31.07.2019

Wilhelm Gustloff

Kiedy dotarli do portu, wielki motorowiec „Wilhelm Gustloff”, niegdyś duma Rzeszy, teraz nadzieja tysięcy na ocalenie, odbijał właśnie od nabrzeża. Przerażony wuj w napadzie czy to paniki, czy rozpaczy, chciał się dostać na statek wpław. Ledwie go powstrzymano. Gdy przestał krzyczeć i złorzeczyć, zaczął płakać. Wszyscy za nim, dorośli i dzieci, zgodnie usiedli na tobołkach i płakali. Przeciążony uciekinierami ich ostatni ratunek, wokół którego uwijały się zwinne holowniki, niknął powoli w mroku. Łoskot maszyn stawał się coraz cichszy, huk armat coraz głośniejszy. Od strony lądu ciągnął swąd spalenizny. Nabrali trochę otuchy, gdy zobaczyli przycumowany nieopodal stary krążownik. Nie trwała ona długo. Okręt wojenny niezabierał cywilów. Zresztą nie wyglądał najlepiej. Jak się dowiedzieli, uszkodzony podczas bombardowania w Pillau ledwie płynął o własnych siłach i teraz czekał na trałowce, które miały go wyprowadzić w morze. Wiózł jakiś ważny ładunek, o którym marynarze mieli zakazanemówić.

Rodzina była zacna, niemiecka, gdańska, ewangelicka, kupiecka, od pokoleń osiadła w Bischofsbergu. Sklep mocą tradycji i wierności klienteli funkcjonował doskonale. Co prawda lepiej przed wojną niż w jej trakcie, ale nikt nie narzekał, bo choć do fortuny było daleko, to nikt nie wiedział, co to bieda. Gdy na ulicach zaczęło przybywać młodzieńców w sztylpach i mundurach o kolorze kloaki, gdy coraz trudniej było znaleźć latarnię wolną od czerwonej szmaty z połamanym krzyżem, gdy z rozwieszanych coraz liczniej głośników nie dochodziło nic innego niż dziki bełkot na przemian z marszami o rytmie wybijanym cepem, uznano, że choć nie jest dobrze, to jednak trzeba sobie radzić. Radzić roztropnie i nie zapominać o ostrożności. Gdy trzeba, dmuchać na zimne. Dlatego nie było ich na Długim Targu, gdy polski hydroplan zrzucił bomby w tłum przedwcześnie świętujący zwycięstwo, bo kto to widział takie rzeczy w nocy. W nocy się śpi, a wstaje wcześnierano.

Z czasem ubyło mężczyzn. Został tylko wuj, inwalida postrzelony ciężko podczas oblężenia Liège. Za to przybyło grobów. Zimy były coraz sroższe. Na niebie coraz częściej pojawiały się obce samoloty. Wuj mówił, że trzeba sprzedać dom, choćby ze stratą, zamknąć sklep i wyjechać. Kupić mniejszy dom w małym mieście, albo lepiej na wsi, otworzyć oberżę albo cokolwiek. To się kiedyś musi skończyć. Nie będzie trwać wiecznie. Ewentualnie się wróci. Albo nie, jeśli nie będzie do czego. Nie zawsze przecież mieszkali w Gdańsku. Mieszkać można gdziekolwiek. Jak to nie w Gdańsku? Od dwustu lat mieszkają w Gdańsku!     I jak to teraz wszystko zostawić? Grobów z cmentarza na Wonnebergu nie zabiorą przecież z sobą, a jak opuścić zmarłych? Zostawcie umarłych umarłym swoim – powtarzał wuj.

Nie usłuchali wuja, choć sączony przez niego codziennie jad zwątpienia zrobił swoje. Zaczęli się wahać. Ale jednak nie. Zdecydowanie nie. Nie, nawet wtedy, gdy już otwarcie mówiono o ewakuacji, a ten i ów z sąsiadów czy stałych klientów przychodził się pożegnać. Wreszcie wszystkie tamy pękły i nie było się już nad czym zastanawiać. Przestali czuć i myśleć, dali się porwać pędowi bezładnej ucieczki, który nawet kulawego wuja zmusił do rozpaczliwych podskoków. Ruszyli w stronę Gdingen. Tak zawsze mówili. Dla nich, gdańszczan z dziada pradziada, to było Gdingen. Urzędowe Gotenhafen parzyło im usta i raniło uszy. Do Gdingen, nim stało się polskie, jeździło się czasem na wędzone węgorze. Gdy na powrót stało się niemieckie, nie jeździło się wcale. Teraz nie było wyboru. Albo Gdingen, albo to wszystko, co gorsze od śmierci.

Spóźnili się. Oni, którymi od zawsze rządził zegar, spóźnili się. Oni, u których punktualność była najwyższą cnotą, spóźnili się. Dął mroźny wiatr, zacinał śnieg. Skuleni siedzieli na nabrzeżu w tłumie wcześniej oszalałym, teraz apatycznym. Zadymka i mrok co chwila zabierały kogoś. Ten odchodził, ten się gdzieś chował, inny znikał w ciemności. Tu i ówdzie błysnął ognik papierosa. Ten i ów spojrzał w jego stronę z zazdrością.

Gdy ze świtem zdecydowali iść na los szczęścia w kierunku Lauenburga i już zaczęli rozglądać się za jakimś wózkiem, za który gotowi byli płacić złotem, z mgły wyłonił się najpiękniejszy widok, jaki mogli sobie wyobrazić. Był to nieduży frachtowiec, na który w pośpiechu ładowano jakieś skrzynie. Tłum, zrazu osłupiały, ruszył w jego stronę. Na trapie byli jednymi z pierwszych. Statek kołysał się, piszczały oblepione soplami stalowe liny. Po jakimś czasie silniki zawyły na najwyższych obrotach, a śruby zaczęły miesić czarną maź wody, ropy, oleju…

Statek – czego nie wiedzieli – po ominięciu półwyspu nie skręcił na zachód, lecz popłynął na północ, a potem zatoczył wielki łuk i skierował się ku wybrzeżom Danii. Siedzieli pod pokładem obok dziesiątków takich jak oni, pozbawionych wszystkiego oprócz nadziei. Modlili się cicho, wuj próbował śpiewać psalmy, ale głos mu się łamał i święte słowa wracały do krtani. Było ciemno. Zaklejone czarnym papierem iluminatory przepuszczały niewiele światła. To, które do nich docierało, było siwe i wszystko wokół przyprószone było tą dziwną, trupią siwizną. Płynęli dzień, noc, dzień…Tak dotarli do Lubeki, którą pod koniec kwietnia zajęli Brytyjczycy. Wtedy w bardziej wygłodniałym niż zniszczonym mieście pojawiłsięchlebkotłyzupą.Dajciemipięćlat,niepoznacieNiemiecpowtarzałwuj.

Tacy jak oni, choć nie oni sami, dali więcej niż pięć lat, dali dwanaście, i teraz nie poznawali Niemiec. Nie poznawali nawet samych siebie.

W Lubece dowiedzieli się, że wielki motorowiec „Wilhelm Gustloff”, flagowy statek floty pasażerskiej, zatonął storpedowany w dwie godziny po wypłynięciu przez sowiecką łódź podwodną. Z dziesięciu tysięcy uciekinierów nikt się nie uratował. Z początku szeptano, potem już mówiono o tym głośno. Podobno nie wszyscy utonęli. Podobno eskortujące statek torpedowce i poławiacze min uratowały sto, dwieście, tysiąc osób. Podobno szalup nie można było spuścić na wodę, podobno szalupy same się urywały, podobno ludzie wypadali za burtę, podobno nie mogli się wydostać na pokład, podobno ginęli od wybuchów i w pożarze, podobno konali w lodowatej wodzie, podobno Rosjanie do nich strzelali, podobno oni strzelali do siebie, podobno dusili się nim potonęli, podobno morze między Leba a Stolpmünde do dziś wyrzuca na brzeg przerażające, skamieniałe niby słupy soli zwłoki topielców. Chowa się je chyłkiem, żeby nie siaćpaniki.

Matka płakała. Nad umarłymi? Nad ocalonymi? Nad sobą? Nad nimi? Nad światem? Wuj milczał. I wtedy stało się coś, czego przez kolejne lata nikt nie potrafił ani zrozumieć, ani wytłumaczyć. Każdy o tym wiedział, choć nikt o tym nie mówił. Wszyscy zaczęli się spóźniać. Matka, wuj, obie kuzynki, siostra babki, dzieci starsze i młodsze. Wszyscy. O minutę, o kwadrans, o godzinę, i nic już nigdy nie stało się o swoim czasie, nic nie było już jak wcześniej. A gdy wreszcie osiedli, jak chciał wuj, w niewielkim miasteczku koło Getyngi i kupili pierwszy zegar, długo nikt nie ośmielił się gonakręcić.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Ćwikliński, Wilhelm Gustloff, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy