20.11.2019

Pył

Po raz kolejny wspomnę coś

z dzieciństwa. Miałem kilka lat,

matka zostawiała mnie pod opieką

dalekich sąsiadów. Oboje starzy,

nie pracowali. Byłem dla nich rozrywką,

moje kalekie słowa, klecone zdania wzbudzały

śmiech, obecność – radość. Pamiętam ich

poranne krzątanie, ciężki oddech

żelazka na ubraniach, chleb upitwany

tępym nożem, parujący czajnik przy

okopconym, tłustym kominie.

 

I to właśnie tam widziałem starą,

leżącą w brudnych betach kobietę,

którą się opiekowali. W wąskim łóżku

wypełnionym jej ciałem choroba stawiała

gładkie, pewne kroki, zmarszczka krajała czas.

Pamiętam, jak ją przebierali:

tak długo w objęciach swojego ciała

opadała bezwładnie na poduszki,

ociężale wisiały jej nagie, matowe piersi.

I mówili do mnie: Łukaszku, uderz babkę,

uderz. I podchodziłem, i biłem,

choć nie była to złość ani gniew.

Potem zostawiając te krzyki,

gesty, wojenki przeciw śmierci,

wybiegałem na podwórze, gdzie mamrotało

słońce, bydło ślizgało się w błocie.

A oko nieba kręciło się, wirowało

i robi to do dziś – rozciera mnie powoli

na proszek, na pył.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Łukasz Jarosz, Pył, Nowy Napis, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły