21.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #050 / Autoportret z dwoma miastami

Marta Kwaśnicka dała się dotychczas poznać jako eseistka, z wielką wnikliwością opisująca meandry chrześcijańskiej kultury łacińskiej. Wszystko zaczęło się od bloga, który – zgodnie z rytmem dzisiejszych czasów – przekształcił się z czasem w pierwszą publikację książkową zatytułowaną Krew z mlekiem (2014). Zawierała ona teksty świadczące o tym, że autorka potrafi nie tylko dostrzec związki między kulturą a wiarą, ale także sugestywnie i wnikliwie je opisać. Religia stała się w tym pisaniu, w sposób jawny, siłą sprawczą, a nie wstydliwie skrywanym zbiorem prywatnych przekonań czy zetlałą formułką kultywowaną w cieniu katolickich uczelni czy klasztorów. Uderzała też silna obecność kobiet w tym uniwersum, jakby Kwaśnicka chciała udowodnić światu, że w chrześcijańskim kosmosie mają one do odegrania ogromną rolę kulturotwórczą, czemu przez dziesięciolecia zwykli byli zaprzeczać historycy powielający radzieckie, marksistowskie wzorce. Dla nich w jednoznacznie męskim świecie średniowiecza i nowożytności kobiety mogły co najwyżej zajmować się tkactwem. Kobiecość twórcza i pełna poświęcenia – taką wspólną nić przewlec można przez eseje Marty Kwaśnickiej, zarówno ten o hiszpańskiej poetce Juanie Inés de la Cruz, o rzeźbiarce Luisie Roldán, o Jane Austen i o świętej Teresie z Ávili, „umierającej, bo nie umierającej” w arcydziele Gianlorenzo Berniniego z rzymskiego kościoła Santa Maria della Vittoria. 

Nie mógł zatem zdziwić temat drugiej książki Marty Kwaśnickiej. Jadwiga (2015) była portretem kobiety, królowej i świętej, ale też średniowiecznej krakowianki, o której Kwaśnicka jako mieszkanka grodu nad Wisłą pisała z wielką znajomością realiów. Za tę książkę w 2016 roku autorka otrzymała prestiżową Nagrodę Literacką Skrzydła Dedala, a w laudacji o. Janusz Pyda OP przyznawał: „Autorka Jadwigi, wbrew potocznemu doświadczeniu, nie zwątpiła w czytelnika i podjęła niepopularny temat, uwodząc nie thrillerem, nie romansem, ale sposobem stawiania pytań i eksponowaniem nieoczywistych szczegółów”.

Minęło kilka lat i Marta Kwaśnicka napisała zbiór opowiadań. Czytając je w kolejności ich ułożenia w książce, na myśl przychodziły mi dwa arcydzieła niemieckiego późnego oświecenia i wczesnego romantyzmu – Lata nauki Wilhelma Meistra Johanna Wolfganga Goethego i Henryk von Ofterdingen Novalisa. W obu tych Bildungsroman mamy do czynienia z opisami formowania się młodej duszy i powolnym procesem dojrzewania do bycia artystą w świecie, który nie zawsze jest przyjazny, ale zawsze niesie ze sobą tajemnice. Młody człowiek musi je odkryć i spożytkować dla siebie. Zatem koncept nienowy, ale za to wyzwanie poważne, bo przecież książki oparte na tym toposie powstawały w kolejnych epokach, co wydało takie arcydzieła jak choćby Czarodziejska góra Thomasa Manna czy Przypadki Augie’ego Marcha Saula Bellowa. 

Pomyłka Kwaśnickiej? W tym zbiorze opowiadań poznajemy narratorkę, która obecna jest we wszystkich tekstach. To osoba wykształcona, po uniwersytecie, mieszkanka Krakowa, szukająca swego miejsca na ziemi, a ściślej – w polskiej rzeczywistości zwalczających się politycznych plemion. Czy jej postawa, pełna erudycyjnego chłodu, dystansu, a jednak podlegająca swoim czasom, czyli poszukującą zajęcia odpowiadającego jej aspiracjom i marzeniom, ostanie się wobec nieciekawego świata polskiego kapitalizmu i rynku pracy?

Narratorkę poznajemy w momencie, w którym – zachłyśnięta urodą stolicy – zdaje egzaminy na Uniwersytet Warszawski (Granice ekspresji), przy czym uroda to szczególna, ulotna, zrodzona z kontrastu do mglistego i ocalałego z ostatniej wojny Krakowa. W nim też postanawia jednak ostatecznie studiować, porzucając (choć nie na zawsze) Warszawę.W prozie Powierzchniówki ujmuje mnie przede wszystkim opis wsi i pól podkrakowskich, do tego w nieprzyjaznej pozimowej aurze. Dzięki Kwaśnickiej, choć wiatr zawiewa, popaduje deszczyk, a pod nogami błoto, czujemy jednak klimat takich miejsc, znamy je przecież, stanowią nieodzowny element polskiego pejzażu. I dobrze, że ktoś o nim znowu napisał, przypomniał. Do tego dochodzi też krajobraz Szkocji, do której bohaterka podróżuje za pracą (Pat). Szkockie wzgórza, deszcz i Polacy odrysowujący znaleziska archeologiczne z dala od kraju. Tu z kolei mamy fragmenty opowiadające o doli polskiego inteligenta zarabiającego na życie w Wielkiej Brytanii. Jeszcze Londyn. Pojawiają się wątpliwości. A może tu zostać? Coś jednak ciągnie do ojczyzny, do Krakowa, w którego kamienicy spełnia się los autochtonów i przyjezdnych. Portrety mieszkańców jednej z nich (Kamienica) to jedno z najciekawszych opowiadań w książce: ktoś powie, że to prosta konstatacja stanu rzeczy, opis lokatorów zajmujących poszczególne mieszkania w starym krakowskim budynku. Jednak Kwaśnicka czyni to z niezwykłymi delikatnością i wnikliwością, których można jej tylko pozazdrościć, do tego równolegle snuje opowieść miłosną, niby też zwyczajną, ale miłość, choćby niespełniona, zawsze przyciąga uwagę, zaciekawia, przywołuje wspomnienia, czasem dobre, a czasem jątrzące. Co jednak najważniejsze – mamy tu klimat miasta, z przelewającym się tłumem Anglików, z właścicielami odnawianych dla turystów mieszkań, z właściwym współczesnemu Krakowowi rytmem dni i słońcem lśniącym na tysiącach dachów.

Jednak pod tym jasnym obrazem wciąż czai się niepokój związany z poszukiwaniem własnej drogi. Bohaterka staje na rozdrożu, ma coraz więcej wątpliwości. Opowiada o nich Winda. To znowu opowiadanie warszawskie, za tło mające osiedle „Za Żelazną Bramą”. Ten monumentalny ciąg budynków wzniesiono w samym centrum zniszczonego miasta na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Kwaśnicka opisuje realia mieszkaniowe w naszym stuleciu, kiedy zmienił się już skład osobowy mieszkańców, liczne lokale zostały wystawione na wynajem, budynki zmodernizowano. Windy w tych blokach – moje dzieciństwo i młodość upłynęły w jednym z nich – rzeczywiście potrafiły przestraszyć małe dziecko, potem stały się normalnością i były najczęściej niezawodne. Nie pamiętam ani jednego poważnego wypadku związanego z taką windą, zwaną w opowiadaniu zrembem (choć mieszkańcy wcale tak ich nie nazywali), a przecież jeździłem nimi codziennie kilka razy przez wiele lat. Czasem się śnią, to prawda, upiorny był zwłaszcza odcinek między parterem a pierwszym piętrem, kiedy nie widać było okienek na poszczególnych piętrach, jednak teraz, po modernizacji i tak podróżny osłonięty jest ze wszystkich stron jednolitymi ścianami. 

Kwaśnicka, przy okazji opowieści o windzie, snuje rozważania o próbach zamieszkania w Warszawie, o zawiedzionej miłości swej bohaterki do tego miasta.

Im dłużej mieszkałam w stolicy, tym bardziej przypominała mi stary blok mieszkalny, olbrzymi, z lekko unowocześnioną windą. Miasto było betonowe, w kilku miejscach przeszklone, z palmą usytuowaną na jednym z kluczowych skrzyżowań; było też pełne przypadkowych lokatorów. Z czasem nauczyłam się nieco lepiej rozumieć życie wewnętrzne Warszawy i pochylać się nad nim na przemian z irytacją lub współczuciem. Wtedy jednak mój zawód miłosny był świeży. 

Praca w mediach publicznych przy kolejnym politycznym rozdaniu nie sprawiła, że bohaterka pozostała w mieście. Po raz kolejny pozostawiła Warszawę dla Krakowa, który jakoś dziwnie nie chciał z niej zrezygnować, promieniował, przyciągał.

Było coś jeszcze. Bohaterka wciąż nie miała wystarczającej samowiedzy, nie wiedziała tak naprawdę, kim jest, do czego została powołana. Tę niepewność i rozedrganie czujemy w zasadzie na marginesie każdego z opowiadań Pomyłki. Niejaką inspiracją i rękojmią mogłaby zostać na przykład Vittoria Colonna, szesnastowieczna włoska poetka oraz humanistka. W obszernym opowiadaniu zatytułowanym Lawa autorka zgłębia skomplikowaną relację pomiędzy arystokratką a Michałem Aniołem. Erudycyjne zawijasy tego tekstu tak naprawdę nie przynoszą żadnego rozwiązania, służą wyłącznie samym sobie, są rozrywką, bo przecież śmieszne byłoby podejrzenie, że bohaterka, przebywająca tym razem na stypendium w Wiecznym Mieście, korzystająca z miejscowego światła i dobrego jedzenia, chce udrapować się w szaty Colonny i jak ona prowadzić żywot pełen duchowych wzlotów, tłumionych pragnień i wyniosłych gestów. Może to wszystko służy jednak czemuś innemu? W końcu natrafiamy na następujący passus:

Każdy ma jakieś miękkie miejsca, stany zapalne, które doskwierają nawet wtedy, kiedy nie zostawia to żadnego śladu w ich codziennym życiu; może to one, chociaż niewidoczne, decydują o tym, kim się stajemy. Trawią duszę od środka i zmieniają nas lub czynią bezużytecznymi, nawet jeśli bardzo się staramy. Jesteśmy przecież czymś więcej niż nasze świadome decyzje i sami nie zawsze znamy prawdę o sobie.

Poznawanie prawdy o sobie to podstawowy temat każdego Bildungsroman, a także opowiadań Marty Kwaśnickiej. Czy owe „stany zapalne” zaprowadzą eteryczną narratorkę ku twórczości literackiej, ku pisaniu prozy wymagającej zmagań z pięknem, ale i z potwornością, którą niesie zwyczajne życie? Takie rozwiązanie zdaje się sugerować opowiadanie Triumf – jego bohater, nieistniejący hiszpański pisarz Miguel Quiroga, po wydaniu jedynej książki rezygnuje z dalszej twórczości. Ten gest czyni go groteskowym, choć nie do końca zgodziłbym się z twierdzeniem, że „Pisarz, którego wszyscy przemilczają jest śmieszny […]”. Może jest odwrotnie: śmieszni są wszyscy ci, którzy, zwiedzeni blichtrem szybko zmieniających się kolorowych obrazków, nie są już w stanie dostrzec gry światła w kałuży wody zebranej w ułomku rzymskiego sarkofagu.

Marta Kwaśnicka, „Pomyłka” 

M. Kwaśnicka, Pomyłka, Kraków 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Autoportret z dwoma miastami, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 50

Przypisy

    Powiązane artykuły