31.07.2019

Wraki

Pierwszym samochodem w moim życiu był czarny Opel Kapitan pana Gryszkiewicza, najwytworniejszy samochód w moim miasteczku, przedmiot skrywanej i nieskrywanej zazdrości wszystkich, czyli nielicznych, właścicieli dwuśladów marki Moskwicz, Warszawa i P-70. Miałem wtedy kilka dni. Pan Gryszkiewicz, mąż zaprzyjaźnionej z moją rodziną pani Feli, podjechał pod powiatowy szpital, w którym się urodziłem i gdzie wyraziłem pierwszą wobec tego faktu, stanowczą i donośną dezaprobatę. Nie miałem wtedy imienia, tylko numer; byłem szóstką. „Szóstka krzyczy” – notowano nieodmiennie w dzienniku służbowym oddziału położniczego i wieść tę przekazywano z ust do ust aż na najodleglejsze zakątki szpitala, zapewne niepotrzebnie, bo i tak wszędzie było mnie słychać. Krzyczałem przeraźliwie, buntując inne noworodki, które darły się wraz ze mną jakby ze skóry obdzierane. Przewidywałem, że nie będzie dobrze. Nie pomyliłem się. Drogi wtedy były prawie puste. Prędzej spodziewać się było można wozu konnego z pijanym woźnicą i trzeźwym koniem niż samochodu. Mało kto miał wtedy samochód. Transport kołowy zapewniały przypominające lokomobile, sapiące i śmierdzące autobusy Jelcz, niekiedy dostojnie przetaczał się ulicami, niby zjawa z innego świata, dalekobieżny Leyland. Czarny Opel Kapitan pana Gryszkiewicza był też drugim samochodem w moim życiu. Dwa miesiące później, spowitego uroczystym kokonem spienionych falbanek, powieziono mnie nim do kościoła. Spętany poduszką i setką fatałaszków niezdolny już byłem protestować. Fakt ochrzczenia mnie przyjąłem z obojętnością, jeśli nie rezygnacją. Zachowało się zdjęcie zrobione wówczas przed kościołem. Z wszystkich widocznych na nim osób żyję tylko ja. Także ujęty w drugim planie czarny Opel Kapitan pana Gryszkiewicza, jakby śladem swego właściciela i w zgodzie z naturalnym porządkiem rzeczy, któremu nikt i nic oprzeć się nie zdoła, na wolnym biegu, bezszelestnie stoczył się w nieistnienie. Nie rdza go pożarła. Padł łupem czasu. Co stało się z jego smutnym truchłem, nie wiem, choć może jego duch, niewidoczny dla mnie, wciąż jeszcze stoi przez niedużym domkiem przy Narutowicza, tuż przed przejazdem kolejowym, a niewidoczny dla mnie duch pani Feli zaprasza na porzeczki i dziwi się, że nie wchodzę.

Początkowo mieszkaliśmy u dziadków. Tam kończył się asfalt, a zaczynała polna droga wiodąca ku Małej Woli, a potem, przez las, do Raciążka. Pamiętam tylko konne zaprzęgi, a raczej do dziś słyszę nagły huk żelaznych obręczy kół spadających gwałtownie z asfaltu w piach, lub odwrotnie, wdzierających się ze zgrzytem z piachu na asfalt ulicy Widok.

Na drodze pełno było kul dymiącego końskiego łajna, które po deszczu płynęło rynsztokami niby żółtobura fala; przybierające na wodzie fantastyczne kształty barwne plamy benzyny były rzadkie jak diamenty. Nie pamiętam samochodów. To nie znaczy, że ich nie było. Były. Widywało się przecież uzdrowiskowe karetki Nysa, dostawcze Żuki, podziw i grozę budził strażacki Star, ciekawość milicyjny radiowóz Warszawa z kogutem na dachu, czarną Wołgą przemierzał miasteczko siekierą wyrzeźbiony sekretarz partii, „tylko” Octavią dyrektor uzdrowiska, pewien lekarz, inwalida, jeździł Mikrusem. Proboszcz nie miał samochodu, jeździł rowerem. To nieprawda, że nie pamiętam samochodów. Pamiętam, bo przemykają zakamarkami zamierzchłej przeszłości w niej już tylko obecne Lincolny i Taunusy dolarowych gości kurortu, ale tak one, jak niespotykany, zdumiewający NSU Prinz 1000, którym jakiś kuracjusz zajechał przed nieistniejący już dziś budynek sanatorium

„Julianówka”, utknęły gdzieś na peryferiach pamięci, na wąskim obszarze jej styku z niepamięcią, niegodne sięgać dalej, do miejsc obdarzonych przywilejem niczym nie zmąconego, niemal wieczystego trwania. Nawet błyszcząca metalicznym lakierem, nowiutka wówczas Simca 1500, którą przyjechał z Łodzi znajomy ojca i pozwolił mi siedzieć w niej i naciskać klakson, nie dostąpiła tego zaszczytu, ja bowiem, niby udzielny władca, tylko ja wyznaczałem lenna w tym nieistniejącym królestwie. Nie wyznaczałem ich kapryśnie i nieroztropnie, nie, ale jak głęboko tajemnicze były moje decyzje, dostrzegam dopiero dziś.

Gdy w połowie lat sześćdziesiątych prawie doszczętnie wykarczowano słynny przed wojną sad Szylera, o którego dawnej świetności melancholijnie zaświadczać miała potem samotna jabłoń, i wzniesiono tam trzy komunalne, czteropiętrowe klocki, wprowadziliśmy się do jednego z nich. Powoli niewielką przestrzeń między jabłonką, trzepakiem i śmietnikiem, przestrzeń naszych zabaw i naszych nieokiełzanych fantazji, zawłaszczać zaczęły samochody. Pan Szwarko kupił Moskwicza, pan Dyjeciński Syrenkę, pan Krajewski Wartburga. Stukot kopyt końskich stawał się coraz rzadszy, łomot spalinowych silników coraz częstszy. Po jakimś czasie pojawił się pierwszy Fiat 125p, po nim pierwszy „maluch”, ale w moim królestwie nie było dla nich miejsca, nie na nie spadły moje monarsze fawory.

Halę targową w centrum miasteczka wzniesiono jeszcze przed wojną. Chodziłem tam z babcią, która od przybyłych zza Wisły kobiet kupowała masło owinięte lnianym płótnem lub liściem chrzanu, twaróg o kształcie klina w śliskim pergaminie i wiele innych przepysznych specjałów, która wszystkich tam znała i z każdym prawie rozmawiała, do której łysy jak kolano pan Plebanek zwracał się budzącymi moją wesołość słowami: „łaskawa pani dobrodziejko”. Chodziłem tam chętnie z powodu, o którym babcia nie miała pojęcia, oto bowiem po prawej stronie od głównego wejścia, tuż przed sklepem rybnym, stał mroczny przedmiot mojego dziecięcego pożądania: czarne DKW F8. Nikt nie wiedział, do kogo należało, więc było moje. Wziąłem je sobie.

DKW, zwane pieszczotliwie „dekawką”, stało tam od zawsze. Stało i nie ruszało się. Porzucone przez uciekających przed Sowietami Niemców zamarło w absolutnym bezruchu i trwało w nim dwadzieścia lat. Zniosło wszystko: mrozy i upały, zadymki i gradobicia. Zamykałem oczy i czułem przytulne ciepło wnętrza, zapach skórzanych foteli, kurz lekko kręcił w nosie, więc kichałem dwa razy, jak należy, potem włączałem silnik. Mruczał przyjaźnie, światełka stacyjki migały jak magiczne oka, wycieraczki miarowo przesuwały się po szybie. Lewa ręka swobodnie na kierownicy, prawa na zakończonej czarną kulką dźwigni biegów. Obie nogi zajęte naprzemiennym przydeptywaniem pedałów. Ruszam ostrożnie, skręcam w Stolarską i tam nabieram prędkości. Szybko skręcam w Strażacką, z niej w Przejazd, bo jadę do ciotki Ady w odwiedziny. Od niej dostanę pięćdziesiąt groszy i kupię sobie lizaka. Babcia szarpie mnie za rękę jakby nie widziała, że właśnie prowadzę. Trudno. Chwilowo muszę ustąpić. Gdy wieczorem zasnę i gdy obudzę się w nocy, „dekawka” będzie stała przy moim łóżku, migaczem da znak, że wszystko w porządku i mogę spać dalej. Ale pewnego letniego dnia zniknęła. Dwa perszerony powlokły ją w nieznane. Wysoki, stary mężczyzna w butach z cholewami, sprzątacz i stróż nocny w jednej osobie, starł miotłą wszelkie po niej ślady, a na koniec, na miejsce, w którym tyle lat stała, chlusnął wodą ze szkopka. Wprost w moje serce.

Dziadek kierował działem fizykoterapii. Miał swoje przypominające warsztat biuro na zapleczu ogromnego, wzniesionego na początku lat dwudziestych budynku zakładu przyrodoleczniczego nr 2. Dziś jest tam hotel a la mode americaine. Nie lubiłem wchodzić głównym wejściem, koło portierni, przez rozległy hall z fontanną i palmami. Wolałem iść dalej, ku wielkiej, żelaznej bramie, by tamtędy, mijając mężczyzn w długich fartuchach pchających platformy z kadziami borowiny, przejść kawałek w lewo i przez wydobywającą się z kotłowni ścianę pary, dojść wprost do dziadka. Był po temu istotny powód. Potężny samochód ciężarowy Henschel-Hanomag, typu – jak mi się zdawało – wojskowego, bez kół, z wypatroszonym silnikiem, szoferką krytą strzępami brezentu, metalowym szkieletem skrzyni. Dostać się do niego nie było łatwo. Dostępu doń broniły zasieki zielska i pokrzyw, barykady pordzewiałego złomu, zwały desek i gruzu. „Dekawka” służyła miłym i odprężającym przejażdżkom, Hanomag był od ciężkich i odpowiedzialnych zadań. Pokonywałem nim zawrotne odległości, przemierzałem bezdroża dżungli i piaski pustyni, przejeżdżałem brody, urwiska i mające się zaraz zawalić mosty, pędziłem pośród zamieci po zamarzniętych równinach. Silnik wył na najwyższych obrotach, ciężarówka trzęsła siępodskakiwała na wykrotach, trzeszczało zawieszenie, nieraz koła traciły przyczepność, ale ja nie mogłem się zatrzymać, bo właśnie wiozłem amunicję na pierwszą linię frontu, ewakuowałem rannych, dostarczałem głodnym żywność i chorym lekarstwa, poszukiwałem zaginionego w lodach Arktyki generała Nobile, o którym opowiadał mi dziadek. Kierownica była wielka i trudno było nią poruszać, zardzewiały pręt, który kiedyś był dźwignią biegów, dawał się przesunąć tylko siłą wyobraźni, wypaczone siedzenie uwierało boleśnie, smród zgnilizny przyprawiał o wymioty. Ale ja nie mogłem się poddać. Beze mnie ta kupa żelastwa byłaby tylko kupą żelastwa. To ja, nie umiejący jeszcze pisać, pisałem jej nabrzmiałą od niesamowitych przygód historię, którą przerwało gwałtownie niespodziewane przyjście ojca. Zdaje mi się, że pokłócili się wtedy z dziadkiem. Przyznając się do samowoli, wziąłem dziadka w obronę. Miałem dostać w skórę, ale dziadek nie pozwolił. Łykałem łzy, a Hanomag mrugał porozumiewawczo reflektorami: „Spokojnie, przeczekamy burzę, zrobi się przegląd generalny, to musi potrwać, a potem…”. Nie było żadnego „potem”, bo dziadek miał mnie już na oku.

Czas, płynący dotąd powoli, zaczął nagle przyśpieszać. Nie obejrzałem się nawet, a po garbatych Warszawach i pyrkających silnikiem od motopompy Syrenkach nie pozostał nawet ślad. Zacząłem zabiegać o towarzystwo dziewczynek, z którymi nie chciałem się dotąd bawić, i – naturalnie – cierpiałem. Wszystko stało się konkretne, jednoznaczne, do bólu praktyczne, wyprane z wszelkiego idealizmu. Pod koniec lat osiemdziesiątych postanowiliśmy z żoną kupić samochód i zadawać szyku, do czego zupełnie nie nadawała się zdezelowana Syrena teścia. Wybór padł na VW 1303, granatowego garbusa. Chwilę potem dowiedzieliśmy się, że będzie nas troje. Pojawiły się pilniejsze potrzeby. Sam z siebie nigdy nie chciałem mieć samochodu. Nie lubiłem prowadzić, nie sprawiało mi to przyjemności. Prawo jazdy zrobiłem, poniekąd pod przymusem, na kursach dla samobójców prowadzonych przez Ligę Obrony Kraju. Przez te lata mogłem mieć kilka samochodów. Bordowego Passata kombi, niebieskiego SAAB-a 900. Mogłem ożenić się z Renault Laguna i Land Roverem. Zostałem sam i niezmotoryzowany, nieuzależniony od niezależności. Poruszam się, gdy już nieodzownie muszę, tramwajem, autobusem lub pociągiem, głuchy na najgłośniejsze nawet krzyki najnowszych mód motoryzacyjnych. Dlaczego? Nie wiem. Nie wiem też, dlaczego wciąż słyszę smutny jęk blach „dekawki” przy pierwszym szarpnięciu jej przez konie, dlaczego pamiętam ze szczegółami tragiczny zewłok pochłanianego przez rdzę i pokrzywy Hanomaga. Nie wiem, dlaczego to, co mogę sobie wyobrazić, jest bardziej pociągające od tego, co widzę. Nie wiem, dlaczego to, co już śmiertelnie porażone, przedkładałem nad to, co rozkwitało pełnią życia. Nie wiem, dlaczego zawsze przystawałem przy cmentarzyskach i ruinach, obojętny wirującym szaleńczo wesołym miasteczkom i wyrastającym w niebo szklanym wieżowcom. Nie wiem, dlaczego to, co utraciło wszelki sens istnienia, zjednywało mnie sobie, zaś to, co swoją celowością budziło powszechny podziw, nie interesowało zupełnie. Nie wiem, dlaczego jedynym przedmiotem, który przez ostatnie ćwierć wieku naprawdę bardzo chciałem mieć, była trupia czaszka. Możliwe, że jestem wariatem.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Ćwikliński, Wraki, Nowy Napis, 2019

Przypisy