19.11.2019

Serce walczy o mnie. „Lustrzane fikcje“ Juliusza Gabryela

1.

Juliusz Gabryel urodził się w 1979 roku w Kluczborku. Wydał trzy zbiory wierszy: Hemoglobinę (Wrocław 2003) – zwycięski tom na książkowy Debiut Poetycki Roku 2002, ogłoszony przez wrocławski odział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – następnie Laboratoria (Kraków 2006), Płyn Lugola (Brzeg–Gniezno 2016). Ostatni tom przeszedł w zasadzie bez echa, a szkoda, bo to tom znakomity, który domagałby się solidnej lektury, tymczasem nie doczekał się większego rozgłosu. W roku 2018 ukazał się tomik Lustrzane fikcje podany do druku przed tragiczną śmiercią poety. Gabryel wiersze publikował między innymi w „Studium”, „Frazie”, „Odrze” czy „Toposie”. Był tłumaczony na język niemiecki i chorwacki. Został honorowym członkiem Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu. Tak uczyniliśmy zadość faktom.

 

2.

Czytam Lustrzane fikcje, ostatni tom Juliusza Gabryela. W tych wierszach czai się strach przed odejściem najbliższych, ostateczną wyrwą, którą trzeba będzie zasklepić żałobą, a potem jakoś się od niej zdystansować, aby nie potykać się o dziurę przy każdym dłuższym kroku, oddechu. Bohater tych wierszy nie potrafi zagospodarować swojego „teraz”, stale wybiega ku temu, co nadchodzi, ale czego jeszcze nie ma, tym sposobem żyje nigdzie. Dni jak migawki zapadają w ciemnie. Niosą w sobie lusterka, ale w ich odbiciach nie rysuje się nic, co chciałoby zaistnieć, oblec się w kształt. Odbicia są rozproszone, mają nieostre kontury. Zagubienie rozmazuje obrazy, jakie wyłaniają się przed patrzącym. Natrętne myśli odrywają od bieżących spraw, momentami są przytłaczającą koprolalią, wewnętrzną, dygotliwą logoreą.

Jacek Gutorow, komentując Laboratoria, pisał, że są to wiersze na dłuższą metę. Takie, które opierają się łatwym klasyfikacjom, do permanentnego rozczytywania. Dodajmy: wymagające, gęste, nieprzebrane, wciągające niczym rojsty. Fraza Gabryela spowita jest rodzajem ciemnego nimbu, towarzyszy jej wewnętrzny niepokój i rozedrganie, bohaterowie tych wierszy rzadko potrafią udobruchać własne nieprzystosowanie i rozproszenie. To rodzaj poetyckich puzzli, które nie składają się według klasycznego wzoru. Raczej w przypadkowych zestawieniach i odkształceniach ujawniają perspektywy budzące dyskomfort, ponieważ poezja ta dotyka spraw trudnych i mrocznych: samotności człowieka wydanego chorobie, jej nieubłaganym kaprysom, powodującym, że pojawiające się w głowie głosy, a także zwidy, pogłębiają konfuzję i zaprzeczają wpasowanej w ustabilizowany wzorzec rzeczywistości. Tutaj biegnie się za krzykiem i rozbija o przypadkowe cienie. „[…] i – jak w wierszu Tomasz – odwiedzi mnie Ogień odziany w czarną suknię / ze świecą w wyciągniętych dłoniach”J. Gabryel, Tomasz, [w:] Lustrzane fikcje, Łódź–Brzeg 2018, s. 7. [1] Wstanie kolejny dzień-wyrok, dzień-wyzwanie i skaleczone niebo będzie zasysać wołania, a troski będą spadać jak deszcz:

Bo widzisz misiu my tu sobie tańczymy
my tu sobie śpiewamy i sobie klaszczemy
ale widzisz misiu życie jest gdzieś dalej
i ty nic z tego nie zrozumiesz
bo nie miałeś własnych trocin w łapkach
a pewnych rzeczy nie da się po prostu zszyć
żeby się nie sypałoJ. Gabryel, Na dobranoc, tamże, s. 38.[2]

3.

Idziemy przez te wiersze jak przez puste parkingi, budynki przeznaczone do rozbiórki, zamknięte sklepy, zawsze spóźnieni, zawsze po czasie. Pustka rośnie, nadzieja maleje. Opuszczamy miejsca bliskie i domowe, ciepło dotyka chłód. W podobnych rejonach poruszała się Aglaja Veteranyi, Nelly Sachs czy Alejandra Pizarnik. Gabryel podobnie, prowadzi nas na skraj urwiska. W kłęby sinej mgły, w popiół zalepiający powieki, w światło godzące w oczy jak ostrza. Poprzez poetę patrzą i w niego patrzą. Z wiersza N: „Jestem obłąkany mój obłoczku / Jestem gotowy do odlotu”J. Gabryel, N, tamże, s 27.[3]

Poezja Gabryela jest studium schizofrenii, która czyni z rzeczywistości kłębowisko twarzy i głosów, których nie sposób powiązać z konkretną osobą. Żyjemy w mroku, w czasie pod nieobecność, w godzinach wykolejających się we własne otchłanie, w przebłyskach świadomości, szukający dla siebie jakiegoś schronienia. Czytając kolejne wersy, widzimy jak traci się rezon, chaos rozpycha się w znanej formie, ta w końcu pęka, a jej odłamki ranią nas do żywego. To niezwykle przejmujące wiersze, momentami bezwzględne, szukające dla swojego autora ratunku, ale ten często bywa spóźniony. Wersy zapadają się w senne rojenia, majaki mogą przybrać postać, która ma dla nas więcej ciepła i uwagi niż ludzie. W końcu choroba podbija chorego i nie ma już w sobie miejsca, gdzie mógłby się czuć jak u siebie. Choroba staje w miejscu, w którym wcześniej stał człowiek:

Bierzesz do ręki ciężki kamień
i nazywasz go moim imieniem
i wrzucasz do głębokiego jezioraJ. Gabryel, N2, tamże, s. 34.[4]

4.

Czytam tomy Gabryela od nowa i widzę rzeczywistość rozpadającą się na nieprzystające do siebie części. Stającą się coraz bardziej miejscem odosobnionym, budzącym strach, karykaturalnie anonsującym swoje widoki. Widzę chorego człowieka kluczącego wokół własnej osi, aż ta zawęźli się tak bardzo, że nie da się zrobić kroku w lewo, kroku w prawo. Rozgardiasz myśli – porozrzucanych jak graty w zapuszczonym warsztacie – przygnębia. Chcesz się chwycić czegoś znanego, ale to zawsze jest coś innego. Pojawiające się w tych wierszach osoby wydają się nie przystawać do żadnych norm, stąd jeszcze bardziej potęgują wewnętrzny dramat. Fiksacje dotyczą w równym stopniu detali – jak kurtka o barwie schnącego cementu – czy wielkich panoram, oceanów rozproszenia. Czy może być coś gorszego niż czuć się obcym samemu sobie? Albo czuć, że składamy się z kilku osób obcych, albo i legionu, który nigdy nie zamieni ze sobą ani słowa? Pojawiają się flesze szpitalne, jak w wierszu Szpital. Głos 18.05.2015:

W tej chwili
kiedy się golę
kiedy za plecami
zbliża się chory człowiek

i widzę jego twarz
w mętnym odbiciu lustra
Gnój ci z ucha poleci
zobaczysz że ci poleci
mówi

ja wiem
ja już wszystko wiemJ. Gabryel, Szpital. Głos 18.05.2015, tamże, s. 22–23.[5]

Juliusz Gabryel wybrał błysk. W wierszu Dochodzenie czytamy:

Ostatecznie wybrałem lustro: zaspokojenie,
jego ostre odłamki, skrzące odbicia,
wirujące krawędzie jego afektu
w brudnym, rdzawym słońcu
wystawiającym nas bez przerwy na przestrzałJ. Gabryel, Dochodzenie, tamże, s. 13.[6]

Chłopcu przetarły się linie papilarne. Ostrze się stępiło, światło zapadło w mrok. Przez niego patrzyło oko, którego on był martwym punktem oparcia. Spodziewał się rzeczywistości, ale ta nie chciała albo nie mogła go nawiedzić.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartosz Suwiński, Serce walczy o mnie. „Lustrzane fikcje“ Juliusza Gabryela, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły