21.11.2019

Nowy Napis Co Tydzień #024 / Juliusz Gabryel jako brak miejsca na Ziemi. Na motywach subiektywnie wybranych wierszy

Na ile autorowi wierszy może pomóc śmierć? Czy w ogóle taka kategoria ma sens? Krystyna Miłobędzka bezustannie podkreśla: życie i śmierć są jednością. a jak to się sprawdza w kontekście twórczości Juliusza Gabryela? Najczęściej chyba igrał z poetyką snu, czyli czegoś pomiędzy. (Po)mylony i (nie)pogodzony z nurtem ośmielonej wyobraźni, uciekał w onieśmielające nurty jeszcze bardziej somatyczne, schyłkowe, żeby nie powiedzieć – śmiercionośne. Niczym David Bowie na ostatnim albumie, jak się okazało, wydanym pośmiertnie, tak Gabryel w Lustrzanych fikcjach (Łódź 2018) żegna się ze swoim światem. Sklejanym z okruchów, odbijających się wzajemnie niczym magnesy o tym samym biegunie. z nieustającą nadzieją? w nowym wspaniałym świecie?

 Cięcie

Nic na to nie poradzę, że lubię piosenki o zabijaniu.
Niech ci się przyśni. Niech ci się zdarzy.
Wróciłam tylko na chwilę.
Przejechać opuszkami palców po twoich plecach.
Kiedy będziesz się odwracał, żeby sięgnąć po papierosa.
Kiedy będziesz się wycofywał. Razem ze zbutwiałym elektoratem
dzieci krążących wokół wygaszonej ćmy.
Nie. Nic mi nie przeszkadza. Nie. Nic, tylko troszeczkę.
Chcę, żebyś mnie trzymał za rękę.
Chcę się budzić w innych miejscach.
Nie potrafię spadać z takiej wysokości.
Wróciłam tylko na chwilę.
Tam, gdzie zasysa nas skaleczone niebo.
Nic na to nie poradzę, że lubię piosenki o zabijaniu.
Niech ci się nie zdarzy. Niech ci się przyśni.

(Lf)

Juliusz Gabryel za życia wydał trzy książki. Wspomnianą na wstępie czwartą zdążył jeszcze przygotować – do dzisiaj trzymam tę rozmowę na Messengerze, w której zaczynamy ustalać szczegóły publikacji w serii Biblioteki „Arterii”. Zaczynamy, ponieważ wstępnie książka była planowana na rok 2019. Nagła śmierć autora sprawiła, że przyspieszyliśmy jej wydanie, w czym pomógł crowdfunding, zorganizowany przez Stowarzyszenie Żywych Poetów Radka Wiśniewskiego.

Mówią mi poprzedni wydawcy, przyjaciele, redaktorzy i psychofani: przemyć jak najwięcej wierszy. i dostaję pliki ze skanami, zdjęciami, składami wierszy publikowanych gdzie bądź i nigdzie, bezpośrednio z dysku. Ale też notatki, zapiski, prozy, fragmenty, których nie da się jednoznacznie zaklasyfikować, z opisami z Facebooka włącznie (między innymi cykl Fleszbeków). Publikuj. Najwięcej, ile się da.

Ale to wcale nie są dyplomatyczne wybiegi i skuteczne sztuczki względem prawa autorskiego. To jedyna słuszna, sprawiedliwa i zbawiennie odświeżająca lektura wierszy poety tak onieśmielonego śmiałością swojej wyobraźni. Całość, choćby stworzona, zebrana, zderzona i zdekonstruowana z pozornie najmniej pasujących do siebie elementów: przebłysków, obrazów i intuicji, sprawdza się najskuteczniej dopiero w ujęciu pełnym. Ten kosmiczny chaos sprzeciwia się hermeneutyce, pars pro toto czy innym metodom dzielenia tekstów na fragmenty. Nigdy fragment – chciałoby się powtórzyć wbrew Różewiczowi. w opacznej zgodzie z autorem, który gra serio o najwyższe stawki, raz lepiej, raz gorzej: Wielokrotnie zmieniałem narratorów, żeby trudniej / mnie było rozszyfrować, karmić z ręki. Dzisiaj / potrafię mówić tylko w pierwszej osobie liczby / pojedynczej (Wielokrotnie zmieniałem narratorów, Hemoglobina).

Publikuj. Najwięcej, ile się da. Ta zasada, jak mało komu z poetów debiutujących po 2000 roku, Gabryelowi nie przyświecała. o książkach już była mowa (trzy na przestrzeni piętnastu lat). Ale działało to też w kontekście czasopism, i to tych dla niego przyjaznych, z okolicy wrocławsko-opolskiej. Poeta z Kluczborka oszczędnie gospodarował dorobkiem, nie narzucając go w żaden sposób. Skromnie, lecz pewnie, jakby – za Tkaczyszynem-Dyckim – chciał powtórzyć: nie oddam siebie w żadnej postaci. Czy mocniej, już swoimi słowami: Nie wchodzi się dwa razy / do tej samej trumny (tytuł wiersza w Hemoglobinie).

Właśnie: jak radzić sobie ze smutnym biografizmem jego wierszy, niepozbawionym jednak wielkiej nadziei na cuda: zdrowia, szczęścia i pomyślności? Jak radzić sobie z zanurzaniem tego poetyckiego życiopisania w nurtach ośmielonej wyobraźni? Jak somatycznie zgłębiać ich ból, który okazuje się remedium na ciemność? Nie chcę sięgać do krytycznoliterackich gotowców. Trzeba jednak nadmienić, że krytyka raczej Gabryela oszczędzała. w znaczeniu dosłownym: nie kwapiła się, by często sięgać po jego książki. Kilka osób przypomniało sobie o jego liryce dopiero po śmierci autora, zresztą na tej fali Rafał Wawrzyńczyk poczynił blurba do Lustrzanych fikcji, a Łukasz Jarosz miał to zrobić. Latarkę Gabryela, stronę poświęconą autorowi, prowadzoną przez Radka Wiśniewskiego, zaczęli odwiedzać dotychczas niewtajemniczeni w twórczość poety. Coś drgnęło.

Ale wróćmy do początków. Gabryel debiutował dzięki wygraniu konkursu na książkę Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddziału we Wrocławiu Hemoglobiną (2002). Bez niej nie da się żyć – i taki też jest ten debiut: życiodajny, pełen energii, chęci sprawczości, choć jakby zapowiada już przyszłe tragedie (poetyckie). Niech wiersz tytułowy posłuży jako przykład charakterystycznego dla tej poezji przepływu znaczeń:

Hemoglobina

materia wysłała ją
do nieodwracalnych zmian mózgu
żeby błądziła mówiąc

 

umarli patrzą na mnie
nie słyszę ich zrośniętych szeptów

 

patrzą mi na ręce

 

niebawem powrócą jak kwaśny deszcz
tym razem to oni będą mówić

 

nie możesz się opisać
być wolna od przeznaczenia
tak zapisano w genetyce gwiazd

 

ale ona nie usłyszy
ich zrośniętych szeptów

 

podniesie kawałek zeschłego kija
wbije w wilgotną ziemię
obrysuje siebie wokół
i zacznie tańczyć

(H)

I taniec śmierci będzie już w tej poezji trwał. Zresztą podmiot mówiący i śniący jest tego świadomy: Pamiętam też, że umarłem, / potem była eksplozja *** [wyrzucono nas z domu bożego…]. i wie, że to rytuał, który nie może być ostateczny: Przejdź przez / to, co umiera, ale nie gaśnie (I ten sam judasz w drzwiach). Zresztą różnego rodzaju wyładowania goszczą tu często:

 Wybrany

 

Wybrany na przejściu dla pieszych
przepływam tratwą zielonego światła
między rozpędzonymi kadłubami samochodów.

 

Chociaż wszystko porusza się w zwolnionym
tempie podwodnym. Dźwięki zostawiają
plamy, powodują zakłócenia, wybuchy

 

komórek w państwie ciała, pod ubraniem
dziewczyny o włosach jak szubienica gniazda,

 

gdzie byłem

 

przez chwilę.

 (H)

To zresztą doskonałe wprowadzenie do świata, jaki się buduje w wierszach Gabryela: na pograniczu jawy i snu, życia i śmierci, rozmyty, choć z przezierającymi ostrymi konturami. Tam, gdzie istnienie ma wizje, niemal realizuje swoje nieistnienie. Jakby sam autor próbował uchwycić tę krawędź pomiędzy, ten swoisty próg, od którego podmiot tutaj mówiący odbija się w skoku życia. i leci w zgodzie ze sobą. „Na powierzchni przez długi czas bez okna / nie potrafię udawać, za dobrze mnie znasz” – pada w wierszu *** [pożegnanie bez echa…]. a więc chodzi o naukę lepszego latania, czyli istnienia, ma więc być progres. Tylko w jakim planie, w jakiej perspektywie?

 ***

 Na końcu nie ma nagrody
jedyną zapłatą będzie świadomość
marzenia obrastają futrem
Ziemi kręci się w głowie
trzeba ażebyś zsynchronizował
oddech z prędkością światła
w jakim pobiegła przezroczysta
miniaturowa dziewczynka
rozdająca eksplodujące zabawki

 

Pan Walizka potrząsa skarbonką
podpiłowuje drewniane nogi organiczne

(H)

Dominuje (świadoma, o czym powyżej wprost) względność, nieufność w odniesieniu do poznawania zmysłowego, a jednocześnie wiara w wielką całość, kultury i natury, może nawet (nieświadomie pielęgnowane?) zalążki ekopoezji? Wiele znaków zapytania, wynikających z wewnętrznej (znowu: „?”) pewności co do ich stawiania. Ale i (znowu wewnętrzne) dialogi, ale i konstatacje na miarę sentencji. Podnoszę głowę jak rakietę kwiatów – puentuje Wyzwanie Gabryel, a w Dobrze, że nas słyszysz. Jeszcze żyjemy podkreśla: Wyklułem się z wagonu światła.

I światło będzie kluczowe w tej twórczości: zarówno to ziemskie, rozjaśniające mrok, jak i metafizyczne, budujące świadomość jakiegoś „więcej” i „obok”. Chociaż padnie przekornie: Będę trenował ciemność (Nazywam się antymateria. Kocham cię za to że jesteś). Ale to też rodzaj tęsknoty do jasności: intencji, przekazu, bytności w „tu” i „zawsze”. Listy i telegramy do wieczności. Ale, choć żarliwe, niepozbawione luzu i wolności wyboru: poezja jest za wszelką cenę, gdy ja (liryczne), rozumiejąc tę powagę, pozwala sobie na więcej przestrzeni. Niech zakwitnie / grawitacja[*** Zamieszkuję kraj…]! w to też wpisuje się paradoksalnie umieranie cudzą śmiercią (Moja mała psychodela). Jego twarz nie ma rysów i w każdej chwili może odlecieć, Ale skupia ją jedno: obsesja prawdy. Ten, który ukrywa się pod maską, jest w drodze do człowieka bez ust(Głód). Nie da się jej wymówić, nawet jeśli jednak istnieje?

Świtało tu również swego rodzaju zaangażowanie społeczno-polityczne, realizujące się w buncie i niezgodzie, nie tylko na brak prawdy z wspomnianego wyżej wiersza [*** Zamieszkuję kraj….]. Nie zamierzam posądzać autora o pionierstwo w jakimkolwiek zakresie, jego twórczość jest na to zbyt osobna; wolę jednak zasygnalizować, że istnieją w tym kraju poetyki, skupiające wiele zjawisk, otwarte na nie i czerpiące z więcej niż jednego źródła, aczkolwiek z pominięciem nudy i żmudności wertowania tekstów źródłowych.

A Bóg? a miłość, inne absoluty, kobiece i nie? Jeszcze do nich wrócimy, a raczej same będą wracać i zataczać koła, zmuszać do podpisów pod takimi właśnie wizyjnymi obrazkami.

Cyrograf

Więc zatrzymaliśmy się w tej dziwnej oberży,
nad wejściem był wyrzeźbiony mikroskop.

 

Przybyliśmy tu po szary papier, podsuwany
nam rękami o dobrze spiłowanych paznokciach,

 

kraść dzieci, wrzucać je pod pokład.
Patrzeć, jak matki chodzą po wodzie.

(L)

Po czterech latach światło dzienne ujrzały Laboratoria (Kraków 2006), książka znacznie dojrzalsza i spójniejsza, bardziej wizyjna, ale mniej wizjonerska: skupiona na konsekwencji obsesji i (tym razem niekoniecznie obsesyjnych) detalach. w Świętokradztwie autor zdradza tajniki takiego warsztatu: Wystarczy się odpowiednio skoncentrować i żadna ściana / nie trafi na opór, ale zacznie się obracać Układ planet w poetyckim świecie Gabryela zostaje więc niejako uporządkowany. Na obraz i podobieństwo? Od razu sam zainteresowany zaprzecza: Nie podawajcie mi lustra, / wasza śmierć nie będzie dla mnie dobra (Donos).

Tysiące myśli w strumieniu: Na przykład jak być gwiazdą. Potoczyć się jak kamień, / być lżejszym od wody, nabrać szybkości // i stworzyć ścianę (Sen elektroniczny). i potem (Katatonia, czyli krótki film o zapaści):coś jest nie tak, / bo ściany nie ma, jest gigantyczne niebo. Ten świat nie może mieć inny granic niż forma (danego wiersza). To nie będą preparaty (jak w wierszach pewnych przereklamowanych poetów), tylko żywe tkanki, z których formują się nowe życia i śmierci; o włos od śmierci, / na łokieć od miłości(Pingwin):

 Laboratoria

 1.

Ciała zatopione pod powierzchnią
formaliny duchów. Patrząc przez
ich szkło, próbuję przywołać
właściwy kolor powietrza.

 

2.

Cudownie byłoby dostać
nowe klatki piersiowe,
klatki napędzane energią słoneczną,
i czekać, aż kobiece dłonie
na powrót zaczną masować
nasze serca – odpakować
taki prezent.

 

3.

Orgazm we śnie, we mgle.
Serce w kolanie, w dwóch
miejscach naraz, po poręczy
próchniejących kości.
Brakowało cukru i mleka.
Nawet laski starców
pękały na pół
po pozostałościach
lodowca. Lodówki na szyfr
zamiast sejfów. Banki
całe ze szkła.
Woda na wagę złota,
zupełnie jak szpik.

(L)

Ale z drugiej (czyli której?) strony skóra dziewczyny przysługuje nicości (Matka zastępcza, jesień). w tym wierszu i w Naświetlaniach głośniej wybrzmiewa motyw matki, w debiutanckiej Hemoglobinie jedynie nieznacznie zarysowany. Niezmiennie w jasności, nawet tej najbardziej przyziemnej, również występującej jako niemal rodzinne ognisko: Iść w kierunku wystaw sklepowych, ogrzać się w ich świetle (Noce na wiersze, skórę na wosk). Historie prywatne narastają, nadbudowują się wzajemnie, z wiersza na wiersz krystalizuje się stabilny puls tej poetyki, czego świadomy jest podmiot: Lubię powtarzać finezję, / nucić ją jak dekret (Piosenka dla Sensory). i dalej, w analogicznym duchu:„Wiersz jest jak ryba, ślizga się w rękach / i płetwą maluje mi czerep.

Gabryel wręcz staje się własnym ghostwriterem, zmuszony wypożyczać tchnienie, pokój na kilka cieni (Ghostwriter). Przymus można wreszcie utożsamić z pogodzeniem, w obliczu (co najmniej) rozdwojenia jaźni podmiotu? w sukurs przychodzi liryczne „ty”:

 Pojednawczy strzał

Jeśli uznałeś kogoś za przyjaciela, nie popełnij grzechu
nazwania go. Możesz tego żałować, gdy przyjdzie chwila próby.
Jeśli uznałeś kogoś za skurwysyna, nie popełnij grzechu
nazwania go. Możesz stracić przewagę nad zdemaskowanym.

 

Jeśli zostałeś skonstruowany nie jako człowiek,
ale jako pocisk, to dym o smaku mleka
porusza młyn cukrowy w piersi.

 

Wiatr bierze nas w krzyżowy ogień.
Pilnuj tego wiatru jak trzeciego oka.
On rozerwie kokon i będzie podróżował przez kosmos.

 

Myślę: trzydzieści lat świetlnych.
Myślę: detal szczegółu, ostrość ta sama,
lekko przesunięta w inny wymiar.

 

Myślę: pszczoła w bibliotece, rozgardiasz.

 (L)

Czyż to nie jest pożądany porządek? Absolutny, pewniejszy niż kiedykolwiek? Metafizyczny? w Drzewie Gabryel dookreśla religię wykreowanego przez siebie poetyckiego świata: Pieprz Ojców Kościoła, mały. / Znajdź sobie małą i pomódl się do niej. i precyzuje jej dogmaty w Zasłonie: Wkręca Cię to, powiedz, że Cię to wkręca. Wystarczy podejść bliżej, zobaczyć ciemne w środku jasnego. i zrozumieć (Kiedy podchodzę bliżej). a potem można snuć mniej lub bardziej szalone, wielogłosowe wizje; bezpretensjonalnie i bezkarnie, ale jak!

***

Jeśli zapytaliby go o godzinę, odpowiedziałby:

 

Jezus ma. Trzy miliardy. Karawan i biurko
z miękkim fotelem, utoniesz…

 

A chłopiec?

 

Wieża ciśnień. Zbliżenia są ohydne.
Nie wiem, kto wywoływał ten film.
Wolałbym duchy, śmiejące się skrzynki,

 

dziewczynki.

(L)

Śmierć i dziewczyna? a może dziewczynka? Obsesje, które nie mogą się od siebie uwolnić, ponieważ wzajemnie z siebie wynikają. Ponieważ bez nich wiersz byłby niemożliwy, choć z nimi ledwie znosi swój ciężar. Pisanie w tonacji serio niesie ze sobą podobne zagrożenia. i to niesie je również pod prąd, niezależnie od wolności podmiotu, co dalej bada różne wysokości i odległości w locie, bada się na choroby żywiołów fizycznych i metafizycznych, które go fascynują i próbują zniewolić, a które literalnie przejmuje jako świadomy swojej ułomności demiurg: Weselę wesołym miasteczkiem. / Karuzelę karuzelą w kalejdoskopie (Kiedy podchodzę bliżej). w ilu boskich osobach? Czy też w osobach nieboskich?

Jestem jak dwóch

1.

Jestem jak dwóch cmentarnych bobsleistów.
Wyhodowałem sobie diabełka, a on
mnie zjadł. Kapsuła,

 

kapsułka połknięta przez światło.

 

Musi być przed zachodem słońca,
bo chcę przygotować w sobie
przestrzeń na powolne zapadanie

 

ciemności.

 

2.

Jestem jak dwóch cmentarnych bobsleistów.
Wpuszczam szron do automatu
i powoli wystukuję jej numer.

 

A ona jest cała ze ściany,

 

z języka.

 (PL)

 Ściana jako język, język jako ściana. Niezmienny brak zgody na tak sztuczne w rozumieniu poety z Kluczborka granice postrzegania i pojmowania świata. Dlatego potrzebny jest lek: wydany po dziesięcioletniej przerwie Płyn Lugola (Brzeg 2016). i mogę podkreślić z pełnym przekonaniem: opus magnum Gabryela. Otwiera je, przekornie i przezornie, elegia-telegram Madżong. Ale potem wracają charakterystyczne dla autora zmagania światła z cieniem, próby uchwycenia tego, co jest żywe i fascynujące, choćby nawet niezdrowo, czasem zbyt niezdrowo:

Czarny

Aniołku cały w kroplówkach.
Ile już czasu tak leżysz
na taśmach, projekcjach, tęczówkach?

 

Aniołku ulepiony z trucizny.
Ten zapach to zapach wosku.
Ten zapach to zapach zamilknij.

 

Poczułem chemię na języku zamiast Boga.
(Szybko się męczy to medium.

Szybko potrzebuje świeżego mięsa).

 

Więc bierze zastrzyk i rozpuszcza duszę w soli
zamiast w wodzie. Ona (ta dusza) przeszuka nas
jak niemiecki celnik.

 

Poczułem chemię na języku zamiast Boga.
(Doszedłem do tego, co najbardziej boi się zasnąć).

 

– Czy czujesz to powietrze morowe?

 

– Czarny dym zajechał mi drogę.

 

Uważaj na lizaki!
Uważaj na lizaki!
Uważaj na lizaki

 

drogowe.

 (PL)

Motyw kontroli, także wydajności wiersza jako organizmu (Kacper Bartczak?), pokazuje siłę. Zresztą w przedstawieniu relacji również pojawia się więcej podejrzliwości, ale i dokładności zarazem: podajemy sobie dłonie, jakbyśmy się badali (Pierwszy wiersz dla Lou). Tak, ponadto liryczne „ty” w kobiecej postaci otrzymuje imię. i zaczynają przemawiać głosy wprost (które zawładną również Lustrzanymi fikcjami): Podłączyłeś się do jednego wielkiego Boga (Ambrozja. Głos 1.11.2008, motto z Sajgona Sajgona, zintegrowane z autorską poetyką). Głosy datowane, jakby zbierane od lat, by wybrzmiały w jednym chórze, gdy nadejdzie właściwy czas.

Choroba meta i metafizyki zawładnęła tą poezją. Biblia przetwarza się i przekracza na naszych oczach: Ciemna dolina zła się nie ulęknie i najwyżej pęknie (znowu Ambrozja…). a język pędzi jak szaleniec, jak choćby w quasi-poemacie, zatytułowanym – nomen omen – Wyluzowałem. Nie cykam się: Urajam sobie roje języków, / wywołuję burze podczas zaburzeń. i dalej, żarliwie, w ucieczce przed nieuchronną śmiercią: Muszę bez przerwy mówić. Jestem otwartą raną i nigdy się nie zamknę. / Muszę bez przerwy mówić, nawijać zerwaną taśmę życia.

I wraca matka, badana w litanii, niczym odczytywana w duchu chrześcijańskim Narnia: Twoja Matka jest najbardziej cicha / gdy śpi w ogromnej szafie z nagimi wieszakami (Wiersz dla Sajgona Sajgona). Właściwie nie ma tutaj ani krzty humoru – chodzi o obszerność nawet pozornie najbardziej ciasnych i dusznych przestrzeni; o to, by świat w obliczu umierania nie skurczył się do dokuczliwych rozmiarów, by odpowiednią ilość miejsca mogła zagwarantować choćby pustka. Inne ciało?

Przemieszczenia

 

Od kiedy myślę innym ciałem,
ciało boże rozpuszcza się w ustach kobiet,
ścieka im po gardłach, a potem po udach.
Dlatego drżą im kolana, gdy odwracają się od ołtarza.

 

Od kiedy myślę innym ciałem,
zawsze jest jakieś dziecko w drodze. i widzę
chłopca z nożem słońca przypiętym do plecaka.
Mówię „ojciec” i pęka mu łańcuch w rowerze.

 

Od kiedy myślę innym ciałem,
kojarzę ciebie z głowy. Orzesz ty, orzeszku
pęknięty na dwoje, otwarto powoje zmierzchu,
srebrne bramy siwizny. Dziadku z latawcem, dokąd lecisz?

 

Otwórz usta jak na fotelu dentystycznym.
Otwórz najszerzej jak potrafisz.

 

Wtedy będziesz nas dobrze słyszał.

(PL)

Zabiegi na otwartych złamaniach i zakłóceniach języka, przemieszczenia zmysłów i znaczeń. Bogactwo coraz bardziej oderwanej od rzeczywistości wyobraźni, a przecież tej rzeczywistości łaknącej, w dowolnej postaci. Aż w wierszu Trzy pada diagnoza, którą można utożsamiać z ars poetica Gabryela: Jestem bezstronny. w niczym nie znajduję oparcia. i dalej, pomijając kolejny głos, kolejną kursywę podszeptów z równoległych światów: Jednak połyka mnie przestrzeń, jak wahadełko. / Sól morza maszeruje przez gardło pod językiem iskier. Samotność wiersza na pełnym morzu, samotność wiersza w pustym powietrzu. Dlatego też  „ja” znowu się multiplikuje, obecność jest sprawą życia i życia (i życia, i życia): Przybędziemy do ciebie we czterech. / Ja, Cyprian, Kamil // i Norwid (Wiersz dla Kwiatuszka). Wreszcie pierwsza strofa wiersza tytułowego, którą można traktować jako ostrą puentę:

to ostatni zastrzyk. wybierz sobie miejsce jakie chcesz
nie dobijaj mnie bo ci oddam
jestem prostym człowiekiem
wiele rzeczy przeszło przeze mnie
albo odnalazło we mnie spoczynek
wielu rzeczy doświadczyłem zanim zrozumiałem
że jestem prostym człowiekiem

Ale Gabryel nie byłby sobą w żadnej osobie, gdyby nie odwrócił się plecami do życiodajnego lustra; nie wchodził w konszachty z jasnymi mocami, gdzie – znowu opacznie – tytułowy Lcfr jawi się niczym rewers JHWH. i jeszcze ta wyślizgująca się ryba (cytuję w całości drugą strofę):

wchodzę do chłodni. rozgrzewam ścięte białka ich oczu, konszachty,
żeby przejrzeli, i oni przeglądają się w lustrach,
otwierają tam więcej okien. krztuszę się,
słyszy mnie wszechświat, anteny satelitarne
koncernów farmaceutycznych, to nic, mówię, macham ręką
i anteny zmieniają położenie, to nic, mówię,
to tylko ość, bo podzieliłem ich jak ryby.

 

uderzam nożem o widelec, błogosławi mnie papież błyskawic.

Czyż tytuł kolejnej książki, znowu przekornie, nie wynika z tak ustawionych i przestawianych odbić oraz przebić? Lustrzane fikcje jak na razie domykają ten skromny, ale jakże obszerny tematycznie, znaczeniowo i emocjonalnie dorobek. Skutecznie i symbolicznie:

Pierwszy

A kiedy wszystko się skończy
nie będę musiał oglądać twojej śmierci

 

żadna śmierć mnie nie obejdzie
żadna śmierć mnie nie obejmie

 

nie dotknie mnie

(Lf)

Zabiegi nie stają się wcale bardziej mechaniczne, mimo że jest ich więcej i boleśniej reagują na nie wiersze. Finezja jakby też trzymana jest na postronku, wyobraźnia pilnuje się wizyt, wyznaczonych przez specjalistów. Ale to wciąż kawał poezji, niezłośliwy przerzut światła. Na poważnie, ale ze zdrowym dystansem do chorób współczesności i języka, który prowadząc, jest prowadzony. Ponieważ to zawsze co najmniej dwukierunkowa zależność, błogosławieństwo w przekleństwie i vice versa:

Przejście

Proszę się o nic nie martwić.
Przeprowadzamy operację na pełnym morzu.
Za chwilę zaleje pana gwiazda.
Ciekły metal, początkowy wybuch

 

słońca.

(Lf)

Niezmiennie pozostajemy w rzeczywistości, w której wielkie wybuchy stanowią kolejne początki, nowe otwarcia. a może to po prostu końce nicości? Albo szerzej – te najważniejsze momenty przejścia, odbicia, wybicia, odniesienia i przeniesienia w wieczne trwanie? Dopiero wcelowanie w nie gwarantuje jakiś rodzaj pełni, choćby w lustrzanym odwzorowaniu, a także w zniekształceniu.

Nie rozpisuję się dalej, zacząłbym się powtarzać, przetwarzając poprzednie rozpoznania. Owszem, widać, choć niekoniecznie wyraźnie, jak na przestrzeni kilkunastu lat zmieniała się i ewoluowała poetyka autora. Gdy w Płynie Lugola osiągnęła niejako optimum, Lustrzane fikcje na dłuższą metę stanowią jego kontynuację. To samo ufne, choć łagodzone dystansem, podejście do materii wiersza, z pełną świadomością nieuchronności tej właśnie formy w tej właśnie treści (serca, żołądka i mózgu – w takiej nieracjonalnej kolejności). Ten sam sarkazm rozliczeń chorobowych i psychicznych, kolejne sny i dialogi z istniejącymi lub nie lekarzami oraz towarzyszami niedoli i roli.

Tylko czy to nie zbyt łatwe, oczywiste, a przez to krzywdzące dla tej poezji, by bezustannie czytać ją i interpretować jako historię choroby? w szerszym planie pełna zgoda: praktycznie każdy projekt poetycki rozpatrywany całościowo to opowieść o jakimś braku, kompleksie, upadku, rekompensującej je równoległości. Ale tutaj, gdy tropy farmakologiczne są prawie tak jasne jak patronujące tym wierszom wejścia i wyjścia, istoty i rzeczy?

Jak zwykł zauważać Dariusz Pado, również poeta, a prywatnie przyjaciel autora: nie tędy droga. Praktycznie u żadnego współczesnego poety nie da się znaleźć tyle światła i nadziei. i to nie zapisanych, a jakby obecnych w samych wersach, frazach, obrazach – cząstkach elementarnych, niewidocznych na pierwszy rzut oka, choć od razu wyczuwalnych. Zmysł czucia stanowił tu istotny punkt odniesienia i przeniesienia znaczeń i odznaczeń rzeczywistości krzywionej i prostowanej w tych zapiskach, improwizacjach, refrenach, dialogach z nienazwanym, acz nieuniknionym. To więc jasna strona mocy, nawet jeśli jej zdjęcia – obrazy w tych wierszach wydają się prześwietlone i bardziej przypominają te rentgenowskie.

Jednak musi paść pytanie, by zaraz potem pojawiło się dementi. Czy Juliusz Gabryel był zaklinającym rzeczywistość i wyobraźnię naturszczykiem? Nie, był poetą. w pełnym, zarówno dostojnym, jak i naiwnym, znaczeniu tego słowa, tego stygmatu, bierzma, ciężaru i lekkości w operowaniu jeszcze trudniejszymi określeniami pełni i pustki. Tyle i aż tyle.

Zresztą czym może być poezja, jeśli nie świadomą lub nadświadomą gospodarką pustkami i pełniami; ucieczką od złotego środka, który mami symetrią? Paradoks wierszy Gabryela polega właśnie na tym, że szukając tej wewnętrznej granicy, opowiadał się za jej doraźnym znoszeniem. Unieważnianiem w rytmie wiecznego łaknienia prawdy, dla której brakuje miejsca zwłaszcza w świetle:

Piosenka na dobranoc

Będę stał przy drzwiach.
Poproszę ciebie o ogień.
A resztę sobie dośpiewaj.

(wn)

Zastosowane skróty: H – Hemoglobina, L – Laboratoria, PL – Płyn Lugola, Lf – Lustrzane fikcje, wn – wiersz niepublikowany. w wierszach wprowadzono drobną korektę interpunkcyjną i ortograficzną. Dziękuję Radkowi Wiśniewskiemu za udostępnione materiały, bez których ten tekst byłby uboższy i ciemniejszy.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Rafał Gawin, Juliusz Gabryel jako brak miejsca na Ziemi. Na motywach subiektywnie wybranych wierszy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 24

Przypisy

    Powiązane artykuły