdziesiątych XX wieku. Poezja wprawdzie sięga do motywów z kilku minionych epok, ale sama jest bardzo nowoczesna. Jednolitość edytorska serii wydawniczej jest konieczna, ale szkoda, że założono u czytelnika taki gust. Nie pierwszy to taki przypadek: wybory poezji zbuntowanego Rafała Wojaczka i minimalistycznego Tadeusza Różewicza inny wydawca też kiedyś oprawiał w introligatorski kicz. Wtedy była to imitacja czerwonej skóry ze złoceniami (nieodzowne!). Sztuka kiczu jest sztuką przyjemności. Miło pogłaskać kartonik miękki jak poduszka. Kalendarzykowa książeczka pasuje do damskiej torebki.

Mimo mieszanych wrażeń, spowodowanych jakością książki jako przedmiotu materialnego, same teksty, rzecz jasna, nie zawodzą. Pamiętamy je z normalnie wydanych tomików poetyckich. Bywają też czytane przez autora drapieżnie, niemal wykrzykiwane jak przez raperów. Nic odleglejszego od drobnomieszczańskiego stylu bordiury w kolorze złota.

Wybór wierszy zatytułowano Antologia. Z kolejnych tomików wybrano utwory ważne, pamiętane przez czytelników i poruszające. To nie jest czytanka z panieńskiego pokoju:

Trzyma mnie opór.
Tylko on.
Opieram się oń,
Jak opój o płot.
Tło jest mniej ważne, sala czy lasK. Koehler, Antologia, Warszawa 2013, s. 50.[1].

Kolejne książki reprezentowane w Antologii: Wiersze (1990), Nieudana pielgrzymka (1993), Partyzant prawdy (1996), Trzecia część (2003), Porwanie Europy (2008), Od morza do morza (2011), składają się na linię rozwojową poezji coraz ciekawszej pod względem konstrukcji mówiących podmiotów. Właśnie nie „podmiotu lirycznego”, lecz wielu przekrzykujących się wzajemnie podmiotów. Zamiast stereotypowego, uroczystego monologu „słychać” w dojrzałej poezji Koehlera wielogłosowość (polifonię). Bywa to zgiełk, ale częściej spór, żywa dyskusja o życiu i śmierci, walka w zwarciu na śmierć i życie.

Michaił Bachtin, światowego formatu teoretyk literatury, skrycie czerpiąc inspiracje z chrześcijaństwa i zwodząc system komunistyczny, a także marksizm (oficjalną filozofię totalitarnego imperium), wypracował koncepcję polifonicznej powieści. W najnowszej poezji K. Koehlera polifonia umożliwia zapis języka poszczególnych środowisk. Uniwersyteccy badacze literatury powiedzieliby, że idiom poetycki Koehlera jest multidyskursywny, całokształt dyskursu funkcjonuje w jego wierszach jako dialog, a polifonia jako sylleptyczny splot dwóch dyskursów. Humaniści zobowiązani teraz do tworzenia neologizmów (jakby musieli zostać futurystami sto lat po futuryzmie), umieszczają nowe polskie książki na półkach zapełnionych przez umarłych poetów amerykańskich. Poemat Blady ogień Vladimira Nabokova lub Środa Popielcowa Thomasa Eliota wydawałyby się trafnie dobranymi kontekstami rozwijających się dopiero poszukiwań artystycznych Polaka, ale sytuując nowe wiersze wśród tekstów dawnych emigrantów do i z USA, wytworzy się wrażenie wtórności i prowincjonalizmu. A przecież prowincja nie jest prowincjonalna, lecz uniwersalna. Presja globalizacji w instytucjach naukowych wymusza operowanie kategoriami centrum i peryferie, ale tam, gdzie następują proces twórczy i kreatywna wymiana myśli między osobami, zawsze znajduje się środek świata, pojawią się moment wieczny, chwila doskonała.

Czytelnik (lub słuchacz!) zapyta, o czym pisze krakowski poeta. Znajdzie się wtedy model trwałej miłości małżeńskiej (Waleta) i znajdzie się zakład Pascala powtórzony w realiach współczesnego świata. Religijność u Kohlera organicznie wyrasta z dziedzictwa kulturowego Polski i łacińskiej Europy:

Chciałam się pomodlić,
ale mi wzruszenie słowa zatrzymało,
więc się patrzyłam, jakbym się miała
odbić i skoczyć; msza się zaczynała
In the name i
cokolwiek powiem, jakikolwiek
znak uczynię rękoma potem,
cokolwiek, nie
przestanę wodzić wzrokiem
po świecie, po ciemnych kształtach,
po samolotach, po niebie, po ludziach, po psach i po krzakach,
a jeżeli nas zwodzisz,
jeśli nas nie zwodzisz…Tenże, W przedsionku [w:] tegoż, Antologia, s. 104–105.[2]

Wchodząc w spór z akademickimi snobami (Kilka uwag do lektury poematu…), Koehler ryzykuje sprzeciw legionu kolejnych pokoleń imitatorów Nietzschego – autora Antychrześcijanina. Niekiedy jednak trzeba, by znalazł się ktoś, kto zawoła „Król jest nagi”. Szantaż moralny stosowany przez nietzscheanistów, którzy wykluczają z elitarnego dyskursu swoich oponentów (kto nie z nami, ten jest nie na poziomie), już dawno stracił urok nowości. Dyskusja ze spadkobiercami (czy epigonami?) Nietzschego pochłania energię, grozi uleganiem kryteriom ocen dyktowanych przez przeciwnika. Na przykład w Memento salzburskim padają słowa godne ironicznego Fortynbrasa:

Władza jest aby rządzić, palić, ścinać,
decydować o wojnie i pokojuTenże, Memento salzburskie [w:] tegoż, Antologia, s. 66.[3].

Na ich tle niepokoi odległa, uaktualniona reminiscencja obiektywizujących, a zarazem wieloznacznych strof Miłosza:

Więc skrzypią pióra, terkoczą komórki i
przytłumiony ekran bije zgasłym blaskiem,
więc się wytłumacz, żeś tu nie jest
nasłanym z zewnątrz nam balastemTamże.[4].

Czy na początku XXI wieku czytamy upgrade Traktatu moralnego? Wracamy do dylematów intelektualistów z połowy minionego stulecia? Niewątpliwie Koehler odnawia język poetycki, wprowadzając nazwy najnowszych przedmiotów codziennego użytku, wśród nich – anglicyzmy.

Wiersze i poszczególne trafne formuły („rozczłapane adidasy z Carrefoura”, „partyzant prawdy”; różewiczowskiej proweniencji „a jeżeli nas zwodzisz / jeśli nas nie zwodzisz” kojarzy się ze zdaniami: „życie bez Boga jest możliwe / życie bez Boga jest niemożliwe” z Płaskorzeźby sędziwego poety późnej nowoczesności) zrastają się w trywialno-wzniosłe poematy. Przez pospolitość biedy materialnej lub duchowej przedziera się promień z wysoka. I odwrotnie: do wzniosłości zmierza się przez pokorną afirmację różnorakich niedostatków. Choroba, odarcie z intymności w szpitalu, piętno i piękno prowincji – wszystkie przeistaczają się w scenerię walki duchowej o wieczne zbawienie. Słychać w eschatologii poetyckiej pogłos literatury dawnej, nawet barokowego wierszowania księdza Baki, ale też banalizmu debiutantów spod znaku „brulionu”, którzy lekkomyślnie pozwolili sobie odebrać prawo pierwokupu czystopisów pokolenia 80.

Tekst ukazał się pierwotnie w: Dorota Heck (Maria Tarczyńska), Recenzje bez cenzury, Lublin 2015.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dorota Heck, To nie są kwiatki, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy