28.06.2019

Wspaniała, nieznośna Iłła

Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że istnieją literaci pozbawieni życiorysu. W każdym razie życiorysu na miarę biografii; pisarze obdarzeni rzadką łaską żywota poczciwego; poeci, których życie układało się jak kręgi na wodzie – w sposób równomierny, przewidywalny i nudny. Przez pewien czas wydawało się na przykład, że nie da się napisać biografii Bolesława Leśmiana. I że gdyby kiedyś powstała, ziewalibyśmy przy niej wieczorami, marząc o przygodach Sindbada Żeglarza. Ale kiedy na początku naszego wieku zobaczyliśmy nagle trzy biografie liryka z Hrubieszowa, zrozumieliśmy, że to, czy czyjeś życie jest interesujące, czy nie, zależy wyłącznie od wrażliwości i wyobraźni tego, kto je opisuje.

Czym innym jest oczywiście pytanie o udział wiedzy o życiu pisarza w procesie osadzania jego sylwetki w zbiorowej świadomości. Czasem biografia wydaje się zwieńczeniem lektury jego utworów, przychodzi w momencie, gdy zainteresowanie nimi zaczyna spadać – tak było chyba w przypadku księgi Andrzeja Franaszka o Czesławie Miłoszu. Bywa, że opowieść biograficzna ożywia wizerunek pisarza nazbyt uklasycznionego, zastygłego w pomnikowej pozie – taką rolę zdają się odgrywać świeże opracowania o Żeromskim i Wyspiańskim, dementujące niektóre utrwalone opinie o szczegółach ich losu. Zdarza się niestety i tak, że biografia służy zatarciu złego wrażenia, jaki wywołała publikacja rzeczy żenująco słabych, nieopatrznie wywleczonych z szuflad pisarza. Wypada wierzyć, że porządna, dwutomowa biografia Gombrowicza, która właśnie się ukazała, pozwoli jakoś przezwyciężyć niesmak, jaki pozostał po nudnym Kronosie. Czasem jednak – i ten przypadek wydaje mi się najciekawszy – życie pisarza, ujęte w ramy książki, jest niezasłużoną niespodzianką. Na nowo uobecnia postać, o której zapomnieliśmy, przydaje jej kolorów, dekonstruuje stereotyp, radykalnie zmienia nasz sposób jej postrzegania, zaciekawia. Nie tyle zatem wieńczy proces lekturowy, ile raczej go inicjuje. Przeciera drogę do tekstów autora, każe je przeczytać na nowo. Tak było w przypadku monografii Joanny Kuciel-Frydryszak o Słonimskim, tak jest w przypadku jej najnowszej opowieści o życiu i twórczości Kazimiery Iłłakowiczówny. Książka ma tytuł Iłła.

Niespodzianki czekają na nas już na samym początku. Kazimiera Iłłakowiczówna nie urodziła się w 1892 roku – jak podawała sama i jak podają encyklopedie i opracowania historycznoliterackie. Odpis aktu chrztu, zachowany w bibliotece PAN w Kórniku, nosi ślady przetarcia między innymi w miejscu, gdzie znajduje się data. Joanna Kuciel-Fredryszak dotarła jednak do oryginału tego dokumentu w Litewskim Archiwum Państwowym. Tam data urodzenia poetki jest wyraźna: 1889. Pojawia się ona także w innych dokumentach wystawianych przed pierwszą wojną światową, między innymi na świadectwach szkolnych. Po wojennej zawierusze, gdy ginęły zarówno pojedyncze dokumenty, jak i całe archiwa, nie tylko pisarka skorzystała z okazji, by ująć sobie co nieco życiowego bagażu… To jednak dopiero początek nowości, jakie na nas czekają. Jeszcze większą tajemnicą niż data jest przecież nazwisko poetki. Tylko nieliczni wiedzieli dotąd, że Iłłakowicz nie jest nazwiskiem jej ojca, lecz wuja. Jak czytamy, Kazimiera i jej nieco starsza siostra Basia, były córkami Barbary Iłłakowicz i żonatego adwokata, Klemensa Zana. Trudno nie skojarzyć tego nazwiska z postacią prezesa Filaretów – Tomasza Zana – wszak miejscem urodzenia przyszłej poetki było Wilno. Biografistka przecina wszelkie możliwe niejasności w tej sprawie: Kazimiera Iłłakowiczówna powinna nosić nazwisko Promienistego. Jej dziadkiem był nie kto inny niż ten, który w procesie Filaretów próbował całą winę wziąć na siebie i ochronić młodszych kolegów, między innymi Adama Mickiewicza. Dlaczego więc stało się inaczej? Dziś być może trudno to zrozumieć. Badaczka cierpliwie tłumaczy nam realia dziewiętnastowiecznej obyczajowości, opatrującej nieślubne dzieci stygmatem pohańbienia. Klemens Zan zginął w niejasnych okolicznościach zanim urodziła się Kazimiera. Mama zmarła kilka lat później. To oczywiste, że chciała zapewnić córkom jak najlepszą przyszłość, ukrywając ich pochodzenie i oddając pod opiekę kuzynów…

Biografia Joanny Kuciel-Fredryszak – pisana z werwą, humorem i czułością – odsłania więc najpierw burzliwe dzieciństwo Kazimiery, której losy zrosły się na jakiś czas z domem Zofii Buyno z rodu Platerów (który w poprzedniej generacji wydał Emilię Plater, postrzeganą jako kłopotliwe enfant terrible). Nie był to bynajmniej czas sielski-anielski. Hrabina wychowywała obie dziewczynki surowo. Zaprawiała do systematyczności w pełnieniu codziennych obowiązków (między innymi edukacyjnych), ostro reglamentowała przyjemności. Choć niełatwo to sobie wyobrazić, jedzenie owoców uważano za zbytek, dopuszczalny jedynie przy okazji większych świąt. Jak się okaże, ów nadmierny rygor niebawem doprowadzi jedną z sióstr na skraj katastrofy. Kazimiera, inaczej niż Basia, rzutka i zdecydowana, postanowiła bowiem zdobywać zakazane frukta samodzielnie, uzyskując konieczne do tego fundusze dzięki różnego rodzaju pożyczkom. Gdy ma czternaście lat, dług jest już tak duży, że niepodobna go spłacić. Jedynym honorowym wyjściem z tej sytuacji wydaje się śmierć. Kazimiera kupuje buteleczkę eteru, wypija jej zawartość i budzi się następnego dnia z lekkim bólem głowy tylko dlatego, że jej siostra zdołała zastąpić niemal całą zawartości flaszeczki źródlaną wodą…

W ten sam sposób – z życzliwością i empatią – autorka śledzi historię buntu nastolatki, dla której odkrycie prawdy o swym ojcu i świadomość społecznego piętna staje się ciężarem nie do udźwignięcia. Czytamy o ucieczce z domu i bolesnych powrotach na łono rodziny, o braku emocjonalnej równowagi, o chorobach i o tym, jak bardzo dusza i ciało „młodej-gniewnej” były podatne na trucizny „komunistycznego ukąszenia”. No cóż… Wszystko to stanowi pewien rodzaj „naturalnego środowiska”, w którym rodzą się poeci, nie dziwi więc fakt, że to właśnie wtedy ukazuje się drukiem pierwszy wiersz młodej autorki. Tym, co może zaskakiwać, jest natomiast niebywała energia tego debiutu: liryk nieopierzonej nastolatki ukazuje się na łamach niezwykle poczytnego i szanowanego „Tygodnika Ilustrowanego” pomiędzy „Kronikami Tygodniowymi” Bolesława Prusa i odcinkiem Chłopów Władysława Reymonta! W dodatku jego autorem ma być „Kazimierz Iłłakowicz”. Tym męskim pseudonimem pisarka będzie się konsekwentnie posługiwała aż do wybuchu wojny, choć już niebawem stanie się częścią środowiska krakowskiej bohemy literackiej – partnerką, a czasem nawet mentorką Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec. Jej stabilna sytuacja poetycka nie zabezpieczy jej co prawda przed pokusą wykonywania gestów niezrozumiałych lub szalonych – jednym z nich stanie się napisany w czasie wojny list do Józefa Piłsudskiego, w którym zaproponuje Komendantowi, by ten uczynił ją swym… adiutantem – pozwoli jednak na tyle umocnić się w roli pisarskiej, że nie zmienią tego późniejsze doświadczenia, skrajnie niesprzyjające pisaniu.

Wraz z autorką biografii obserwujemy zatem, jak zadziorna poetka – już to lewicująca, już to feminizująca – w czasie wojny zmienia się najpierw w cierpliwą siostrę miłosierdzia, by niebawem już na zawsze przyjąć postawę chrześcijańską i obywatelską – odpowiedzialną za los wspólnoty i kształt zabezpieczającego jej interesy państwa. Jak pokazuje biografistka, późniejsza praca Iłłakowiczówny w MSZ, a od 1926 roku przy Marszałku jako „osobisty sekretarz ministra spraw wojskowych” jest właśnie konsekwencją nauki przyswojonej przez artystkę podczas tamtej niezwykle trudnej, traumatycznej lekcji doświadczeń frontowych. Czy jej legendarna pryncypialność i oschłość charakteru też? – Tego nie wiemy. Warto jednak podkreślić, że Iłła nie jest ani laurką, ani w ogóle portretem jednowymiarowym. Giętkie pióro badaczki chwyta rozmaite odcienie niełatwej osobowości poetki, ukazuje, że – zarówno w życiu, jak i  w twórczości – to, co mogło być zaletą, łatwo stawało się wadą, a jeszcze łatwiej jako wada było postrzegane przez innych. Można podziwiać jej prowokacyjny weredyzm, gdy swe słynne londyńskie przemówienie Moi przyjaciele Żydzi zaczyna od stwierdzenia, że „mało jest obecnie krajów na świecie, gdzie by można przychylnie mówić o Żydach” i gdy stwierdza dobitnie: „dla mnie, jako katoliczki, niewątpliwe jest, że wszystko można rozwiązać stosując zasady wiary chrześcijańskiej i nie widzę powodu, aby rozstrzygać kwestię żydowską z wyłączeniem tych zasad”. To, co było konieczne w dyplomacji, nie zawsze jednak sprawdzało się w kontaktach literackich. Niekończące się listowne dociekania autorki przed spotkaniami literackimi – pytania o to, kto na nie przyjdzie, jak będzie powitana, jak powinna się ubrać i tym podobne, wyglądają na zwykłą, podszytą narcyzmem, natarczywość, która nie opuści jej nawet w PRL. Nieco inaczej jest jednak w przypadku genialnego tłumaczenia Anny Kareniny, gdy Iłłakowiczówna potrafi wykłócać się z nadgorliwymi redaktorami o każde słowo. Wielką zasługą Joanny Kuciel-Fredryszak wydaje się powierzenie roli komentowania tej charakterologicznej dwuznaczności artystki tym, którzy potrafili patrzeć na Iłłakowiczównę z pewnego dystansu, a więc w szerszej perspektywie, pozwalającej wyważyć ocenę jej rozmaitych zachowań. Są to przede wszystkim Maria Dąbrowska i Zofia Nałkowska, które trudno podejrzewać o postawę fanek autorki Trazymeńskiego zająca.

Osią narracji prowadzonej w książce jest bowiem właśnie osobliwy paradoks losu pisarki, która w pewnym sensie zawsze znajdowała się w centrum wydarzeń i jednocześnie na ich obrzeżu. Tak funkcjonowała wśród wydarzeń politycznych (zapada w pamięć między innymi scena, gdy poetka podtrzymuje śmiertelnie rannego prezydenta Narutowicza). Podobnie – w środowisku literackim: jednocześnie w Skamandrze i poza nim, podziwiana i omijana, potem zaś w środku PRL-u, ale tak jakby jego ideologiczne ramy oraz instytucjonalne ograniczenia w ogóle jej nie dotyczyły. Jeśli zachowaliśmy w świadomości jakikolwiek uładzony obraz życia i twórczości Kazimiery Iłłakowiczówny, właśnie nadeszła pora, żeby się z nim rozstać. Przeplatając swą opowieść fragmentami utworów pisarki, Joanna Kuciel-Frydryszak zachęca do tego, by na nowo przyjrzeć się bogatej i różnorodnej spuściźnie literackiej swej bohaterki Wiele wskazuje na to, że Iłłakowiczówna nie powiedziała jeszcze w literaturze polskiej swego ostatniego słowa.

 Wspaniała, nieznośna Iłła, „Nowe Książki” 2018 nr 2, s. 62

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Kudyba, Wspaniała, nieznośna Iłła, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy