02.06.2020

Polska rzeczywistość stwarza nerwowców

Źródło tekstu: „Nowe Książki”, numer 5 za 2020 rok, s. 4–7.

Z Martą Kwaśnicką rozmawia Juliusz Gałkowski. 

Juliusz Gałkowski: Nie da się umknąć przed istotnym pytaniem: kim jest bohaterka Pomyłki? Opowiadania pisze pani w pierwszej osobie, zatem niejako automatycznie autorkę utożsamia się z narratorką. Ale jednocześnie zaznacza pani, że nie jest to opis pani życia.

Marta Kwaśnicka: Utożsamianie autora z pierwszoosobowym narratorem bywa zwodnicze. I takie właśnie ma być w Pomyłce: zwodnicze.

JG: Co to znaczy?

MK: W momencie startu wszystko się zgadza: narratorka to ktoś taki jak ja, dysponujący mniej więcej moją biografią, zdolna maturzystka z inteligenckiego domu idzie na studia, zdobywa kolejne dyplomy i doświadczenia. Potem wszystko powinno się dobrze ułożyć, ale się nie układa, co jest winą tyleż czasów i okoliczności, ile pewnej specyficznej formacji bohaterki. Z jednej strony jest nadwrażliwa, potrafi czytać świat jedynie przez pryzmat kolejnych książek, z drugiej – wychowano ją do takiego właśnie „kujoństwa”. Tymczasem wokół niej nie dzieje się dobrze. Rzeczywistość rządzi się takimi, a nie innymi prawami. Na początku książki wprowadzony zostaje wątek Hamleta i to nie jest przypadek: napędzany poczuciem obowiązku nadwrażliwiec z książką w ręku, znalazłszy się w świecie dworskich interesików, może skończyć tylko w jeden sposób… Ale przecież nie będę tutaj dokonywała autointerpretacji! Zdradzę jedynie, że skoro udzielam panu wywiadu, to znaczy, że moje życie potoczyło się trochę inaczej niż życie narratorki. Powiem tylko tyle, że bohaterka jest „dziecięciem swoich czasów”, wychowano ją tak, a nie inaczej, ewoluuje w określoną stronę, a jej losy są najbardziej prawdopodobnym wynikiem podobnie ustawionego życiorysu. Widocznie moja „ścieżka” musiała na jakimś etapie „odbić” gdzieś w bok.

JG: Kontynuując wątek biograficzny (czy też pseudobiograficzny): które miasto wybiera bohaterka? Trudno się oprzeć wrażeniu, że poszukuje ona wciąż swojego miejsca na ziemi. Dramatyczne są w szczególności zawarte w opowiadaniu Pat pytania o emigrację. Może zatem zamiast o wybór, należałoby zapytać, gdzie bohaterka powinna być, gdzie będzie jej lepiej?

MK: Bohaterka kończy w Krakowie, więc prawdopodobnie i ona, tak jak ja, wybrała to miasto. Myślę jednak, że dotyka pan tutaj głębszego problemu i nie jest on wcale geograficzny. Bohaterka dobiega czterdziestki i dalej nie znalazła swojego miejsca, rozumianego jako rola, funkcja społeczna. Jej potencjał nie został wykorzystany, lata włożone w edukację poszły na marne. Bohaterka pracuje tam, gdzie się da i za ile się da. To ma być pewna gorzka diagnoza tego, co moim rówieśnikom ma do zaoferowania współczesna Polska. Poza Warszawą naprawdę trudno o dobrą pracę. Większość moich kolegów, często bardzo zdolnych, próbuje przeżyć na śmieciówkach albo, jeśli akurat mają pod ręką jakąś zagraniczną „korpo”, to szukają pracy tam. Spory odsetek siedzi od dekady na Wyspach – dotyczy to także członków mojej rodziny. Widział pan, ilu fanów ma facebookowy profil „Porażka”? Ostatnio pisałam szkic o sztukach Martyny Majok, nagrodzonej kilka lat temu Pulitzerem amerykańskiej dramatopisarki polskiego pochodzenia. Jej najlepsze sztuki są właśnie o tym, że tak zwany Amerykański Sen to tylko sen i nic więcej, że istnieją bariery materialne i związane z pochodzeniem, które naprawdę trudno przełamać. Ktoś, kto urodził się w niższych klasach, prawdopodobnie już tam zostanie, choćby nie wiem jak się wykształcił. Także pułapka niskiego dochodu jest czymś realnym i sama jej doświadczyłam. O awans dzisiaj bardzo trudno, a ja dodam od siebie, że tej sytuacji na pewno nie są w stanie przezwyciężyć rozhamletyzowani nadwrażliwcy z inteligenckim bagażem. To do pewnego stopnia sytuacja patowa, stąd tytuł jednego z opowiadań: Pat.

JG: Być może miejscem ucieczki dla bohaterki powinna być jakaś Arkadia z przeszłości? Nie ukrywam, że czasami zdumiewa mnie pesymizm opowiadań (oczywiście uzasadniony perypetiami bohaterki). Ale czy nie mamy tutaj do czynienia ze swoistym eskapizmem? Czy przeszłość, opisy albo rozważania natury ogólnej nie są ucieczką? I właściwie przed czym?

MK: Jeśli się jest bohaterem Hamletem, to trzeba monologować. W tekście o Hamlecie mowa jest o tym, że uczucia podobnych do niego osób, jeśli nie znajdują właściwego ujścia, przysiadają na czymkolwiek. Bohaterka, nie potrafiąc dobrze zdefiniować swoich aspiracji, a tym bardziej ich zrealizować, poszukuje sobie zajęć zastępczych: czyta, rozważa, przeżywa – i robi to często z przesadną intensywnością.

JG: Opowiadanie Lawa właściwie odbiega od poprzedzających. To raczej powrót do wspaniałej eseistyki historycznej z poprzednich książek. Jaka jest przyczyna tej niekonsekwencji?

MK: Nie uważam, żeby to był tekst czysto eseistyczny. To raczej opowieść o kwerendzie bibliotecznej, przeplatana wynikami tej kwerendy. I o Rzymie.

JG: Nie ukrywam, że Lawa jest dla mnie przykładem doskonałego literacko łączenia eseju historycznego i bardzo osobistego opowiadania… Trudno było się zdecydować co do charakteru tekstu? Pojawiły się opinie, że powinna pani wybrać – albo eseje, albo opowiadania…

MK: Wydaje mi się, że Lawę – i w ogóle całą Pomyłkę – można krytykować za wiele rzeczy, ale zarzut niekonsekwencji gatunkowej jest akurat najsłabszy. Rozumiem, że jestem tylko Martą Kwaśnicką i to, czy dobrze operuję gatunkami literackimi, jeszcze nie musi być dla czytelników jasne, dlatego to, co teraz powiem, proszę odciąć od Pomyłki. Wygłaszam teraz swoją opinię ogólną, chcę wyjaśnić pewną prawidłowość.

JG: Proszę bardzo.

MK: Wydaje mi się, że przywiązanie krytyków do norm gatunkowych jest zbyt duże. Ciekawi mnie na przykład, czy coś takiego, że powinien się zdecydować, doradzono by również na przykład Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu. Przypomnę, że Dziennik pisany nocą to arcydzieło eseistyki, w którą wplecione są opowiadania. Czy w Hanemannie Stefana Chwina historia tytułowego bohatera nie przeplata się przypadkiem z fragmentami eseistycznymi? A jak zakwalifikujemy Papugę Flauberta Juliana Barnesa? I czy przypadkiem we W poszukiwaniu straconego czasu Proust nie przedkładał introspekcji i opisów społeczeństwa nad tradycyjnie pojmowaną akcję? A twórczość Roberta Musila? A Gra w klasy Cortázara – czy to na pewno powieść czysta gatunkowo? Olga Tokarczuk, kolejna autorka książek gatunkowo nieoczywistych, a niedawno nagrodzonych Noblem, mówiła w Sztokholmie, że gatunki są jak foremki do ciasta, po które sięga się dzisiaj, żeby wyprodukować dzieła przewidywalne, bo takie się sprzedają. W mowie noblowskiej Tokarczuk podkreślała też, że dobre dzieło nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością oraz że ekscentryczność jest warunkiem prawdziwej sztuki. Wydaje mi się to słuszne. Pisarz nie może tworzyć, kierując się cudzymi oczekiwaniami. Przenikanie się gatunków czy eseizacja prozy to współcześnie zjawiska zupełnie normalne, dlatego zamiast polować na gatunkowe niespójności, przede wszystkim zastanawiałabym się, czy dana książka jest dobra, trafna, czy właściwie opisuje jakiś wycinek rzeczywistości.

JG: A jak było z Pomyłką? Nie mogła się pani zdecydować na gatunek?

MK: Nie, nie było mi trudno się zdecydować co do charakteru książki – po prostu postanowiłam, że tekst będzie niejednolity. Mogę nawet panu pokazać pisemną dyskusję z redaktorką, która chciała zmienić Pomyłkę w opowieść z trzecioosobowym narratorem, a ja się na to nie zgodziłam. Wtedy moja bohaterka nie byłaby już monologującym Hamletem, a przecież takim właśnie miała być. Podjęłam pewne ryzyko, ponieważ wydaje mi się, że niejednolite życie narratorki, niejednolity świat, w którym ona żyje, muszą znaleźć odzwierciedlenie w kształcie książki. Ten świat jest niespójny i nieciągły. Trzecioosobową, jednolitą narrację chciałabym natomiast w przyszłości wykorzystać do opisania naszych „zmieszczaniałych” elit. Zobaczymy, jak mi pójdzie.

JG: Wykorzystując okazję, muszę powrócić do pani wcześniejszego pisarstwa. Historie ze średniowiecza (Jadwiga) w obecnej perspektywie jawią się jako wstęp do beletrystyki. W esejach i opowiadaniach bardzo istotny jest osobisty, subiektywny punkt widzenia. Nie jest to bynajmniej krytyka, ale myślę, że warto byłoby powiedzieć kilka słów o pisaniu tekstów historycznych. Tym bardziej że znajdujemy takie pisarstwo także w najnowszej książce.

MK: Sam jest pan eseistą, nie chcę zatem odgrywać tutaj roli eseistycznego cicerone. Wydaje mi się jednak, że eseje można pisać na różne sposoby. Esej naukowy jest czymś innym niż esej mający cechy prozy artystycznej. Chcę wierzyć, że Jadwiga była esejem literackim, nie naukowym – jej subiektywizm był zatem jawny, eksponowany. „Bezwstydnie” przymierzałam się do Królowej, żeby lepiej, na swoim własnym tle, zrozumieć jej wyjątkowość. Naukowcy tymczasem zwykle starają się być obiektywni albo przynajmniej na takich pozować, nie mogą pisać o swoich odczuciach. Oczywiście i w jednym, i w drugim przypadku warto przed przystąpieniem do pisania, lub w jego trakcie, wykonać kwerendę biblioteczną, opierać się na źródłach, rozmawiać z ludźmi, którzy dobrze znają się na naszym temacie i którzy mogą polecić książki, odpowiedzieć na pytania. Kiedy piszemy szkic naukowy, mamy dużo mniejsze pole manewru w kwestii interpretacji źródeł. Pisarz może pozwolić sobie na więcej, może, a nawet powinien, uruchomić wyobraźnię. Eseiście nic jednak nie zastąpi biblioteki – zawsze warto mieć twarde, źródłowe podstawy do swoich spekulacji.

JG: Przedstawia pani emigrację (zresztą z przepięknej perspektywy), ale nie jest ona jedynym problemem społecznym w pani opowiadaniach. Są one bardzo ostrą krytyką otaczającej nas rzeczywistości, w szczególności rzeczywistości w naszej ojczyźnie. Czy w Polsce naprawdę trudno żyć nerwowcom?

MK: Powiem więcej: polska rzeczywistość tych nerwowców stwarza i wykoślawia! Ludzie wrażliwi rodzą się wszędzie, ale to, co się z nimi potem dzieje, jak się rozwijają, w różnych kontekstach już nie musi wyglądać tak samo. Dzień świrajest dziełem, które nieprzypadkowo powstało właśnie nad Wisłą. Kiedy pisałam niektóre fragmenty Pomyłki, na przykład Szmaciarza, to ciągle przychodził mi do głowy film Koterskiego – jako element żywej tradycji, w którą się wpisuję. Jest to tradycja opowiadania o polskiej niemożności, niedokonaniu, o przegrywaniu ze sobą i z okolicznościami polityczno-społecznymi. To stara linia tematyczna polskiej literatury, idąca co najmniej od Kordiana. Czasem przybiera kształty tragiczne, jak u Prusa czy Wyspiańskiego, czasem tragikomiczne, jak u Gombrowicza i Koterskiego. Jak widać, mogą się w nią wpisać zarówno dawne arcydzieła, jak i utwory zupełnie współczesne, bo pewne problemy ciągle się u nas powtarzają. Wcale nie żartuję! Wiele lat temu zauważał to także Andrzej Kijowski, który pisał o „polskiej katalepsji”. U mnie to raczej „dzień nerwowca” – opis tego, jak z życiem w dziwnych polskich warunkach radzą sobie osoby nadwrażliwe. Albo jak sobie nie radzą.

JG: Można mieć wątpliwości, czy Hamlet to nerwowiec.

MK: Oczywiście, że nim jest! Istnieje rzecz jasna tradycja polskiego odczytywania Hamleta, którą opisał Jacek Trznadel. Nad Wisłą zwykło się widzieć w księciu osamotnionego chłopca, który rozeznaje moralne obowiązki i waha się, czy złożyć męczeńską ofiarę. Tylko że to jest Hamlet dostosowany do naszej wrażliwości. W dramacie Szekspira książę to postać o wiele bardziej niejednoznaczna – z całą pewnością bardzo nerwowa i wrażliwa, tocząca boje trochę na oślep. Problem zemsty wydaje się wręcz tematem zastępczym w stosunku do walki, którą Hamlet toczy sam ze sobą. Pisze o tym chociażby T.S. Eliot.

JG: Ciekawie sformułowana jest także w Pomyłce krytyka kariery. Pozwolę sobie na cytat: 

W Warszawie nie wystarczyło być kompetentnym; trzeba było jeszcze zostać zaakceptowanym przez tamtejsze towarzystwo – spośród wszystkich algorytmów, które można było zastosować, aby zrobić karierę, najważniejszy i najpewniejszy był właśnie klucz środowiskowy. 

Czy naprawdę nie liczy się talent i umiejętności, tylko znajomości? Pytam osobę, którą trudno uznać za życiowego rozbitka.

MK: No tak, ale ja nie jestem bohaterką Pomyłki. Narratorka mojej książki wprawdzie skończyła kilka fakultetów, ale niczego nie wydała i nie znalazła pracy. Przywołany przez pana cytat nie jest zresztą krytyką kariery jako takiej – jeśli komuś zależy, niech ją robi. To raczej opis mechanizmów, które umożliwiają jej zrobienie. Elity wszędzie są wsobne, ale polskie cechuje dodatkowo toksyczna inteligencka środowiskowość. Jeśli jednak musimy uczynić punktem odniesienia moją własną biografię, tę prawdziwą, to zdradzę, że etat mam dopiero od kilku miesięcy, bo wcześniej nie mogłam znaleźć pracy i bazowałam na śmieciówkach lub w ogóle nie zarabiałam. Wydawcy Pomyłki szukałam ponad dwa lata. Wysłałam ją kilkudziesięciu wydawcom i absolutna większość mnie zignorowała. Nawet nie odpisali, że mojej książki nie chcą, a przecież to niewiele kosztuje. Próba nawiązania kontaktu z wydawcą przypomina dzisiaj wysyłanie w kosmos sondy Voyager z przekazem dla obcych – napracowałeś się, doprowadziłeś jakieś przedsięwzięcie do końca, wysłałeś, ale nawet nie wiesz, czy ktokolwiek po drugiej stronie słucha i czy kiedykolwiek nadejdzie odpowiedź. Gdyby nie zaprzyjaźnione środowisko pisma „Christianitas”, które postanowiło mnie ugościć w ramach własnej serii, myślę, że do dzisiaj nie wydałabym Pomyłki. Jestem im bardzo wdzięczna. Podobnie swoją ostatnią pracę dostałam z polecenia – nowemu szefowi polecił mnie mój dawny szef i dlatego zaproszono mnie na rozmowę. Gdyby nie to, nie wiedziałabym, że jacyś pracownicy w ogóle są w tej instytucji poszukiwani. I tak dalej, i tak dalej. Możemy wrócić do tego, co mówiłam wcześniej w kontekście Martyny Majok – będę się upierała, choćby i z pozycji umiarkowanego beneficjenta systemu, że jest coś na rzeczy ze środowiskowością i ograniczeniami możliwości awansu społecznego ludziom spoza pewnych kręgów. Jeśli się nie ma poręczenia ze strony kogoś „w środku”, to się tam „nie wejdzie”. 

JG: Wydaje się, że właśnie krytyczny stosunek do otaczającej nas rzeczywistości powoduje u pani upodobanie do realizmu. Nie pisze pani o niej z taką sympatią jak o przeszłości, ale robi to pani z ogromnym zacięciem.

MK: Z przeszłości można wybierać to, co nas interesuje: rzeczy piękne, rzeczy odrażające – to, co akurat jest autorowi potrzebne. Teraźniejszość narzuca się nam w całym swoim kształcie, tak że czytelnicy doskonale ją znają.

JG: Skoro lepiej pisze się o przeszłości, dlaczego nie wróci pani do pisarstwa historycznego? Czy przeszłość lepiej badać, czy kreować?

MK: Nie do końca chodziło mi o to, że pisze się „lepiej” – raczej o to, że pisze się po prostu inaczej. Pisanie o historii jest zaś zawsze jakąś formą jej kreowania, nawet jeśli się jest historykiem i podchodzi do spraw z największą metodologiczną ostrożnością. Dane, które poznajemy, zawsze są przez nas poddawane interpretacji – to oczywiste. Ale, szczerze powiedziawszy, nie planuję w tej chwili książki stricte historycznej. Po prostu mnie na razie w tę stronę nie „ciągnie”. Przeszłość na pewno będzie się pojawiała w moich książkach jako pewien punkt odniesienia, opisywani przeze mnie bohaterowie będą pewnie mieli taki czy inny „bagaż historyczny”. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby na przykład pisać powieści historyczne.

JG: Nie przyszło pani do głowy napisanie krwistego romansu historycznego lub krwawego kryminału z przeszłości?

MK: Nie, w ogóle mnie takie pisanie nie pociąga. Poza tym jest wielu pisarzy, którzy to robią. To półka wypełniona wieloma znakomitymi nazwiskami. Myślę, że powinnam szukać własnej drogi i pisać o tym, co rzeczywiście wydaje mi się ważne – w przeciwnym razie zabawa w pisanie w ogóle nie ma sensu. W moim odczuciu w tej chwili ważniejsze jest to, żeby stworzyć gruntowny i prawdziwy opis dzisiejszego społeczeństwa. Nie wiem oczywiście, czy mi się to uda.

JG: Trzymając się tematyki realizmu, warto zauważyć, że od czasu do czasu stykamy się w pani pisarstwie z takimi punktami, które mocno zagęszczają przestrzeń kreowaną w opowiadaniach. Może to być klatka schodowa lub winda. W pewnych momentach (chciałoby się powiedzieć: punktach) opisy stają się gwałtownym przybliżeniem, według mnie najlepiej to porównać do zmiany ogniskowej w aparacie fotograficznym.

MK: To chyba niezłe porównanie.

JG: Owe zbliżenia są tym bardziej widoczne, że kontrastują z wyraźnie wyrobionym stylem pisarskim, na pozór całkowicie odmiennym. Większość opisów zdaje się jedynie zasugerowana, niedokończona, zasnuta mgłą. Czy takie niedopowiedzenia są zamierzone?

MK: Tak, książka jest do pewnego stopnia impresjonistyczna. Narratorka to solipsystka, a widziany przez nią świat jest nieco widmowy. Mam jednak nadzieję, że ciągle się rozwijam i w przyszłości nie popadnę tutaj w żadną manierę.

JG: Niekoniecznie zgodziłbym się z określeniem „maniera”. Wydaje się raczej, że pani opowieść o świecie zawsze będzie się zaczynać i kończyć na osobie narratorki.

MK: Zobaczymy. Wie pan, w pisaniu najzabawniejsze jest to, że ono często zaskakuje także samego piszącego. Wydaje mi się jednak, że zbyt łatwo skazuje mnie pan na solipsyzm… 

JG: Nie ma w tym nic złego, jeżeli – tak jak w pani przypadku – styl opowieści jest wciągający. Ale jednak chciałbym dopytać o warsztat. Na ile owe impresje są starannie wystudiowane i zaplanowane, a na ile spontaniczne? Czy każda postać, każde zdarzenie, są rezultatem zdarzenia, spotkania, czy też raczej ilustracją wzmacniającą pani opowieść?

MK: Pisarze bardzo często mówią, że w pewnym momencie ich książki stworzeni przez nich bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem i ich, pisarzy, prowadzić. To prawda, tak rzeczywiście się dzieje. W tym sensie żadna książka z dziedziny literatury pięknej nie jest do końca wystudiowana, musi zawierać w sobie jakąś artystyczną świeżość, niewinność. Nie wiem, czy jestem już na tyle okrzepłym autorem, żeby na podstawie mojego warsztatu można było czynić jakieś daleko idące uogólnienia, ale skoro pan pyta, to spróbuję odpowiedzieć. Żadnego swojego tekstu, z dawnymi esejami włącznie, nie pisałam w ten sposób, że najpierw robiłam plan, a potem go realizowałam. Jeśli miewałam zarys fabuły, to bardzo ogólny. Zawsze na początku pojawiał się pomysł – czasem był to główny „chwyt” formalny i temat przewodni (tak było w przypadku Lawy czy Triumfu), czasem do głowy przychodziło kilka zdań, które następnie rozwijałam, czasem zaś w prawdziwym życiu zdarzało się coś tak promieniującego sensami, że aż chciało się to uwiecznić i rozbudować. W ten ostatni sposób powstały na przykład opowiadania Szmaciarz czy Nieszczelność.

JG: Czasami odnoszę wrażenie, że woli pani opowiadać o rzeczach niż o ludziach. Są oni mniej interesujący, trudniejsi czy może po prostu taka jest logika pani tekstów?

MK: To ciekawe spostrzeżenie. O rzeczach pisze się nieco łatwiej niż o ludziach, można na nie przenieść swoje idiosynkrazje, za pomocą opisu przedmiotu diagnozować chociażby wady społeczne. Wspomniał pan na przykład o opisie windy – ma służyć dokładnie do tego: do opisu społeczeństwa i powierzchownych zmian, jakie w nim zaszły od czasów PRL. W książce ważny jest też wątek przedmiotów jako takich – stawiam tezę, że za bardzo, jako Polacy, „odpuściliśmy” sobie sferę materialną i przenieśliśmy się w świat idei, tymczasem rzeczy są ważne. Informują nas o stanie i jakości danej kultury.

JG: Czy to jest pochwała materializmu? Pani teksty jakoś na to nie wskazują.

MK: Nie, to nie jest ani trochę pochwała materializmu. Raczej diagnoza postawiona przez osobę z wykształceniem między innymi archeologicznym. Czy oglądając barokowy kościół, myśli pan o tym, że jego twórcy byli materialistami? Nie – widzi pan w nim przede wszystkim dowód przywiązania do pewnych treści. Aktywność duchowa i intelektualna danej wspólnoty przekładają się na używane przez nią rzeczy, wznoszone budynki. Przedmioty mówią o poziomie życia, o gustach, przekonaniach, czasem nawet o posiadanych przez społeczność cnotach. Herbertowska „kwestia smaku” nie jest wcale tak nieprawdziwa, jak chcieliby niektórzy krytycy. Właściwy stosunek do przedmiotów plasuje się gdzieś pomiędzy materializmem a spirytualizmem. Pamiętajmy, że spirytualizm także jest wypaczeniem – jeżeli na przykład elity jakiegoś narodu uważają, że materialny wymiar życia się nie liczy, bo oto mamy świetny eidos, to ja już takiemu narodowi współczuję… Takie myślenie jest zupełnie rosyjskie. Prywatnie możemy być ascetami, ale jako twórcy kultury musimy dbać o jakość swoich wytworów.

JG: A co czyta Marta Kwaśnicka autorka? Nie redaktorka, nie badaczka przeszłości…

MK: Nie wiem, czy to się da tak łatwo rozdzielić. Wszystkie lektury zawsze jakoś w nas żyją. W zasadzie łapię się na tym, że bardzo rzadko czytam bezinteresownie. Nie będę chyba oryginalna, jeśli powiem, że lubię dobrą literaturę i intrygującą eseistykę. W ciągu ostatnich tygodni przeczytałam na przykład niedawno wznowioną Zasłonę w rajskie ptaki Wiesława Juszczaka oraz angielską nowalijkę The Man in the Red Coat Juliana Barnesa. To były lektury w miarę bezinteresowne.

JG: Wiem, że należy pani do bardzo zapracowanych osób. Ale żywię nadzieję, że pisanie jest wciąż trwałym elementem pani aktywności. Jakich książek możemy się spodziewać w przyszłości?

MK: Bardzo dziękuję za kibicowanie! Rzeczywiście mam ostatnio sporo na głowie, ale nie tracę nadziei, że uda mi się skończyć kolejną książkę. Zaczęłam ją jakiś czas temu i jest już w dość zaawansowanym stadium, choć zostało mi jeszcze sporo pracy, dlatego wolałabym nie zdradzać szczegółów. Nie jestem jednak w stanie zagwarantować, że będzie gatunkowo czysta. Myślę, że raczej nie!

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marta Kwaśnicka, Juliusz Gałkowski, Polska rzeczywistość stwarza nerwowców, Nowy Napis, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły