Julia
Później ona odejdzie przez najgłębszą wodę –
tak osobny od ognia żywioł i tak bliski.
Teraz zakwita nagle od płatków magnolii –
tanecznice przez włosy jej chwycone w locie,
w scenie alei, którą stóp welurem
już na początku aktu zdążyła ugłaskać.
Mówi o narzeczonej Krzysztofa Kamila
a płomyki jej źrenic nasycone wiatrem
rozjaśniają twarz całą – a jeszcze piękniejszą
o poezję tak wdzięczną tym, którzy ich kochają.
Patrzę, a Julia moja już sama jest wierszem:
dłoń zrymowana z kwiatem i białym motylem,
stopa z trawą, na którą schodzimy ukradkiem,
usta z szybkim oddechem, a uszy ze szmerem,
który za tamtym lub następnym drzewem
w krzyk zamienić się może…
i te dwa ostatnie,
parzyste same w sobie dwa wersety sutek,
unoszące się w rytmie tłumionym w połowie
przez dłonie moje jak dwie chytre kuny…
…wypłoszyć je musiałem, ażeby nie spłonąć
z tej zawistnej bezsiły gorszego poety
wobec talentu tego, który ją napisał.
Potem ona odeszła, by urodę wody
żywiołem ognia rozpasać i zgasić
i tej małej z Werony nie dzieliła losu.
Ale także Romeo nie umierał dla niej.

