18.03.2021

Posąg Emeryka 

 Za siedmioma górami, za siedmioma lasami chciałem żyć długo i szczęśliwie… Tymczasem  znów Święty Krzyż i porastająca go Puszcza Jodłowa. „Jeżeli nawet będę żył tutaj długo, czy będę szczęśliwy?”  zastanawiałem się, idąc kamienistą drogą przez rodzinną wieś. Góra ogromniała i znów, jak przez całe dzieciństwo, zasłaniała sobą widnokrąg. Szło mi się coraz trudniej: ciążył mi plecak, a może widok góry, spod której nie mogłem uciec?

Dom sołtysa i przed nim jak zwykle, zbiegowisko. Gdy nadszedłem, umilkli. Kiwnąłem im głową  i na powitanie i na pożegnanie – bo nie miałem ochoty z nikim rozmawiać.

 Nierób  dogonił mnie czyjś złośliwy szept, niby znienacka ciśnięty kamień.  Matka się dlo niego zamorduje…

Źle tając złość, chciałem się dowiedzieć, kto to powiedział. Powtórzyłem pytanie, bo pospuszczawszy głowy  milczeli.

 A bo co, nieprowda?  przed gromadkę wysunął się Ubek.  Matka se zyły przez ciebie wypruwo.  Nabrał pewności siebie.  Kto to widzioł, zeby jedno baba musiała tyle roli łobrobić?!  Urwał, żeby poszukać wsparcia w oczach pozostałych.  Ni mos dlo matki litości. Ino abo w tych ksiunskach siedzis, abo za tom piłkom ciekos… Pochowołześ już łojca. Co ci z ksiunzek przydzie  zacietrzewił się, bo i też Cietrzewiem czasem go nazywano  jak matke pochowos?

 Taa…  poparła go zawsze żądna plotek żona sołtysa  wcoraj psez cały bozy dziń łorała. Dzisioj tys, ino co z polo zjechała. Tak jakby chłopa w chałupie nie było…

 E… no bo i jaki ta z niego chłop?! Ksiunze przecie, tfy!  splunął Ajmsorry.

Odszedłem. Jak powiedzieć matce o wszystkich moich klęskach? Jak przyjmie wiadomość o najdotkliwszej  że zamiast praktyki w sądzie niebawem czeka mnie odbycie służby wojskowej? Z trzech lat spędzonych na wydziale prawa jedyne, co uznałem za warte zapamiętania, to niesamowicie błękitne oczy pewnej pani magister.

Do domu już było blisko. Gdy ojciec wracał pijany, pytałem matkę, dlaczego nie zamknie mu drzwi przed nosem. Chyba naprawdę musiała go kochać. Za to ja znienawidziłem ojca, ledwie zacząłem dorastać. Choć przez całe dzieciństwo żyliśmy w przyjaźni. Dorabiał sobie na wódę, wińsko, piwsko, nitując dziurawe wiadra i misy, które znoszono mu zewsząd. Lubiłem mu pomagać, bo znał mnóstwo opowieści o rodzinnej okolicy. Opowiadał je, rozpłaszczając młotkiem nity na szerokość szczeliny w wiadrze. W ten sposób dokonała się we mnie nitologizacja ziemi świętokrzyskiej. Często opowiadał mi legendę o posągu Emeryka. Kazał mi ją sobie dobrze zapamiętać: bo mogę kiedyś zapragnąć końca świata, a wtedy wystarczy przewieźć tę figurę na szczyt Świętego Krzyża. Wierzył, że po końcu tego świata nastanie nowy, lepszy, i bezustannie powtarzał swój ulubiony cytat z Apokalipsy: „Widziałem nowe niebo i nową ziemię, albowiem stare niebo i stara ziemia przeminęły, i morza już nie ma…”.

Żebym tak mógł sobie przypomnieć, czy opowiadając tę legendę, ojciec był trzeźwy… Wszedłem przez furtkę na podwórko, a potem po schodkach do domu. Szukałem matki, ale nigdzie jej nie było. Wreszcie znalazłem ją  w pokoju, który niegdyś dzieliła z ojcem. Leżała na łóżku. Spała. Zasnęła w ubraniu, co świadczyło, że musiała być bardzo zmęczona. Patrzyłem na nią w milczeniu: ależ się postarzała! Trud życia  na marne? Może z powodu tej płaskorzeźby, która wisi nad łóżkiem? Dostała ją ode mnie. Zrobiło mi się wstyd na myśl, że matka nie wie, w jaki sposób zdobyłem dla niej ten podarunek. Niebawem po mojej pierwszej komunii wybrałem się na odpust, który rokrocznie odbywa się na Świętym Krzyżu. Wręczając mi pieniądze, matka poprosiła, żebym nie stracił ich na lody i zabawki, ale coś jej kupił, na przykład różaniec. Stary, odziedziczony po jej matce, gdzieś się zawieruszył, a przecież musi się modlić. Do Boga, żeby się ojciec opamiętał. Oczywiście, większość pieniędzy poszła na lody. Za resztę zakupiłem korkowiec  chciałem nastraszyć nim chłopaków ze wsi. O prezencie dla matki przypomniałem sobie dopiero wtedy, gdy pod kościołem nie było już kramarzy, został tylko stragan ludowego artysty. Pakował do plastikowych toreb swe święte Michały, smoki, anioły z obojętnymi drewnianymi oczami. Z rezygnacją oglądałem resztki i nagle wypatrzyłem dłubankę wyobrażającą, jak mi się zdawało, ptaka o złożonych skrzydłach i krótkich nóżkach. Chwyciłem figurkę i uciekłem. Rzeźbiarz nawet nie próbował mnie gonić, tylko wrzasnął za mną, złorzecząc mnie i mojej rodzinie. Zbiegłem z góry drogą, którą w odwrotnym kierunku podążał na walną rozprawę z Krzyżakami król Władysław Jagiełło. Zatrzymałem się przy posągu Emeryka. Mogłem wtedy dokładniej przyjrzeć się swej zdobyczy: była to głowa Syna Bożego, ujęta z profilu… Misternie wyrzeźbione długie włosy Odkupiciela wziąłem za ptasie skrzydła, a jego szpicbródka wydawała się ptasimi łapkami. Ze złości, że popełniłem świętokradztwo, chciałem to rozbić o Emeryka, ale się powstrzymałem: przypomniałem sobie opowieść ojca.

Matka cieszyła się chyba jeszcze bardziej, niż gdybym jej kupił różaniec. W następną niedzielę dała głowę Chrystusa do poświęcenia proboszczowi. Powiesiła ją nad ich łożem małżeńskim  pewnie w nadziei, że może wśród swych licznych zajęć Chrystus kiedyś odciągnie ojca od butelki.

„Dlaczego ci nie powiedziałem, że ja tego Jezusa ukradłem, więc szczęścia nam nie przyniesie?”  spojrzałem na śpiącą. Okryłem ją kocem. Wyszedłem z domu, nawet się nie przebrawszy, bez posiłku. Skierowałem się do obory.

Kary stał przy żłobie, podskubując siano zza drabinki. Jego sierść lśniła od potu. Na mój widok zarżał przeciągle. Dawno nie miał okazji oglądać mnie w oborze. Wziąłem derę, żeby go wytrzeć. Myślałem o słowach sąsiadów  że matka dopiero co zjechała z pola. Jeszcze inne słowa sobie przypomniałem, które piekły mnie jak uderzenia w policzki. Ludzie ze wsi źle mi życzyli, odkąd tylko spróbowałem zrzucić z ramion Święty Krzyż. Czekali, że się potknę i góra mnie zmiażdży.

 

Założyłem chomąto na koński kark. Udowodnię wszystkim, że nie boję się pracy w polu. Kary strzygł uszami, ale wydawał się spokojny. Odwiązawszy uzdę od żłobu, trąciłem go lejcami, bo jakby nie miał ochoty opuszczać obory. Zastanawiając się, czy prawidłowo zapiąłem uprząż, szarpnąłem lejcami bardziej zdecydowanie. Nie najpewniej się czułem, co koń wyczuł. Parsknął. Uderzył kopytem. Spoglądał na mnie z kpiną. Nawet zaczął rżeć, jakby zanosił się od śmiechu. Przypomniały mi się spojrzenia i śmiech sąsiadów, kiedy tuż po śmierci ojca spróbowałem gospodarzyć a tylko wywróciłem na prostej drodze wóz ze słomą.

W końcu udało mi się wyprowadzić konia z obory i skierować do wozu. Usiłowałem go zaprząc, ale znów rżał i tańczył końskiego obertasa. Ojciec, jaki był, to był, ale na taki taniec nawet najbardziej narowistemu ogierowi by nie pozwolił. Sięgnąłem po bat. Rzemień ze świstem spadł na grzbiet karego, tworząc długą smugę na jego sierści. Zarżał wściekle, lecz uspokoił się na tyle, że mogłem zapiąć postronki do orczyka i założyć naszelnik na dyszel.

Matka wyszła z domu…

 Jadę orać  poprawiłem leżący na wozie pług.

 Orać?  zaniepokoiła się.  Ledwie co z pola zjechałam. Dajże zwierzęciu odpocząć. A w ogóle, kiedyś ty koniem orał? Jeszcze ci ucieknie…

 Nie ucieknie!  wskoczyłem na wóz i stanąłem w rozkroku.  Wio!  popędziłem karego, zawracając kołem na podwórku.

 Nie jedź…  matka prosiła, nie, rozkazywała.

 Trochę poorzę  zaciąłem konia batem  i niedługo wrócę. Wio!

 Jezu!  próbowała mi zabiec drogę.  Mój Jezu…  wołała, aż pomyślałem, że tak musiała krzyczeć Maryja, widząc swego Syna opuszczającego ich dom na zawsze. Jechałem po wyżłobionej dwiema koleinami polnej dróżce. Trzymając w rękach lejce, miałem wrażenie, jakbym znów trzymał na wodzach swoje życie. Z sąsiednich pól obserwowały mnie zaciekawione oczy… Zatrzymałem wóz, bo dojechałem do zaoranego w połowie żytniska. Żeby zaorać tyle ziemi, matka musiała zacząć wcześnie rano. Z przeświadczeniem, że dam radę dokończyć to, co zaczęła, uwiązałem lejce do kłonicy i zdjąłem pług z wozu. Zanim położyłem go w bruzdę, musiałem oczyścić lemiesz zwitkiem trawy, złotawobrązowej po upalnym lecie. Moi sąsiedzi porobili sobie przerwy, żeby się przyglądać, jak sobie radzę. Bałem się najmniejszego błędu  ale by się śmiali! Zaprzęgłem konia. Starczyło już tylko zrobić z namaszczeniem znak krzyża  mimo wątpienia w jego skuteczność…

 Nie orz!  nadbiegała matka.

Strzeliłem z bata i koń ruszył. Lemiesz odciął skibę brunatnej gleby, w której wiła się przecięta dżdżownica. Wszystko szło, jak należy.

 No, ja wam teraz pokażę – wszystkim…

Koń zarżał przeciągle: spostrzegł kobyłę, którą orał sąsiad. Szarpnął się w przód. Ściągnąłem lejce, a on stanął na zadnich nogach. Co robić? Batem go, raz, drugi, trzeci…

 Nie bij go!  matka była tuż, tuż.

Końskie białka zaczerwieniły się. Kary coraz mocniej rwał do przodu. Klacz doprowadziła go do szału. Potknąłem się o bruzdę. Upadłem twarzą w spulchnioną ziemię. Usiłowałem się podnieść, ale lejc z rąk nie wypuściłem.

 Puść lejce!  krzyknęła matka.  Bo cię zabije!

I tak nie miałbym siły dłużej ich utrzymać. Koń ruszył z kopyta, ciągnąc za sobą przewrócony pług. Leżałem twarzą w ziemi. Żeby tak się otworzyła i mnie pochłonęła… Przecież jest moją matką!

 Nic ci się nie stało?

Pokręciłem przecząco głową, nie odrywając twarzy od ziemi. Nie chciałem, żeby zobaczyła na mojej twarzy błoto z łez i ziemi świętokrzyskiej.

 Tylko narobiłeś sobie wstydu…  roztrzęsiona, zdyszana po biegu pochyliła się nade mną.  No, idź do domu. Muszę iść po karego  oddaliła się  sąsiad go złapał.

Ziemia nie otworzyła się, żeby mnie pochłonąć. Może dlatego, że jestem jej wyrodnym dzieckiem? Jej ukochane dzieci spoglądały na mnie szyderczo. Myślałem o nich z nienawiścią, nienawidziłem ich i ich matki. Ta nienawiść dodała mi sił, podniosłem się. Otrzepałem z brudu ubranie i wytarłem dokładnie twarz.

Czekałem w kuchni na matkę, wyglądając przez okno na podwórze. Nawet nie zauważyłem, gdy weszła. Dopiero słysząc kroki w korytarzu, zacząłem się zastanawiać, jak jej powiedzieć, że przez tyle lat ją okłamywałem. Wierzyła, że uda mi się zabrać ją stąd gdzieś daleko… Ojciec przez całe życie jej to obiecywał. Czy zdoła mi wybaczyć, że ja również ją zawiodłem? Może odwróci się ode mnie, zamiast dodać sił?

 I po co było się brać za coś, czego nie potrafisz?  weszła do kuchni, gdy stałem odwrócony do okna.

 Masz swoje książki  powiedziała po chwili  to ich pilnuj. Jednych Bóg stworzył do orki, drugim dał głowę do nauki… Zdaniem asystenta było odwrotnie: to właśnie do orki w polu, a nie do nauki się nadawałem.

 Muszę ci o czymś powiedzieć  wreszcie się odważyłem odezwać. O tak, czas wyznać jej całą prawdę…  Wiesz, te moje studia… Wyrzucili mnie…

 Jak to? Dlaczego?  W jej oczach była rozpacz.

 Nie zdałem egzaminu, z którego miałem warunek. To już koniec. Chyba mnie wezmą do wojska… Nie wiem, co robić…  nie patrzyłem jej w oczy.

 Pójdę się położyć…  Usłyszałem, jak odchodzi. Spojrzałem za nią, bo rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Matka chwiała się wsparta o kuchenkę. Na podłodze leżała rozbita szklanka. Podszedłem, wziąłem matkę pod rękę i zaprowadziłem do sypialni. Posłusznie dała się położyć na łóżku. Zasunąłem kotary i zapaliłem lampkę nocną. Usiadłem obok. Wyglądała jak ryba wyjęta z wody, choć leżała w milczeniu. Z jej oczu nie płynęły łzy, ze łzami byłoby łatwiej. Natychmiast znalazłyby sobie koryta w zmarszczkach na twarzy. A tak te zmarszczki trwały  suche, nieustępliwe, jak bruzdy w polu.

 Co my teraz zrobimy?  cicho zapytała. Co miałem powiedzieć, gdy patrzała na zgliszcza, ruiny.  Jak się ludzie ze wsi dowiedzą, nie dadzą ci spokoju…

 Nienawidzę ich!  zacisnąłem pięści, to ona była ofiarą, nie ja. I jej nagła troska o mnie była gorsza niż lejce, którymi wlókł mnie kary.

 Mam dość ludzi, mam dość całego świata!  krzyczałem. Przypomniała mi się legenda o posągu Emeryka. I słowa ojca. Oto nastał dzień, w którym zapragnąłem, żeby świat przestał istnieć.  Pamiętasz opowieść o pielgrzymie świętokrzyskim? Ojciec mi mówił  ciągnąłem, a matka patrzała na mnie ze spokojem  że podobno wystarczy przenieść figurę na szczyt Świętego Krzyża i będzie koniec świata. Tak, tylko tego pragnę.

Ukryłem twarz w dłoniach, a ona uśmiechnęła się nagle. Jakby chciała powiedzieć: „Bredzisz, synu, bredzisz…”

Nie zauważyłem, kiedy zasnęła. Siedząc obok, uzmysłowiłem sobie, jaką krzywdę jej wyrządziłem.

 I widziałem nowe niebo i nową ziemię, albowiem stare niebo i stara ziemia przeminęły, i morza już nie ma… powiedziałem do jej nieruchomej twarzy. A może ojciec to wyszeptał. Nie wiem.

 

Opowiadanie zostało opublikowane dzięki programowi Tarcza dla literatów.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Zbigniew Masternak, Posąg Emeryka , Czytelnia, NowyNapis.eu, 2021

Przypisy

    Powiązane artykuły