25.11.2021

Nowy Napis Co Tydzień #128 / Książka, która boli. Czyli Roman Ciepliński i jego „Życie zastępcze”

Dla kogo to życie zastępcze? Dla autora? Dla narratora opowieści? Dla nas samych, którzy możemy się zanurzyć w literackiej, alternatywnej rzeczywistości utkanej z eseistycznych nawiązań i jak najbardziej realistycznych bolączek? Tylko po cóż zanurzać się w alternatywie jeszcze prawdziwszej i odznaczającej się większą goryczą niż realna codzienność? A poza tym czy alternatywa ta rzeczywiście ma do zaproponowania tak wiele, by była tego warta?

Myliłby się ten, kto sądziłby, że powyższe słowa o goryczy to zarzut pod adresem książki Romana Cieplińskiego. O nie! Gorycz może być nieprzyjemna, cierpka, odurzająca nawet. Ale nie oznacza to, że jest bezwartościowa. Nie musi być nawet zła. Może prowokować do ostatecznego katharsis, do przeżycia bólu, i nawet jeśli nie jego przezwyciężenia, to do pogodzenia się z nim. Którą funkcję pełni Życie zastępcze? Trudno na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Jednak jedno jest pewne – gorycz w nim jest. Gorycz płynąca z osobistych doświadczeń narratora Życia zastępczego, gorycz przesączająca się przez wspomnienia dawnych żon i innych relacji międzyludzkich. A zarazem uzupełniana bądź przełamywana znakami kultury, do których w swojej opowieści nieustannie odnosi się narrator.

Kim jest ów narrator? Zwany tu jest „panem C.”. W związku z tym faktem w odbiorcy natychmiast pojawia się naturalne pytanie – czy to aby nie alter ego autora? Sam autor od razu, już na pierwszej stronie książki, zapewnia co prawda, że nie, w żadnym wypadku, że wszystkie postaci i sytuacje zawarte w tomie nie mają żadnego innego statusu poza statusem prozy fikcjonalnej. Ale czy możemy autorowi wierzyć, gdy narrator to kilkudziesięcioletni mężczyzna obeznany z literaturą i filozofią, wrażliwy na sztukę, rzucający co rusz intelektualnymi cytatami? A tymczasem Roman Ciepliński to prozaik, malarz, eseista i dziennikarz? Redaktor naczelny „Kuriera Szczecińskiego”, autor kilku książek, publikujący w wielu czasopismach literackich i artystycznych? Pytania o fikcjonalność i niefikcjonalność pozostawić można do rozstrzygnięcia czytelnikowi. Zresztą, między Bogiem a prawdą, możemy je zupełnie odstawić na bok, bo kwestia ta nijak nie zmienia wymowy i przekazu książki.

A jakiż to przekaz? Jako się rzekło wyżej – gorzki. Gorycz ta bierze swe źródło tam, gdzie w innych utworach literackich czy filmowych swe źródło miałyby rzeczywistości o wiele bardziej pozytywne – w miłości i szeroko pojętych innych wszelakich uczuciach afirmatywnych. Narrator toczących się na niemal dwustu stronach refleksji wspomina swoje związki, poddaje wiwisekcji nieudane małżeństwa, poddaje w wątpliwość sens uczuć i miłości jako takiej.

Niektóre związki są jak więzienia. Inne z kolei zbyt szerokim morzem, w którym kochankowie gubią się, zazwyczaj na zawsze. Są jeszcze związki-pułapki, zastawione na naiwnych. Są związki pajęcze, gdzie ofiarą bywają przeważnie przypadkowi podróżni. Bywają wreszcie związki niewolnicze, w których obie strony skazane są przez innych – na miłość. Ale są też takie, niezmiernie zresztą rzadkie, które zdarzają się tylko raz, zapewne nielicznym, kiedy człowiek zakochuje się bezgranicznie, kochając miłością ostateczną, do końca, jak samego siebie. 

Na takie i inne refleksje natkniemy się niejednokrotnie podczas lektury Życia zastępczego. Słowo „refleksje” wydaje się zresztą niezwykle adekwatne w kwestii określenia genologicznego przyporządkowania tej literatury. Choć swą narrację Ciepliński delimituje na trzy części, równie dobrze całość mogłaby nie zawierać w sobie żadnego podziału. Mamy tu bowiem do czynienia z płynnym, nieprzerwanym solilokwium. To potok myśli przelewający się przez jaźń narratora, dotykający rozmaitych problemów – od osobistych i emocjonalnych po te wyższego rzędu, związane z cywilizacją, kulturą, społeczeństwem. W potoku – jak to w potoku: tu spokojniejszy nurt, tam wzburzona fala. A woda ogółem rwąca i niepewna. Tak też u Cieplińskiego czytelnik nie może być pewien, na co akurat się natknie. W jednej chwili stanie się świadkiem rozpadu małżeństwa i traumatycznych przeżyć męża. Otrzyma prozę nader realistyczną, bliską rzeczywistości i – co tu kryć – nierzadko smutną. Innym razem rozpacz związana z upadkiem miłości ustąpi miejsca bardziej filozoficznym i ogólnym refleksjom nad uczuciami (jak w przywołanym wyżej fragmencie) czy też – i to będzie przypadek bardzo częsty – myślom zupełnie o miłości nietraktującym, lecz zogniskowanym na współczesnej kulturze, dziełach literackich, filozofach, a często ocenie zachowań społecznych obserwowanych przez narratora.

Tak jak w świetnym skądinąd fragmencie, w którym narrator przerzuca kanały telewizyjne, dążąc tym samym do jednoznacznej konstatacji o śmietniku myśli i wartości, na który zapraszany jest co dnia każdy widz.

Przełączam kanał. Erotyka… Kanał opatrzony hasłem: kontrola rodzicielska. Pornografia jest nudna, w kółko to samo. Mechanika i biologia. Pozorna jedność dwóch istot. Tak naprawdę mężczyźni i kobiety są jak dwa osobne plemiona.

Przeskakuję na inny kanał: religia. Telewizja to skanalizowane sprzeczności. Jeden kanał zaprzecza drugiemu, będąc jednak czymś jakoby osobnym, jakby człowiek, który to ogląda, jednocześnie był dobry i zły, zwierzęcy i duchowy, szlachetny i prostacki. Co istotnie jest poniekąd prawdą. Wiara jest pewnie – z punktu widzenia rozumu – czystym absurdem. A nawet rodzajem szaleństwa. Szaleństwem jest wierzyć. Dla wierzącego jednak nie wierzyć jest szaleństwem i dowodem na to, że niewierzący… stracił grunt pod nogami, że spada w przepaść. 

Refleksje te biorą swój początek w emocjonalnych rozterkach bohatera – poczucie pustki wywołane miłosnymi burzami kieruje go w stronę telewizora, by tam oddać się beznamiętnej rozrywce. Jednak to, co zaczyna się jako bezsensowna czynność przerzucania kanałów, prowadzi narratora w stronę cywilizacyjnej tyrady – najpierw o jałowości pustej cielesności i w efekcie o różnicach między mężczyzną i kobietą, potem o nielogiczności kulturowych przekazów serwowanych przez mass media, a wreszcie o dychotomii podejścia do istoty wiary w zależności od punktu widzenia danej jednostki.

Ileż myśli i ileż wątków w jednym krótkim fragmencie. Bohater z jednej strony przeskakuje między owymi wątkami, a jego refleksje mogą wydawać się rwane. Z drugiej strony jedna wypływa w sposób naturalny z drugiej, są to zapiski lakoniczne, ale celne. Coś w stylu aforyzmów czy „notatek na pudełku od zapałek”. Nie ukrywam, że to właśnie owe przystanki w emocjonalnej podróży bohatera, pełne owych filozoficznych rozważań, były dla mnie w Życiu zastępczymnajciekawsze. Ciekawsze od samej głównej podróży związanej z życiem miłosnym i przeróżnymi rozterkami narratora. Ta główna podróż, choć ewidentnie pełna szczerości i bardzo intymna, zarazem nie oferuje wiele ponad to, co oferują podobne historie dotyczące rozpadu związków, krytyki bezrefleksyjnego podejścia do miłości czy rozwodu. Trudno chwilami nie odnieść wrażenia, że gdyby Ciepliński skomponował swoją opowieść nieco inaczej i większy akcent postawił na konstruowanie przemyślanego gmachu socjologiczno-filozoficznych rozważań podlanych wieloma intertekstualnymi nawiązaniami – co wychodzi mu znakomicie – powstałaby książka również szczera i prawdziwa, ale stanowiąca wysokiej próby eseistykę tudzież quasi-eseistykę.

Tymczasem dostajemy intelektualne solilokwium przeplatane z solilokwium miłosnym. Często mariaż tych porządków okazuje się owocny – jak w powyższym przykładzie, w którym kanał erotyczny ewokuje rozważania na temat istoty intymnej relacji damsko-męskiej. Innym razem miłosne przeżycia i rozterki bohatera zaczynają wyraźnie męczyć, wydają się czytelnikowi wtórne, prowadzące wciąż do tych samych miejsc i konstatacji. Natomiast eseistyczne wycieczki Cieplińskiego są ożywcze, świeże i oryginalne. Podczas tych ostatnich wędrówek napotkamy Friedricha Nietzschego, Miguela de Cervantesa, Emila Ciorana, Stanisława Ignacego Witkiewicza i innych. Ukażą się duchy Franza Kafki czy Marcela Prousta. Kafki – bo cała sytuacja w jakiej znajduje się pan C. wydaje się iście kafkowską pułapką absurdalnych i toksycznych relacji (trudno zresztą przy tej okazji nie zwrócić uwagi na etykietę, którą został opatrzony bohater żywcem przypominający Józefa K.). Prousta – bo cała narracja w istocie ma w sobie coś z proustowskiego „poszukiwania straconego czasu”, stanowi wypowiedź wewnętrzną stanowiącą próbę przywołania wspomnień, poradzenia sobie z traumą, ponownego przeżycia tego, co już zostało przeżyte, a zarazem ukonstytuowania owego „życia zastępczego” w postaci myśli wszelakich, nierzadko utkanych ze znaków kultury. Jest to próba odzyskania utraconego spokoju, który to odzyskany – pozwoliłby na powrót żyć w pełni czasem teraźniejszym.

Próba ta jest zrozumiała i godna uznania oraz szacunku. Zarazem niewątpliwa inteligencja, elokwencja i oczytanie autora dają najlepsze owoce, gdy ten wychodzi dalej – staje się architektem wielkich gmachów pełnych uniwersalnych, egzystencjalnych myśli, staje obok wielkich, by w pokorze przeglądać się w ich ideach. Jak w przypadku Witkacego:

Skończyłem właśnie 622 upadki Bunga. W tej młodzieńczej powieści Witkacego fascynowała mnie przede wszystkim wewnętrzna ekspresja samego autora. Sadomasochistyczne relacje damsko-męskie były tam czasem tłem dla głębszych refleksji. Gdzieś w tle sączy się też niepokój, pojawia się mglista wizja upadku Zachodu, który czeka nas wraz z nadejściem cywilizacji odczłowieczonych społeczeństw. Społeczeństwo, które wyrzekło się metafizyki, czego przykładem byli tak zwani ludzie radzieccy tuż za wschodnią granicą ówczesnej Polski, bliskie było – jak mawiał autor – ostatecznego „zbydlęcenia”. 

To właśnie te refleksje dotyczące metafizyki, świata, społeczeństwa i literatury, zaledwie zahaczające o relacje damsko-męskie, są w Życiu zastępczym najbardziej fascynujące. Szkoda, że nie ma ich jeszcze więcej, że owe gałęzie, które wyrastają z głównego drzewa narracji, nie okazały się bardziej rozłożyste.

Niemniej prozę Cieplińskiego należy docenić za interesujący koncept oraz za szczerość z jaką przedstawia tematy trudne, tematy gorzkie. Jest to książka, która boli. I choć trochę boli poczucie, że można było z owego konceptu wyłuskać jeszcze więcej intelektualnego dobra, ból opisywany przez pisarza zasługuje na wgląd. Bo jest bólem prawdziwym, przeżytym i otwarcie opisanym.

 

R. Ciepliński, Życie zastępcze, wydawnictwo Forma, Szczecin 2021.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Maciej D. Woźniak, Książka, która boli. Czyli Roman Ciepliński i jego „Życie zastępcze”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 128

Przypisy

    Powiązane artykuły