10.05.2022

Między

Jak zawsze – schodami w górę, schodami w dół. Takie ups and downs skonstruowane przez architektów. Dla każdego, kto z tego punktu chce się przedostać na drugą stronę, omijając fragment miasta przewidziany jako teren rekreacyjny, a zajmowany przez tłumy nadciągające raz z prawej, raz z lewej strony, blokujące normalne przejście.

Padał deszcz.

 

To ups and downs, teraz między schodkami w górę a schodkami w dół, na kładce, nie oznaczało jednak samotności. Ktoś ciągle wchodził, ktoś schodził, pojedynczo, parami, w grupkach.

Teraz, spod kopuły parasolki, w porę rozłożonej, widać ich było tylko od stóp do kolan, czasami rąbek spódnicy, czasami mankiety spodni albo fragmenty skarpet, pończoch, różne typy obuwia, poły płaszczy i peleryn.

Nad tym wszystkim wrony, gołębie, kosy, wróble frunące w stronę drzew i krzewów. Ich różnorodność stała się nagle widoczna! Ile ich było! Zapełniały nie tylko przestrzeń nad kładką, ale i tę między konarami, dołączały do innych, już dobrze usadowionych. Przycupnięte, zwinięte, wyglądały jak czarne, popielate, szare kropki na zielonym tle. W pewnym punkcie kładki było widać już tylko ptaki.

Przypominało to zadrukowaną kartkę książki? A może tak to widziała z powodu tego śniadania? Zwykłego niedzielnego śniadania? I zwykłego czytania w trakcie gryzienia, przeżuwania, połykania, popijania.

Każdy czytał, co chciał.

Jej książka była o dialektyce rozwoju człowieka. Nie wiadomo kiedy, w którym momencie lektury, na której stronie, z jakiego powodu, od którego słowa, każde następne zaczęło się zamieniać w coś… Ożywające czarne punkciki? Wyfruwające w przestrzeń kuchni, krążące nad nią, wnikające w nią? Razem z kęsami bułki z serem, łykami herbaty, zwykłej, czarnej?

Stawały się częścią ciała, tajemnicy fizjologii, zamieniania pokarmów z talerzy w możliwość życia, poruszania się, myślenia? Stawania się sobą.

A tego dnia było tyle tych słów; kreacjonizm, homo creator, communitus creator, spiritus creator, struktura biopsychiczna post festum, holizm, aksjologia, duch absolutny, plan ducha, jednia duchowo‑materialna, praxis, plan ducha, samostanowienie…

Krążyły, krążyły, osaczały, a może… otulały? Oddzielały na pewno w jakiś sposób od następnego, stałego elementu niedzielnego poranka – odsuwania talerzy, czytanych książek i po chwili, po głębszym oddechu, zabierania się do robienia tego, co każdy chce robić, bo…

Bo tak chce… A dlaczego? Nikt się nad tym nie zastanawiał, przynajmniej w jej obecności… I nie wiedziała, dlaczego ojciec ciągle coś wykuwał – metalowe zwierzątka, ludziki, wieszaki, zajączki, kwiatuszki – chociaż wiedziała, że uczył innych metaloplastyki. A matka zasypywała stół żywymi, przyniesionymi z działki kwiatkami, robiła z nich bukieciki, wianuszki na ołtarze i groby, co oznaczało jej wyjście w określone, ciągle te same miejsca. Kultu i pamięci.

Matka zapatrzona w wytwory metaliczne, ojciec w jej bukiety, a szelest płatków mieszał się z odgłosami wydawanymi przez obrabiany metal, zapach róż mieszał się z zapachem opiłków.

Zawsze zdumiewała ją ta dziwna koegzystencja. A jeszcze bardziej ich cicha, sprowadzona do gestów, min, uśmiechów wojna o nią. O miejsce między nimi, o to obok kogo usiądzie, do czyich zajęć dołączy, jakimi zapachami i dźwiękami będzie otoczona.

Nigdy nie powiedziała, że najciekawsze, chociaż nie wiedziała dlaczego, były dla niej kartki zarysowane projektami przyszłych prac – może niemożliwych do zrealizowania. Były na nich fragmenty rąk, nóg, skrzydeł, głów jakichś istot nie z tego świata wymagających jakiegoś innego materiału. A może innego stołu, innego pomieszczenia, widoku z okna?

Innego niż ojciec człowieka? Starała się siedzieć zawsze najbliżej tych kartek – stałego elementu niedzielnego – jak to nazywali – rodzinnego niedzielnego stołu.

I od tego uciekła tamtego dnia.

Omijała ludzi i była omijana, zapatrzona w czarne, nieruchome kropki na zielonym tle – dopóki nie zeszła po schodkach i nie dotknęła, jak zawsze, gałązek krzewów. Były posadzone po obu stronach chodnika prowadzącego na schodki. Tego dnia były mokre, pachnące, takie bardzo…żywe?

Aż żal było się z nimi rozstawać, z widokiem ptaków na drzewach też, z rozmyślaniami o ich materialnym bycie.

Weszła na ulicę. Szeroką, przecinającą miasto, zaprojektowaną tak, żeby przywoływała takie słowa jak: „otwarta”, „wolna”, „na przestrzał”, „prosto do”…

Za nią rozciągały się łąki, relikt poprzedniej, przedindustrialnej epoki w tych okolicach. I były pobocza i boczne uliczki prowadzące w głąb osiedli.

Deszcz zmył ślady człowieka, zmiażdżył kępki traw wyrastających w przestrzeni między nierównymi chodnikami – chociaż może tak miało być, tak to było pomyślane?

Zachłysnęła się przestrzenią, wolnością, samotnością, wydostaniem się ze wszystkich „między”.

Ożyły znowu słowa, które stały się częścią niej już w trakcie czytania i jedzenia. Znowu coś w niej zmieniły, coś nowego się tworzyło ze słów z tamtej kartki.

Zaczęła odmienianie we wszystkich czasach, w pierwszej osobie: „jestem”, „będę”, „stanę się” i „zmierzam do”, „pędzę”.

Nie dostrzegła tłumu, który pojawił się nagle w jednej z bocznych uliczek, rozlał na całą szerokość chodnika. Wchłonął ją… I nie rozpoznawała, czy przywitał przyjaźnie czy jak wroga, ale w czasie tej kotłowaniny straciła równowagę… To było takie down na prostej drodze. Bolesne – między butami, stopami w butach, łydkami w spodniach i spódnicach. Twardymi jak skała, miażdżącymi jej ciało odczuwające ból.

Nieoczekiwanie między tymi butami a brukiem i błękitem nieba rozlał się inny błękit – jak jeden, dwa punkciki, obok, jakby na tle innych różnokolorowych, o różnych kształtach punkcików – i tak zapisały się w niej jego oczy, ten ich kolor.

Wtedy nie wiedziała jeszcze, że i one, i on cały – z tymi swoimi kartkami wypełnionymi czarnymi punkcikami nut, skrzypcami – staną się elementem niedzielnego stołu, usadowionym między nią a matką i ojcem, ich książkami, ich pracami.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wiesława Oramus, Między, Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...