04.06.2022

Vilcabamba

[fragment biografii Elżbiety Dzikowskiej]

W DROGĘ! (MIĘDZY CUZCO A HUANCACALLE)

My – Elżbieta i ja – nazajutrz, po wieczornym powrocie chorej ze szpitala, szykowaliśmy się do wyruszenia do Vilcabamby. Rekonwalescentka czuła się naprawdę nieźle, od rana pilnie popijała elektrolity, nie potrzebowała tlenu, a na śniadanie nawet coś zjadła. Mimo to postanowiłem zmodyfikować plany. Nie, na pewno nie mogło być mowy o tym, byśmy dalej mieli jechać transportem publicznym do Huancacalle, miejscowości stanowiącej najlepszy punkt wyjścia dla eskapad do Vilcabamby. A tak poprzednio zakładaliśmy. Bardzo pomocna okazała się Martha Alegría – moja znajoma od zawsze, która rok wcześniej pomogła mi w zorganizowaniu niezwykłego wypadu do największego petroglifu w peruwiańskiej Amazonii w parku narodowym Manu, czyli do PusharoPatrz: R. Warszewski, „Wyprawa do ściany”, „Kontynenty” 2/2017.[1].

Martha – jak przystało na prawdziwą kobietę – w jednej chwili podjęła męską decyzję. Do Vilcabamby pojedzie z nami. Do Huancacalle da nam swoją własną „camionetę” razem z kucharzem i kierowcą, a stamtąd, całkiem nową, nieznaną mi drogą, pojedziemy terenówką Cobosów. Skąd taka wspaniałomyślność? Z jednej strony troska o niedomagającą Elżbietę, z drugiej chęć dotarcia do Vilcabamby, która również dla Peruwiańczyków jest legendą, a gdzie do tej pory Martha nie była. Po trzecie myślenie przyszłościowe: może kiedyś, ze swojej agencji „Vilca”, będzie w stanie kierować do Vilcabamby jakieś hardcorowe grupy turystyczne?

Od rana więc wściekłe pakowanie. Część rzeczy pozostawiamy w depozycie w hotelu, ale większość bagażu, w tym mój namiot, zabieramy ze sobą. Okazuje się, że naszym kucharzem będzie Eloy, którego znam już z wyprawy do Pusharo. W morzu latynoskiej niepewności jedno staje się pewne: głodni na pewno nie będziemy, a jedzenie zapowiada się tak wyśmienicie, że będziemy wypatrywać dokładek.

Elżbieta zajmuje miejsce koło kierowcy – dla niej to oczywistość. Martha, ja i Eloy siadamy z tyłu. Dobrze, że Eloy, choć jest kucharzem, jest taki chudy.

Ruszamy. Po doładowaniu na pakę potężnej butli z gazem, na której będziemy gotować, worka z wiktuałami na około tydzień i walizki Elżbiety z plakietką hotelu „San Augustín” (pięć gwiazdek) w Cuzco. A jednak! Jest wspaniale! Victoria!

Elżbieta zasypuje Marthę gradem pytań: jaka jest tu teraz pora roku? (co powinna wiedzieć); jaki łańcuch gór wyłania się przed nami po wyjeździe z Cuzco? (podobnie); i dlaczego jedziemy jeszcze w górę, a nie w dół? (coś jej się chyba pomyliło z drogą do Machu Picchu).

Ale dość złośliwości, bo zaraz odbiorę lekcję pokory. Jedziemy dalej. W Ollantaytambo natykamy się na procesję z okazji święta Nuestro Señor de Choquechilca (Naszego Pana z Choquechilca). Widok niesamowity. Ciżba taka sama. Baranki, owce i małe czarnowłose prosiaki udekorowane balonikami. Na dachach przebierańcy w białych i czarnych maskach, tak zwani ukukos. Wyskakujemy z samochodu z aparatami gotowymi do strzału. Elżbieta – która wczoraj przecież prawie umierała („stan przedagonalny”) – mknie jak strzała. Niepomna dnia wczorajszego, rzuca się w wir fotografowania. Pierwszy raz widzę ją w takiej sytuacji. Jest się od kogo uczyć. Instynktownie potrafi odnaleźć miejsce do wykonania najlepszego zdjęcia. Twardo toruje sobie drogę w tłumie. Robi to albo łokciem, albo uśmiechem. Albo lekkim gestem „przepraszam”. Ale za każdym razem staje, wygina się lub przysiada dokładnie w tym miejscu, które jest najwłaściwsze. Rozsuwa ludzi jak harmonijkowe drzwi. Idzie jak taran. Potem tracę ją z oczu. Ale po chwili już wiem, gdzie należy jej szukać; to oczywiste – tam, gdzie jest największa ciżba, gdzie jest największe zamieszanie, gdzie najwięcej się dzieje. Patrzę na to z pewną zazdrością. Co z tego, że nie wie, że w czerwcu w Peru jest pora sucha, że te góry na horyzoncie to Kordyliera Vilcabamba i że po wyjeździe z Cuzco, żeby zacząć zjeżdżać w dół, najpierw trzeba wspiąć się na niebotyczną przełęcz Malaga? Co z tego? Ważne jest to, co teraz widzę. To jest to, co naprawdę się liczy. Pesel zaczynający się na „37”, a tu proszę! Do przodu, przed siebie! W takim momencie nie ma w niej delikatności. Jest tylko pasja, zapamiętanie, odpowiedni kadr i znakomite zdjęcie. Z aparatem czy to w ręce, czy to przy oku, wygląda jak prawdziwy snajper. Strzela raz za razem. Zwalnia migawkę, jakby naciskała spust.

Myślę: „to obraz tego, jak można iść przez życie – jak dążyć do celu”. Kończy się to tym, że gdy trafia na samo czoło ludzkiej kolumny wychodzącej z kościoła z wielkimi wizerunkami świętych, ktoś z zamaskowanych ukukos odpędza ją i bije batem! Ale ona i tym się nie przejmuje. Boli, to boli. Życie nieraz musi boleć, coś za coś. Ale zdjęcie i tak zrobi. Widziałem je później. Bardzo dobre. Ci, którzy podpierają ów święty ciężar, są niczym pale ukośnie wbite w ziemię. Wyglądają tak, jakby pod tym świątobliwym brzemieniem zaraz mieli osunąć się na ziemię.

Za Ollantatambo, niezliczonymi serpentynami (od czego kręci się w głowie), zaczynamy piąć się na przełęcz Malaga (inaczej Pantiacolla), na prawie 4700 metrów n.p.m. Po drodze, najpierw po prawej, a następnie lewej stronie, mijamy Collapni i Colca Pena – ruiny inkaskiego tambo: przydrożnego zajazdu dla gońców lub oddziałów wojska, oraz magazynów, w których na owiewanym mroźnym powietrzem zboczu przechowywano zapasy. W obu miejscach byłem. Gdy to mówię, Elżbieta chyba mi nie wierzy. Nieistotne. Ważne jest natomiast to, iż obecność przy współczesnej szosie tych obu ruin pokazuje, że w przeszłości w tym samym miejscu istniała droga Inków, którą przedostawali się oni do Antisuyu, wschodniej prowincji swego państwa, na drugą stronę Andów.

Za przełęczą, za jej mgłami, opuszczamy Andy suche i wjeżdżamy w Andy wilgotne. Krajobraz zmienia się w ciągu kilku chwil. Dotychczasowa punaPuna – chłodna, położona wysoko w Andach strefa klimatyczno-roślinna, prawie wyłącznie porośnięta twardą, szczeciniastą trawą ichu. Strefa uprawy maki (Lepiduum meyeni) i wypasu lam.[2] ustępuje miejsca najpierw skłębionym zaroślom, potem coraz liczniejszym drzewom, na końcu – puszczy. Robi się parno, duszno. Tu dociera już wilgoć znad basenu Amazonki i całkowicie odmienia świat.

Co chwilę stajemy, żeby robić zdjęcia. Za każdym razem to inicjatywa Elżbiety. Nie krępuje się tym w najmniejszym stopniu. Jest przecież w pracy – bez zmrużenia oka idzie po swoje. Jeszcze trochę do przodu – dyryguje kierowcą – ale teraz za daleko, trochę do tyłu i tym podobne. Myślę: „I dobrze. Ucz się, palancie. Właśnie tak trzeba”.

Marthę, Eloya i kierowcę pyta o generała Velasco Alvarado. Opowiada o swoim udziale we wprowadzaniu reformy rolnej w Peru. Chwali go, wspomina z pewnym rozrzewnieniem tamte czasy. Zastanawiam się, jaki udział w tej fascynacji ma ten tajemniczy Pedro Morote z Ministerstwa Rolnictwa, z którym przed laty Elżbieta tyle razy wyjeżdżała w teren.

Na dłużej zatrzymujemy się w Huanamarca, gdzie znajdują się pierwsze za działem wodnym inkaskie ruiny. Kiedy widziałem je kilka lat wcześniej, dopiera zaczynała się ich rekonstrukcja. Teraz są nieomal kompletne, z wyraźnym, świetnie odtworzonym usnu – czymś w rodzaju tronu przeznaczonego dla wizytującego ten teren inkaskiego władcy lub jego namiestnika. Z dwoma pięknymi portalami.

A za chwilę jesteśmy w wiosce Santa Maria, gdzie przejeżdżamy przez most na rzece Urubambie i… wjeżdżamy na teren dawnego Królestwa Vilcabamby: inkaskiego państwa utworzonego już w czasach hiszpańskiego podboju, gdzie wzniesiono ostatnią stolicę Inków – słynną Vilcabambę. Stało się to po tym, jak upadło indiańskie powstanie wzniecone w Cuzco w czasie nieobecności Francisca Pizarra (który na wybrzeżu właśnie zakładał Limę) oraz Diega Almagro (który udał się na południe do Chile).

Nieco powyżej, tuż obok mostu wzniesionego nieopodal miejsca, gdzie kiedyś istniał dawny inkaski most Cusichaca, znajdował się przysiółek Maullay. To właśnie tam pociągiem, w lipcu 1976 roku, także z Cuzco, przybyli Elżbieta Dzikowska i Tony Halik towarzyszący w drodze do Vilcabamby profesorowi Edmundo Guillénowi. Ten zapewniał ich, że – jeśli pojadą z nim i pomogą sfinansować tę eskapadę – „odkryją ostatnią stolicę Inków”.

JAK TRUDNO BYĆ INDIANINEM

Zanim jednak do tego wyjazdu dochodzi, Dzikowska publikuje swoją trzecią książkę, którą zaczęła pisać, jeszcze będąc w Meksyku. To zbiór meksykańskich reportaży pod tytułem Niełatwo być Indianinem – tom mieszczący się w nurcie, który w jej twórczości pojawił się u niej już w książce Hombre: sprawy społeczne, bieda, wykluczenie i jak z tego wszystkiego wyjść na prostą. Ani słowa o sztuce. Książkę wspiera redakcja „Kontynentów”; wychodzi w roku 1976 nakładem wydawnictwa Książka i Wiedza. Pozycją tą Dzikowska spłaca dług, jaki zaciągnęła u prezydenta Meksyku. Przyznaje to zresztą otwarcie. We wstępie stwierdza:

Jeździłam dużo po meksykańskiej wsi, rozmawiałam z chłopami, ich działaczami, urzędnikami państwowymi, którzy zajmują się chłopską sprawą. […] Dziękuję za to Meksykowi. Przede wszystkim wyrażam najgłębszą wdzięczność prezydentowi tego kraju, Luisowi Echeverríi Alvarezowi, tak wrażliwemu na dolę chłopa. Miałam okazję towarzyszyć mu w ekipie dziennikarskiej podczas licznych podróży przez najbiedniejsze rolnicze regiony, których problemy starał się poznać i rozwiązaćE. Dzikowska, „Niełatwo być Indianinem”, Warszawa 1976, s. 6.[3].

Książkę – mimo tak drętwej mowy-trawy na samym początku – czyta się dobrze, ale w wielu miejscach trudno oprzeć się wrażeniu, iż jest to panegiryk ku czci Luisa Echeverríi Alvareza. Ani słowa o udziale prezydenta w masakrze na placu Trzech Kultur (autorka, podobnie jak otoczenie Echeverríi, winą za nią obarcza prezydenta Ordaza), za to wiele rozdziałów o tym, jak twórczo zreformował on Meksyk. Po raz kolejny okazuje się, że woli pisać w superlatywach niż krytycznie. Woli uśmiech niż łzy. Pochwałę, a nie naganę. Dla reportera to ścieżka bardziej niewdzięczna niż pisanie o złu. Ale ona inaczej nie potrafi albo po prostu nie chce. Uważa, że zła na świecie jest już wystarczająco dużo, więc po co je pomnażać, pisząc o nim?

Taki punkt widzenia oczywiście wyklucza, że piętnując to, co niedobre, reporter może przyczynić się do polepszenia świata. Jej punkt widzenia jest jednak odmienny: trzeba pisać przede wszystkim o pozytywach. To także droga do naprawy świata.

Żeby nie być gołosłownym. Dzikowska pisze:

[Niełatwy] spadek po swych poprzednikach otrzymał, obejmując władzę w grudniu 1970 roku, Luis Echeverría. Postanowił skoncentrować swoją politykę wewnętrzną na dążeniu do uregulowania kwestii chłopskiej; bez tego nie można dziś myśleć o integralnym rozwoju Meksyku. Problem społeczny jest ściśle związany z problemem ekonomicznym. Wieś musi produkować, trzeba powstrzymać exodus z prowincji do miasta, zmniejszyć na ile okaże się to możliwe, przepaść społeczną między miastem a wsią, pomiędzy drobnym właścicielem a chłopem […]Tamże, s. 26–27.[4].

W czasie naszej rozmowy w Krakowie były ambasador Polski w Meksyku Józef Klasa – skądinąd bardzo przychylny Dzikowskiej – stwierdzi: ”No cóż, prawda jest taka, że Elżbieta zawsze wolała zadawać się z bogatymi niż z biednymi; z tymi, co coś mogą, a nie z tymi, którzy nic nie mogą i na nic nie mają wpływu”Rozmowa z ambasadorem Józefem Klasą w Krakowie w dniu 26 listopada 2017 r.[5]. Jej rodzina później powie coś bardzo podobnego.

„NIE BĘDZIE SIĘ ŚPIEWAĆ KOLĘD”

Niełatwo być Indianinem to już trzecia książka Dzikowskiej, więc nie będę jej fragmentów przytaczał aż tak obszernie, jak uczyniłem to w przypadku jej dwóch pierwszych książek. Ograniczę się tylko do tego, co absolutnie niezbędne. Wielokroć opisywany w niej, odwiedzający wiejską meksykańską biedotę, prezydent Luis Echeverría Alvarez nie może nie kojarzyć się z generałem Velazco Alvarado obdarowującym ziemią peruwiańskich chłopów bezrolnych, opisywanym przez nią w Hombre.

Dzikowska pisze między innymi o candelilli – trawie, z której można pozyskiwać naturalny wosk – i o chłopach, którzy tę roślinę uprawiają. Pisze sugestywnie, obrazowo. Wyostrza styl. Skraca frazę, często stosuje przeciwstawienie. Nieco upraszcza, żeby być zrozumiałą. Sposób jej narracji momentami przywodzi na myśl to, jak swoje historie opowiada Ryszard Kapuściński.

Czytamy:

Wosk z candelilli [jest najlepszy] – twierdzą jego zbieracze. Jest drogi i łatwo mogą go zastąpić parafiny syntetyczne – mówią przemysłowcy. Przemysłowcy chcą zarobić jak najwięcej. Candelilleros, wytapiacze wosku, chcą żyć.

Z tego zajęcia żyje 45 tys. ludzi. Żyje źle. Nie ma z czego żyć lepiej. Candelilla rośnie na pustyni, tam, gdzie nic nie rośnie. Może tylko bezużyteczna „gobernadora”, drobny krzew, którego suchych liści nie chcą jeść nawet kozy. Człowiek ścina, topi Candelillę, dwa tygodnie, miesiąc i wraca do domu. Zarabia 600, 1200 pesos, niewiele więcej niż tyleż w złotówkach. Ma pięcioro, siedmioro, dziesięcioro dzieci. Chciałby pracować dłużej, nie musi odpoczywać, ale kto od niego kupi nadmiar wosku? Każda wieś ma przydzieloną ilość, nie może sprzedać więcej. Po co komu droga candelilla? Każdy zakup jest filantropią. […]

Candellileros z Ocampo mają największe problemy. Jeśli prezydent im nie pomoże, nie pomoże im nikt. Prezydent przyjechał do Ocampo 28 października 1974 roku. Był to jeden z etapów objazdu stanów pustynnych. Razem z nim przyjechali ministrowie, dyrektorzy banków i dziennikarze. Wieczorem odbyło się zebranie robocze. W prezydium pojawiły się władze, na sali chłopi. Ich przodkowie zrobili rewolucję w 1910 roku, ponieważ chcieli ziemi. Niedaleko stąd, w Cuatro Cienagas, urodził się jeden z największych prawodawców reformy rolnej, zamordowany w 1920 roku prezydent Venustiano Carranza.

Meksykańscy chłopi potrafią żądać, nauczyła ich tego historia, upoważniła do tego przelana krew. Jeśli już tak szczęśliwie się złożyło, że jest z nimi prezydent, trzeba to wykorzystać. Więc wchodzą na trybunę i mówią:

– Chcemy ziemi!

– Chcemy wody!

– Chcemy szkoły!

– Chcemy dróg!

– Chcemy kredytów!

– Chcemy światła…

Chłopi z Ocampo chcą także zwiększenia zakupu wosku z candelilli. Chłopi mówią, prezydent słucha. Mówią, że stara się słuchać tak, jak niegdyś Lazaro Cardenas, ten prezydent […], który nie tylko w roku 1938 znacjonalizował naftę, ale też najwięcej rozdzielił obszarniczej ziemi. Cardenas jeździł po kraju i powiadano, że znał niemal wszystkich obywateli. O chłopach mówił: „Mają tyle potrzeb, brak im tylu rzeczy, że przynajmniej winienem wysłuchać ich cierpliwie”.

Cardenas nie tylko słuchał, starał się także rozwiązywać problemy wsi. Stara się też o to Echeverría. W Ocampo obiecał chłopom, że im pomoże. I że spędzi z nimi Wigilię!”E. Dzikowska, „Niełatwo…”, s. 11–13.[6].

A jakże, ten świąteczny wieczór Dzikowska także opisuje. Bo ani Cardenas, ani Venustiano Carranza na Wigilię na wieś nie przyjeżdżali. A przez to, że Echeverría tam będzie, stanie się po trosze zlaicyzowanym Chrystusem.

Skwer w Ocampo [w Wigilię] zmienił swój wygląd; jest teraz bardziej przytulny, przypomina raczej „patio”, dziedziniec wewnętrzny niż centralny plac osiedla. […] Rozstawiono na nim długie stoły, przy których zasiądą wigilijni biesiadnicy. Stoły są proste, drewniane, ledwie – i to już dawno – pociągnięte farbą; na pewno nie zrobiono ich na wizytę prezydenta. […] Fiesta zaczyna się o ósmej. Gra orkiestra. Ochrona wypracowuje w tłumie wąską ścieżkę i prezydentowi udaje się dotrzeć do honorowego stołu. Przeciskają się za nim żona, syn, kilku ministrów, potężny generał Castaneda, który zawsze towarzyszy publicznym wystąpieniom szefa państwa. Rozpoznaję […] Angelikę Arenal, wdowę po Siqueirosie. Prezydent siada, siadają wszyscy. Najbliżej głowy państwa – stoły chłopów. Zaproszono ich 2 tysiące. Mężczyźni trzymają na kolanach sombrera, duże, wyplatane […], kobiety – najmłodsze dzieci, których nie zdecydowały się zostawić w domu. Wigilijną strawę roznoszą córki candelilleros. Spieszą się. Nie wypada, aby prezydent już skończył, a lud jeszcze nie zaczął jeść. Potrawy dla wszystkich takie same, tyle że przysłały je w świątecznym upominku rozmaite […] [wspólnoty]; mogą więc się różnić nieco smakiem i nie zawsze jednakowo piec w język – jedna gospodyni dodała mniej, druga więcej „chile”, ostrej papryki, nie skąpiąc jej gwoli kulinarnej tradycji kraju. Każdy więc dostaje swój talerz, a na nim mięso i „tortillas”, placki kukurydziane, potem słodkie bułeczki, kawa, napoje chłodzące.

Nie będzie się śpiewać kolęd. Meksykańska Wigilia jest świecka. Kościół oddzielił od państwa jeszcze w wieku ubiegłym prezydent Benito Juarez. Są za to popisy artystyczne. […] W skomplikowanych tańcach z lassem prezentują się „charros”, meksykańscy kowboje. Oglądamy […] sztuczne ognie. Gdyby nie skierowane wciąż na prezydenta obiektywy aparatów i kamer filmowych, wydawać by się mogło, że Echeverría jest jednym z najzwyklejszych gości: rozmawia, próbuje potraw, klaszcze, gdy mu się coś podoba. Już wiemy na pewno, że nie będzie przemówienia.

Po skończonej wieczerzy wszyscy jej uczestnicy ustawiają się w kolejce, by złożyć prezydentowi życzenia. Kamery filmują, a szef państwa ściska szorstkie ręce candelilleros. Mówią: „felicidades, Señor Presidente, dużo szczęścia, Panie Prezydencie”. To okolicznościowa formułka, którą wymieniają też pomiędzy sobą krewni, znajomi, przyjaciele. Candelilleros dodają do niej „muchas gracias por haber llegado, Señor Presidente, gracias por su ayuda, dziękujemy, Panie Prezydencie, że Pan przyjechał, za pomoc”.

Ale pomoc tego dnia okazał candelilleros nie tylko Luis Echeverría. Dosłownie przychyliła im nieba sama natura. Kiedy wigilijni goście zaczęli się rozchodzić, w pustynnym Ocampo, gdzie średnia roczna opadów wynosi 200 mm, lunął deszczTamże, s. 15–17.[7].

Scena jak ze świeckich jasełek. Sielanka.

NOWE ŻYCIE

Zdecydowanie mniej sielankowa sytuacja była w Warszawie, gdy w ślad za Dzikowską – na początku roku 1976 pojawił się tam Halik. Przyleciał, jak deklarował, w Limie. Nie mógł się doczekać, aż Elżbieta potwierdzi mu, że może się pojawić.

– Dlaczego aż tak było mu spieszno? – zapytałem w Sopocie, latem 2017 roku, Mirosława Wlekłego, biografa Halika, gdy na Wybrzeżu promował książkę Tu byłem. Tony Halik.

– Po pierwsze: na pewno ciągnęła go młodość Dzikowskiej – powiedział Wlekły. – Po drugie: tęsknota za Polską, bo on, przekonany katolik, bardzo tęsknił za Polską, którą na obczyźnie odnajdywał przede wszystkim w religijności. Po trzecie: w tej Polsce mógł pokazać się jako ktoś. Przylatywał z niemałym dorobkiem jako Polak, który za granicą odniósł nieprzeciętny sukces. Że w jego ustach był to sukces nieco nadmuchany, to oczywiście już wiemy, zwłaszcza od czasu, jak zdecydował, że powinien był dostać Pulitzera w dziedzinie, w której tej nagrody nigdy nie przyznawano. Po czwarte: w Dzikowskiej na pewno odnajdywał Pierrette sprzed lat, sprzed urodzenia dziecka, które ją uziemiło i zniechęciło do podróży; sprzed zatopienia się w odmęcie różokrzyżowców. A to stanowiło dlań wielką obietnicę: że będzie mógł wrócić do swych ukochanych Indian. Bo jako korespondent NBC News przez swych mocodawców był ciągle przerzucany z jednego politycznego frontu na drugi. Tymczasem z Dzikowską, co do tego nie miał już wątpliwości, mógł powrócić do tego, co go interesowało najbardziej: do podróżowania do najbardziej niezwykłych miejsc i ludów.

– To dlatego jednym z ich pierwszych wspólnych projektów była wyprawa do Vilcabamby?

– Tak można by sądzićRozmowa z Mirosławem Wlekłym w Sopocie w dniu 19 sierpnia 2017 r.[8].

Ale droga, która miała ich tam doprowadzić, nie była wcale prosta. Nie, między nimi sprawy układały się wyśmienicie, ich meksykański wydłużony miesiąc miodowy trwał dalej. Trochę gorzej było z otoczeniem.

Elżbieta opowiada, że po przylocie Tony'ego do Polski Andrzej Dzikowski zaprosił Halika i ją na kolację, którą – jako znakomity kucharz – sam przygotował. Ponoć chciał się przekonać, w czyje ręce teraz trafia jego była żona… choć nie do końca w to wierzę. Wydaje mi się, że jest to jedna z legend, które Dzikowska opowiada na swój temat i że jej rozstanie z Dzikowskim nie przebiegało w aż tak przyjazny sposób, jak próbuje to odmalować. Gdyby tak było, jej babcia nie opowiadałaby później w Grudziądzu, jak to jej wnuczka została „oskubana” przez Dzikowskiego przy rozstaniu. Ani też rodzina Andrzeja – jego bracia, siostra i szwagierka – nie zaparliby się aż tak bardzo, by na temat swego brata i szwagra nie uronić ani słowa na potrzeby tej książki.

Wkrótce po przyjeździe Halika do Polski, kupił on w Warszawie przy ulicy Inflanckiej 177 za 11 920 dolarów amerykańskich mieszkanie w spółdzielni „Locum”. Były to już czasy Gierka i takie rzeczy były możliwe; za siermiężnego Gomułki coś takiego nie wchodziłoby w rachubę. Dla przeciętnego Polaka była to kwota zawrotna. Dla Halika zarabiającego w dolarach – nie aż tak duża. Mieszkanie nie było zbyt obszerne, ale Dzikowska, mieszkająca w tym okresie przy Płockiej, przeniosła się do niego z radością. Przed dwunastu laty, gdy po raz pierwszy udawała się do Meksyku, ruszała ku Nowemu Światu, który rzeczywiście był dla niej światem całkiem nowym. Teraz po powrocie ze swej drugiej meksykańskiej podróży ruszała ku nowemu życiu; chyba właśnie takiemu, jakie sobie kiedyś wymarzyła, albo o którym nawet nie marzyła, nie śniła.

Oczywiście – jak to w Polsce – od razu pojawiły się wścibskie pytanie: gdzie był wasz ślub? Jak się bawiliście na weselu? Jacy na nim byli goście? Być może wtedy Elżbieta i Tony pojęli, że chyba nie powinni przyznawać się do tego, że tak naprawdę ślubu nie brali, że owszem są parą, ale że będą żyć na tak zwaną „kocią łapę”. Więc raz i drugi (przyparci do muru?) powiedzieli coś o swoim ślubie i weselu w Meksyku. Najpierw półgębkiem, potem, gdy pytania się powtarzały, trzeba było dodać do tego jeden, dwa szczegóły, a na końcu całą opowieść…

Słowo się rzekło. Trudno było się potem z tego wycofać. Fikcje trzeba było podtrzymywać, brnąć w nią dalej. (To samo miało się zresztą wkrótce powtórzyć w całkiem innym kontekście).

– Skończyło się to na tym – opowiadał mi zaprzyjaźniony z Elżbietą i Tonym ambasador Stanisław Jarząbek – że obchodziliśmy rocznicę ich ślubu, długo nie zdając sobie sprawy z tego, że ani ślubu, ani żadnego wesela nie było! Gdy po latach wyszło to jaw, śmiechu było co nie miara!Rozmowa z ambasadorem Stanisławem Jarząbkiem w Warszawie w dniu 18 listopada 2017 r.[9]

– Ja o tym, że Tony nie był mężem Eli, dowiedziałem się dopiero po śmierci Halika – mówi Władysław Górski, brat Dzikowskiej. – Chyba na jego pogrzebieRozmowa z Władysławem Górskim w Skierniewicach w dniu 10 września 2017 r.[10].

Nie wiedziała tego też ukochana babcia Brońcia (Bronisława Puszkarska). Elżbieta powiedziała jej, że Tony jest… rozwodnikiem.

– Nie było to dla niej łatwe do zaakceptowania – mówi Elżbieta. – Lecz pogodziła się z tym dość szybko, gdy poznała Tony'ego. Bo jak ktoś Tony'ego poznał, to od razu się rozpływał. Taką miał osobowość.

A dlaczego właściwie do ślubu nie doszło?

Oprócz domniemanego miliona dolarów, którego według Haliny Konek miała żądać Pierrette, wydaje mi się, że był jeszcze jeden powód, którego istnienie Dzikowska neguje. Biorąc pod uwagę radykalizm różokrzyżowców, Halik mógł po prostu obawiać się samobójstwa pogrążonej w depresji Pierrette. Bo w pamięci miał ową krwawiącą ranę wyniesioną z dzieciństwa: samobójstwo ojca, spowodowane ucieczką matki z kochankiem – z Radaszkiewiczem.

„WICIE, ROZUMICIE”

Zaraz po powitaniu Tony'ego pojawiła się jeszcze jedna „atrakcja”: Halikiem natychmiast zainteresowały się Służba Bezpieczeństwa i wywiad PRL. Z jednej strony był on łakomym kąskiem dla służb: miał dostęp do różnych środowisk na świecie i na pewno mógł być źródłem wielu interesujących informacji. Poza tym był w stanie kreować pozytywny wizerunek Polski poza jej granicami. Z drugiej strony traktowano go dość nieufnie, bo nigdy nie zdołano ustalić, na ile może on być związany z CIA. Uważano, iż reprezentowana przez niego stacja NBC takie powiązania posiada.

Przeważyło jednak to pierwsze. Tym bardziej, że służby wiedziały, że mają na Halika haka, a właściwie dwa haki. Pierwszy hak – jego przeszłość okupacyjna. Choć SB nie znała szczegółów, wiedziała, iż przez większość wojny Halik służył w Wehrmachcie, a nie Royal Air Force, a to w Polsce lat 70. uchodzić mogło za rzecz skandaliczną; wystarczającą do postawienia go przed sądem.

Drugim hakiem była Dzikowska, a raczej to, iż dla niej „figurant Halik” (jak na początkowym etapie określano go do dokumentach) chciał się osiedlić w Polsce. A od wielu lat był przecież obywatelem argentyńskim. By przyjechać do Polski, musiał ubiegać się o wizę, a żeby się tu osiedlić – o odpowiednie zezwolenie.

W aktach SB można odnaleźć liczne zapiski na jego temat. Niektóre dość zabawne: na przykład to, że z nową kochanką (Dzikowską?) udaje się na urlop. Że wykazuje zainteresowania i skłonności homoseksualne, używa pudru i szminki, ubiera się po indiańsku (czyli jak?). Że zawsze jak kogoś poznaje, oblicza na zimno, co dana osoba reprezentuje i co od niej można uzyskać, zarabia około ośmiuset dolarów miesięcznie (co zresztą wydaje się znacznie zaniżone), lubi pieniądze (a kto nie lubi?), szczególnie uwielbia dolary (patrz poprzedni nawias) i  w związku z tym można go szantażować wiedzą na temat jego spekulacji dolarami (trzeci hak?).

A trzy haki to już nie przelewki. Niedługo potem w rozmowach między funkcjonariuszami figurant Halik przeradza się w „Santiago”. Brzmi znajomo?

Ależ tak!

Jak pamiętamy, to właśnie o przyjeździe do Polski niejakiego „Santiaga” (określanego przeze mnie poprzednio jako przybysz z zagranicy) informowała pułkownika Jerzego Plesnara niejaka „Evita”, która – co także pamiętamy – dziwnym zbiegiem okoliczności zamieszkiwała pod dwoma adresami Elżbiety Dzikowskiej, a być może… nawet nią była.

Bo „Santiago” to nikt inny jak Tony Halik!

W teczce operacyjnej Tony'ego zachowała się notatka, datowana na 16 lutego 1976 roku, dotycząca „kombinacji operacyjnej” związanej z jego przyjazdem. Daje ona wgląd w to, w jaki sposób zastawiano na niego sieci:

[…] w związku z przyjazdem do Polski „Santiago” […] wskazanym jest uzyskanie zgody tow. Dyrektora [generała brygady Zdzisława Sarewicza, szefa wywiadu – R.W.] na włączenie do sprawy znającego się [z Meksyku – R.W.] z „Santiago”. tow. Plesnara [tego samego, który na Dzikowską czekał na lotnisku, jak po raz drugi przyleciała do Meksyku – R.W.].Ponieważ jest rzeczą prawdopodobną, że „S” będzie chciał z nim nawiązać kontakt (wspominała o tym „Evita” w rozmowie telefonicznej z tow. Plesnarem) zadaniem tow. Plesnara w trakcie ich spotkania będzie:

1. dokładne wybadanie obecnej sytuacji zawodowej i rodzinnej „S” z pozycji starego znajomego

2. ocena stopnia zdecydowania się „S” na osiedlenie w Polsce, statusu na jakim chce się osiedlić, jak wygląda sprawa mieszkania

3. zbadanie czy i jakie (faktyczne) obietnice uczynił mu Ambasador [Józef Klasa – R.W.]

4. wykazanie „S”. że sprawa jego osiedlenia zależy tylko i wyłącznie od MSW, a żadna inna droga nie rokuje nadziei na jej pozytywne załatwienie. Będzie to zasadniczy cel spotkania tow. Plesnara z „S” – musi on wyjechać z Polski z przekonaniem o konieczności kontaktów z namiT. Mądrzak, „Elżbieta Dzikowska: w IPN”, http://nowa.gazeta.obywatelska.info/materials/554b94faeet861852eba99e4[11].

W jaki sposób został ostatecznie zwerbowany?

Szczerze mówiąc, nie miał wielkiego wyboru. Kochał Elżbietę i chciał osiedlić się w Polsce. Poza tym miał pewne grzeszki z przeszłości. Argumentacja była prosta, jak zawsze w takich wypadkach: „Wicie, rozumicie (to był typowy żargon z tamtych lat) kochacie przecież swoją ojczyznę? Polska chętnie was tu przyjmie, ale – wicie, rozumicie – coś tej Polsce po tylu latach jesteście winni, tym bardziej że w czasie wojny, Haliku, Haliku, toście się nie popisali. Więc, wicie, rozumicie, co jakiś czas, jak będziecie wracać z jakiejś swojej podróży, spotkamy się, porozmawiamy, a wy nam opowiecie, co w trawie piszczy, co tam za granicą o nas mówią i co warto, byśmy wiedzieli…”.

Choć wił się jak piskorz, zgodził się na współpracę. Ale z góry zastrzegł, że prawdopodobnie nie będzie miał do zaoferowania zbyt wielu informacji. W odpowiedzi usłyszał, że zainteresowania wywiadu „leżą w zakresie jego obowiązków zawodowych i wymagają tylko innego spojrzenia i większego pogłębienia”M. Wlekły, [?], s. 347.[12]. Niczego więcej.

– Ja nic o tym nie wiedziałam – po latach powie Elżbieta Dzikowska. – Tony milczał na ten temat jak grób. Zresztą nic dziwnego, bo doskonale znał mój stosunek do tamtej władzy i nie wiem, jak by sprawy dalej między nami się ułożyły, gdybym cokolwiek podejrzewała.

Wkrótce funkcjonariusze zmieniają Halikowi pseudonim z „Santiago” na „Sędzimir” (miał go sobie sam wymyślić). Zaraz na wstępie

[…] funkcjonariusze wymyślili mu mnóstwo zadań, aby się wdrożył: odwiedziny w bońskim MSZ-cie, opis polityki amerykańskiej i chińskiej w Meksyku, i w Ameryce Łacińskiej, stosunek Meksyku do PRL. W jego teczce wkrótce znalazła się notatka jego autorstwa „o przyczynach ustąpienia meksykańskiego Ministra Spraw Zagranicznych, o [nowym – R.W.] kandydacie wielkiego kapitału na urząd prezydencki, o zbliżeniu Meksyku do państw socjalistycznych i o chińskiej polityce zawierania niekorzystnych umów dla zapewnienia wpływów politycznych”. […] Przygotowano także zapotrzebowanie na następne informacje: najbliżsi współpracownicy [nowego prezydenta Meksyku – R.W.] Portillo; meksykańscy politycy zorientowani na USA; politycy proniemieccy; czy Chiny żądają od Meksyku rozluźnienia współpracy z krajami socjalistycznymiM. Mądrzak, „Tony Halik – pozwolenie na pobyt stały w prezencie od Służby Bezpieczeństwa”, „Bibuła. Pismo niezależne”, www.bibula.com./?p=32726[13].

„Santiagiem” Halik był w okresie obserwacji i „naprowadzania”. „Sędzimirem” – gdy stał się już współpracownikiem. To rozróżnienie pseudonimów jest dość istotne, ponieważ może ono stanowić argument na poparcie tezy wypowiedzianej już poprzednio przez Bogdana Chrzanowskiego z gdańskiego oddziału IPN: że to, iż funkcjonariusze w stosunku do Elżbiety Dzikowskiej w swoich zapiskach i rozmowach mogli używać pseudonimu „Evita”, wcale nie przesądza o tym, iż została ona zwerbowana. Bo „Evita” może być jej określeniem z okresu przypatrywania się jej i „naprowadzania”, a owo „naprowadzanie” mogło przecież zakończyć się fiaskiem.

„JUŻ TAKA ZIMNA CHOLERA ZAKOCHANA W TOBIE JESTEM”

Z dokumentacji zgromadzonej w teczce Tony'ego jasno wynika, że w tym okresie wielokrotnie przyjeżdżał i wyjeżdżał z Polski (w zależności od tego, jakie miał zlecenia od NBC). Gdy był poza Polską albo dzwonił do Elżbiety, albo pisał w sposób, który niezwykle trudno byłoby podrobić. Niekiedy bywało tak, że listy napisane w podróży docierały do Dzikowskiej, kiedy on był już w Warszawie. W jednym z jego listów z tego okresu, pisanym z Meksyku, czytamy:

Elżuniu Moja Kochana! Ciągle myślę o Tobie, bo mi się cholernie podobasz. JAK SIĘ CZUJESZ? Jak Twoje Doły? Jak Twoje Góry? Jak samopoczucie? Oczywiście (wiem to z góry), że mi odpiszesz, że jesteś ZDROWA i wszystko w porządku. Ale jak jest naprawdę? BO JA SIĘ MARTWIĘ O CIEBIE. I TO NAWET BARDZO. […]List Tony'ego Halika do Elżbiety Dzikowskiej z Meksyku z dnia 21 października 1976 r. Archiwum domowe Elźbiety Dzikowskiej.[14]

[…] Ciągle mi Ciebie brak. To strasznie mnie zniechęca do pracy i w ogóle do wszystkiego. Tęsknota ma tak niewiele synonimów. No jak Ci to powiedzieć. CHOLERNIE BRAK MI CIEBIE, no już taki chłopak jestem. Czekam na Twój list w Meksyku. Całuję, Tony.

[Dopisek:] Smutno mi żyć SIN TU CARINO [bez twojej miłości – R.W.]. W ogóle nie nadaję się do celibatu. Ale UNICAMENTE NOSOTROS PODEMOS TENER AMOR PERFERCTO [ale tylko nam dane jest doświadczać miłości doskonałej – R.W.]. Taki to już los wypadł nam QUE NO PODEMOS VIVIR UNO SIN OTRO [że nie możemy żyć bez siebie – R.W.]. Strasznie zarozumiały jestem.

[Rysunek koguta z podpisem:] SUPER GALLO [Super kogut – R.W.]List Tony'ego Halika do Elżbiety Dzikowskiej z Hawany z dnia 17 lipca 1976 r. Archiwum domowe Elżbiety Dzikowskiej.[15].

Elżuniu Moja Kochana! Piszę, bo bardzo mi smutno bez Ciebie. […] Przyjadę do Ciebie najpóźniej 12 grudnia, żeby być z Tobą jak najszybciej, tak już „cholernie mi się podobasz”. W Meksyku jestem jak zawsze zapracowany. Ledwie wylazłem z Kuby, od razu wpadłem w wir problemów dewaluacji, rumores [pogłosek – R.W.] że będą zamachy na Echeverría i jego żonę. Że okradł kraj (co ciągle twierdzę, że jest nieprawdą). W ogóle moc spraw. Jednak jest prawdą, że peso poleciało na dół i to bardzo. Ale nie martw się że jestem bankrutem, bo mi jest z tym do twarzy, Doszedłem do przekonania, że tracić pieniądze i w dodatku się martwić to podwójna strata pieniędzy i zdrowia. Myślę, że chyba będziesz mnie też kochać jak będę trochę biedniejszy. Zawsze nam wystarczy na jakąś szynkę i „cielęcinę od fryzjera”. Zresztą trochę wyratowałem i trochę jeszcze wyratuję. Trochę złota ci przywiozę i jakoś będziemy żyć, byle tylko razem.

Dzwoniłem [do redakcji – R.W.] i tylko Elżbieta Kotarska mi odpowiedziała. A tak chciałem usłyszeć Twój głos. Bo cholernie mi Ciebie brak. Taka już zimna cholera zakochana w Tobie jestem. No ale sobie wszystko powetujemy już nie długo. […]. Twój Tony”List Tony'ego Halika do Elżbiety Dzikowskiej z Meksyku z dnia 17 listopada 1976 r. Archiwum domowe Elżbiety Dzikowskiej.[16].

Były też „mniejsze formy” – pocztówki, jak na przykład ta, na której pokazany jest „jet” Lufthansy: „Kochana Elżuniu. Lecę sobie «szwabskim» samolotem i popijam «szampana» (FRANCUSKI) za Twoje i nasze przyszłe zdrowie. Tony”. Nad podpisem odręczny rysunek przedstawiający dwuszpulową kamerę i kamerzystę w sombrero (czyli Tony'ego). Obok inny rysunek przedstawiający przechyloną butelkę, z której do kieliszka leje się szampan (pod butelką widnieje podpis: SZAMPAN FRANCUSKI)Pocztówka Tony'ego Halika do Elżbiety Dzikowskiej z dnia 15 kwietnia 1976 r. Archiwum domowe Elżbiety Dzikowskiej.[17].

Obok tych dowodów uwielbienia i miłości, od końca roku 1975, Elżbieta z ogromnym zainteresowaniem wypatrywała jeszcze innej korespondencji zza oceanu. Tej, która zaczęła nadchodzić od profesora Edmundo Guilléna Guilléna – znanego historyka z Limy. Poznała go już w czasie swojego pierwszego pobytu w Peru, a znajomość odnowiła, gdy przelotnie (bo samolotem) zawitała tam na krótko w drodze powrotnej z Meksyku. Wtedy profesor Guillén wspomniał jej o tym, że w roku następnym chce zorganizować wyprawę do Vilcabamby, czyli ostatniej stolicy Inków. Wiedząc, że ma przed sobą kierowniczkę działu Ameryki Łacińskiej renomowanego miesięcznika, zapytał, czy może zechciałaby wziąć udział w tym przedsięwzięciu…

– Akurat mnie dwa razy tego nie trzeba było powtarzać – z błyskiem w oczach powiedziała po latach Elżbieta. – Do propozycji tej zapaliłam się od razu i to niezmiernie.  „Hurra, hurra!”, pomyślałam. „Eureka!”. Bo było to właśnie to, co chodziło mi po głowie od dawna: pełna dzicz, nieznane tereny, jakaś ważna misja… Wielka przygoda, wielka historia! Nareszcie!

– Coś innego niż jeżdżenie w orszaku prezydenta Meksyku?

– Oj, to trochę złośliwe. Ale zapewniam, że niejeden, czy niejedna, w takim „orszaku” chciałby lub chciałaby jeździć. Bo to nie był żaden orszak!

– A dlaczego profesor Guillén właśnie pani złożył taką propozycję, a nie, na przykład, jakiemuś dziennikarzowi czy dziennikarce z USA?

– Na pewno moim atutem był mój entuzjazm, którego nigdy mi nie brakowało. Poza tym byłam z Europy Wschodniej, a w tamtym czasie w Peru nadal trwała lewicowa rewolucja. Co prawda generał Velazco Alvarado już nie żył, ale miał godnego następcę: też generała, Moralesa Bermudéza, który kontynuował przemiany zapoczątkowane przez jego poprzednika. Peru masowo wtedy importowało broń ze Związku Radzieckiego, więc profesor Guillén był pewien, że bardziej będzie mu po drodze z dziennikarką z bloku wschodniego niż z USA. Poza tym przedstawiciel USA był tam ze mną. Bo do Limy na krótko doleciał wtedy Tony. Więc lepszego układu Guillén nie mógł sobie wymarzyć. Z jednej strony blok wschodni, z drugiej Ameryka. A jak Ameryka, to naturalnie pieniądze. Pieniądze umożliwiające przeprowadzenie wyprawy.

– Sprytne.

– Życiowe i pragmatyczne. Takie podejście do sprawy, przynajmniej w moich oczach, przedsięwzięciu temu przydawało rumieńców realności.

– Wiedziała pani wtedy, czym była Vilcabamba?

– Nie będę udawać. O Vilcabambie, ostatniej stolicy Inków, po raz pierwszy usłyszałam właśnie wtedy od profesora Guilléna. Ale zapał, z jakim mówił na ten temat, natychmiast podpowiedział mi, że jest to coś niezwykle ważnego. Dawnego, a jednocześnie bardzo żywego. Bo wtedy o Vilcabambie naprawdę niewiele wiedziano, a na dodatek tę skromną wiedzę posiadała garstka osób. Szczególnie w Europie, a jeszcze bardziej we wciąż jeszcze siermiężnej Polsce. Wtedy wszyscy byliśmy na etapie przyswajania sobie klasycznego XIX-wiecznego dzieła Williama Prescotta pod tytułem Podbój Peru, które akurat wtedy u nas przetłumaczono i które entuzjastycznie zrecenzowałam w „Kontynentach”. A w Podboju Peru o Vilcabambie nie było praktycznie nic. Bodajże jeden akapit! Historia Inków dla większości z nas kończyła się wtedy na śmierci Atahuallpy, a w najlepszym razie na oblężeniu Cuzco z roku 1536. Założone w czasie podboju po drugiej stronie Andów państwo neoinkaskie w świadomości większości osób interesujących się prekolumbijskimi dziejami Ameryki Łacińskiej jeszcze nie zaistniało.

– Rozumiem, że jak ta propozycja padła, szybko zaczęła pani uzupełniać zaległości na ten temat.

– Oczywiście. I szybko zrozumiałam, jak ważne to miejsce. Źródłem zdecydowanej większości informacji był dla mnie profesor Guillén, na którego wkrótce Tony i ja zaczęliśmy mówić po prostu: Edmundo.

LISTY I ZDZIWIENIA

Kim był ów Edmundo?

Już niestety nie żyje. Zmarł w roku 2005, co jest ogromną stratą dla tej biografii. Urodził się w roku 1921 w miejscowości o bardzo egzotycznej, indiańskiej nazwie: Laramate. Był senatorem, rektorem uniwersytetu Ricardo Palma w Limie, a przede wszystkim wybitnym historykiem i uczniem słynnego Juana José Vegi. W swych pracach zakwestionował tradycyjne widzenie historii Peru. Podboju Peru przez Hiszpanów nie uznawał za koniec inkaskiej państwowości.

Najpierw zajmował się państwem neoinkaskim z lat 1537–1572 (a więc okresem, gdy po drugiej stronie Andów, w czasie konkwisty, swe istnienie kontynuowało niepodległe państwo Inków w postaci Królestwa Vilcabamby). Następnie za swoisty powrót Tawantinsuyu uznał pojawienie się w Peru w pierwszej połowie XX wieku silnych tendencji indygenistycznych. Jego zdaniem pierwiastki iberyjski i kreolski na terenie andyjskim przez dziesięciolecia ulegały systematycznemu rozkładowi. Z tego upadku na nowo wyłonić się miała tradycja inkaska, zyskująca swój nowy kształt w formie Wspólnoty Andyjskiej – Andyjskiego Wspólnego Rynku.

Listy od Guilléna do Dzikowskiej zaczynają nadchodzić praktycznie zaraz po jej powrocie z Limy do Warszawy.

W listopadzie 1975 roku pisał:

[…] Jeśli chodzi o projekt Vilcabamba, zakończyłem już studia historyczne i w chwili obecnej zajmuję się weryfikacją geografii interesującego nas terenu. […] Jestem przekonany, że w czerwcu przyszłego roku – o ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego – […] będziemy mieli przyjemność widzieć cię znów w PeruList Edmundo Guilléna Guilléna napisany w Limie do Elżbiety Dzikowskiej z dnia 8 listopada 1975 r.[18].

W styczniu 1976:

Nasz projekt ma za cel odkrycie fortecy Huayna Pucara, innych ruin znajdujących się w jej sąsiedztwie […] i Vilcabamby – ostatniej stolicy Inków. […] Mamy jeszcze wystarczająco dużo czasu, by myśleć o ekspedycji naukowej z prawdziwego zdarzenia, […], w której skład weszliby naukowcy z różnych specjalności oraz personel techniczny, będący w stanie sfilmować niecodzienne otoczenie tych miejsc, jak wszelkie ciekawostki o naturze etnologicznej […]. Jestem przekonany, że może to być wyprawa, która zostanie zauważona na całym świecie, ponieważ pozwoli ona zlokalizować w sposób nie budzący wątpliwości Vilcabambę. Wszak to, co do tej pory na ten temat jest wiadome, to tylko przypuszczenia. […] Z naszej strony w projekt wkładamy wiele pracy i entuzjazmu, po waszej zaś stronie [Dzikowskiej i Halika] pozostaje załatwienie kwestii finansowych. […] Najlepszy czas na realizację projektu to okres między czerwcem a sierpniem. Potem w regionie, do którego mamy się udać, zaczynają się obfite deszczeList Edmundo Guilléna Guilléna napisany w Limie do Elżbiety Dzikowskiej z dnia 13 stycznia 1976 r.[19].

21 marca 1976 roku Guillén kieruje do redakcji „Kontynentów” następujące zaproszenie:

Z przyjemnością zaświadczamy, w imieniu „Projektu Wayna Pucara-Vilcabamba»” […], że Pani Elżbieta Dzikowska […] została zaproszona do wzięcia udziału w organizacji trzeciego etapu tego projektu.

Celem „Projektu Wayna Pucara-Vilcabamba” jest odkrycie ostatniej stolicy Inków przy pomocy „Centro de Altos Estudios Militares del Peru”, Państwowego Muzeum Historycznego, Państwowego Uniwersytetu San Marcos, Uniwersytetu Ricardo Palma, jak również przy pomocy innych organizacji naukowych i kulturalnych Peru i z zagranicy.

Redaktorce Elżbiecie Dzikowskiej zapewniamy środki utrzymania w czasie pobytu w Peru (z wyjątkiem kosztów podróży Warszawa–Lima) w miesiącach od czerwca do sierpnia 1976 roku, w których odbędzie się planowana ekspedycja, jak i opracowanie wyników badań i porównanie ich z rezultatami badań w miastach prekolumbijskich Ameryki Środkowej, a w szczególności Meksyku, Gwatemali, Kolumbii, Ekwadoru i Boliwii. […]. Dr Edmundo Guillén odpowiedzialny za projekt, Rektor Uniwersytetu Ricardo Palma w LimieDokument (Lima, 21 marca 1976) z archiwum domowego Elżbiety Dzikowskiej.[20].

Ups, profesor nagle okazuje się doktorem!

Dwa następne listy, z 13 i 20 maja 1976 roku, przynoszą kolejne niespodzianki: z pierwszego wynika, że doktor Guillén wymarsz ekspedycji z miejscowości Pampaconas planuje na 14 lipca, by „odkrycia dokonać między 21 a 24 lipca”List Edmundo Guilléna Guilléna napisany w Limie do Elżbiety Dzikowskiej z dnia 13 maja 1976 r.[21] (ale czy odkrycie ruin zaginionych w selwie można zaplanować?). Z drugiego listu dowiadujemy się natomiast, że zanim Dzikowska i Halik przybędą do Peru, Guillén razem z Ramiro Matosem, archeologiem, uda się w rejon Vilcabamby i ostatecznie ustali szczegóły topograficzne oraz drogę dojścia do ruin, które mają zostać odkryte! (sic!).

20 maja Guillén pisze osobny list do Halika. Prosi o pieniądze. Stwierdza, że w budżecie wyprawy (na razie) brakuje tysiąca dolarów amerykańskich. Od tego, czy Tony znajdzie tę kwotę, zależy, czy wyprawa dojdzie do skutku. Pisze też o możliwości wynajęcia helikoptera, żeby przeprowadzić wstępny rekonesans w rejonie Vilcabamby, ale to oczywiście związane jest z dalszymi kosztami. Godzina lotu helikoptera to 32.000 soli (w roku 1976 jeden dolar wart jest około pięćdziesiąt soli – R.W.). Ile godzin byłoby potrzeba? Trzeba by to skalkulować…

Tony oczywiście owe tysiąc dolarów znajduje; otrzymuje je z kasy NBC News. Jednocześnie uprzedza swoich mocodawców, że to pewnie nie ostatni zastrzyk finansowy, który będą musieli wyasygnować. (Znał Amerykę Łacińską, znał Peru). Nieco później w TVP opowie o tym, że aby sfinansować wyprawę do Vilcabamby, musiał… obrabować dyliżans! Ale zrobił to z miłą chęcią, by Elżbieta mogła odkryć Vilcabambę, a on mógł to uwiecznić na taśmie filmowej…

W ostatniej chwili wszystko staje pod znakiem zapytania, bo Halik musi poddać się operacji wyrostka robaczkowego. Ale zaciska zęby – jak to on – i do pełnej sprawności fizycznej wraca w błyskawicznym tempie. Tony i Elżbieta do Limy przylatują na początku lipca. Guillén jest nieco rozczarowany, bo liczył, że wraz z nimi z Polski przyjedzie ktoś jeszcze. Wyprawa byłaby większa. Argument, że nie ma co odkryciem dzielić się ze zbyt wieloma osobami, ostatecznie trafia mu jednak do przekonania. Rozumie wreszcie, dlaczego nieszczególnie palili się do tego, by do ekspedycji włączyć kogoś z miesięcznika „National Geographic”, na czym jemu zależało.

Inżynier Isaac Irigoyen Prada pracował wtedy dla Guilléna, bo kierował przebudową Uniwersytetu im. Ricarda Palmy. Latem 2018 roku gościłem go u siebie. Powiedział mi wtedy:

– Pamiętam, że na początku lipca 1976 roku na uniwersytecie było dość duże poruszenie. Mówiło się, że rektor Guillén finalizuje jakiś duży projekt badawczy, który był otoczony nimbem tajemnicy. W związku z tym przedsięwzięciem w rektoracie często bywali wysocy rangą wojskowi. Przyjechała też wtedy jakaś ważna delegacja z zagranicy i na jej cześć zorganizowano bankiet. Cały personel przygotowywał przekąski i pisco sourPisco sour – najpopularniejszy napój alkoholowy w Peru. Trzcinowa wódka zmieszana z sokiem z limonki, przyozdobiona ubitym białkiem.[22], którym potem wznoszono głośne toasty. Atmosfera była bardzo podniosła. Dziś jest dla mnie oczywiste, że tymi przyjezdnymi z zagranicy byli Elżbieta Dzikowska i Tony HalikRozmowa z Issakiem Irigoyen Pradą w Gdyni w dniu 6 lipca 2018 r.[23].

Do Guilléna, Halika i Dzikowskiej w Limie dołączył Erasmo Moran Sanchez, dwudziestopięcioletni absolwent administracji, nazywany przez wszystkich Yayo i – jak się później okazało – narzeczony córki Guilléna. Zważywszy, że nie był on archeologiem, skład ekspedycji prezentował się raczej skromnie.

Ta czwórka 10 lipca 1976 roku leci do Cuzco – dawnej stolicy Inków (którą po roku 1536 zastąpiła położona po drugie stronie Andów Vilcabamba), w latach 70. uniwersyteckiego miasta liczącego nieco ponad sto tysięcy mieszkańcówObecnie Cuzco liczy około 500 tys. mieszkańców.[24]. Przez dwa dni aklimatyzują się do wysokości, robią zakupy, by 12 lipca pociągiem, przez Ollantaytambo i Machu Picchu, dotrzeć do Chaullay, niewielkiej miejscowości sąsiadującej z wioską Santa Maria, gdzie znajduje się wspomniany niedawno most na rzece Urubambie, do którego czterdzieści jeden lat później, w czerwcu roku 2017, jadąc z Cuzco terenówką Marthy Alegríi, dotarliśmy Elżbieta i ja.

KIERUNEK VILCABAMBA. ROK 2017 I 1976

Po drugiej stronie mostu wjechaliśmy w krajobraz mroczniejszy niż dotychczas, znacznie bardziej bezludny. Droga była wąska, pylna, niezbyt pewnie przylepiona do gęsto porośniętego zbocza, które mieliśmy po prawej ręce. W dole swe wody toczyła Río Vilcabamba, rzeka będąca dopływem Urubamby.

Vilcabamba – ta nazwa była tu wszechobecna. Tak nazywały się pobliskie góry, na których drugą stronę przejechaliśmy kilkadziesiąt minut temu. Tak nazywał się cały ten region. Tak niegdyś nazywało się Królestwo, którego dawne progi przed chwilą przekroczyliśmy. Tak – wreszcie – zwała się rzeka oraz sanctum sanctorum: zaginione w dżungli miasto, które mieliśmy hen daleko prze sobą i do którego chcieliśmy dotrzeć.

To nazwa w języku keczua (języku dawnych Inków). Vilca oznacza święta, bamba to równina. A więc Święta Równina. Stąd też jej hiszpański odpowiednik: Espiritú Pampa oznaczający dokładnie to samo: świętą równinę, równinę duchów.

Gdy byłem po raz pierwszy w tych stronach w roku 2008, a potem jeszcze raz w roku 2013 (skąd wzięła się moja śmiałość, by Elżbiecie Dzikowskiej zaproponować naszą wspólną podróż w roku 2017), zapisałem:

Mroczność i inność – to to, co bardzo wyraźnie pozostało mi w pamięci z tego odcinka podróży. Kraina na lewym brzegu Urubamby była naprawdę całkiem inna od tej z prawego brzegu tej rzeki. […] Las był tu całkiem odmienny od tego, który znałem z innych regionów Peru. Las dosłownie na wyciągnięcie ręki. Las wijący się setkami rozpuszczonych, raz zielonych, kiedy indziej znów na wskroś wysuszonych warkoczy. Wczepiający się szponami korzeni w ledwie przykryte wątłą warstwą ziemi brązowe skały; wspinający się na piętrzące się po prawej stronie strome, prawie pionowe zbocze. A w każdym z tych wariantów – a jakże! – podszyty wszechobecną aurą ostatniego niezależnego Królestwa InkówGwoli kronikarskiej ścisłości: w roku 2008 w wyprawie do Vilcabamby towarzyszył mi pisarz i podróżnik Jarosław Molenda. Rezultatem tej podróży była moja mini-monografia indiańsko-hiszpańskich zmagań o Vilcabambę pod tytułem „Vilcabamba 1572”, Bellona, Warszawa 2010. oraz książka „Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba”, Fitoherb, Sopot, 2013. W podróży w roku 2013 towarzyszył mi Arkadiusz Paul, z którym – pod tej eskapadzie – opublikowaliśmy album w całości poświęcony Królestwu Vilcabamby „Zielone Pompeje. Drogami Inków do Machu Picchu i jeszcze dalej”, Sopot 2013.[25].

– Ja miałam bardzo podobne odczucia – powiedziała Elżbieta, gdy jej te zapiski odczytałem.

Mówiąc bez cienia przesady, po przekroczeniu mostu Chuquichaca, Mostu Radości, była w siódmym niebie: bo oto to, co do tej pory robiła, wchodziło na jeszcze wyższy poziom. Stawała twarzą w twarz z czymś całkowicie nowym, nieznanym, dziewiczym. Naprawdę mało któremu dziennikarzowi czy dziennikarce było dane coś takiego. Poza tym była zakochana, zakochana po uszy; do Vilcabamby zmierzała w towarzystwie ukochanego mężczyzny, który – jeśli chodzi o podróżowanie i dziennikarskie rzemiosło – był dla wielkim autorytetem. W niepamięć poszły wreszcie niedostatki finansowe, z którymi do tej pory nieustannie borykała się w czasie swoich wojaży, wszak Tony, odkąd go poznała, usuwał spod jej nóg wszelkie finansowe kłody. Czegóż więcej można było chcieć? Żyć nie umierać! Iść przed siebie. Pisać. Odkrywać. „Chwilo, trwaj wiecznie, taka jesteś piękna!” – to chyba z Fausta Goethego, czyż nie? Z emocji, z radości, uniesienia szumiało jej w głowie. Dobiegała czterdziestki. Mimo że mieszkała za Żelazną Kurtyną, potrafiła się stamtąd wyrwać albo, co najmniej co jakiś czas, bardzo skutecznie wyrywać. Przyszłość jawiła jej się w jasnych, wspaniałych kolorach. Przed nią, gdzieś w dali leżała teraz Vilcabamba – chyba jeden z najwspanialszych tematów, które u schyłku XX wieku dziennikarz mógł sobie wymarzyć w Ameryce Łacińskiej…

Choć wspominałem o tym już na samym początku, tu muszę to jeszcze powtórzyć. Vilcabamba z dwóch powodów była tak ważna. Po pierwsze dlatego, iż po tym, jak w czasie konkwisty w XVI wieku Cuzco znalazło się w hiszpańskich rękach, po 1536 roku Inkowie przenieśli swoją stolicę na drugą stronę Andów, do selwy, do nowego naprędce zbudowanego miasta, czyli Vilcabamby. Przez trzydzieści pięć lat posiadali niezależne państewko. Stamtąd właśnie nękali Hiszpanów i uświadamiali im, że wbrew pozorom nie są wcale u siebie w domu. Po drugie dlatego, że gdy Vilcabamba w roku 1572 roku została wreszcie przez Hiszpanów zdobyta, na długie wieki zapomniano o jej istnieniu i o tym, gdzie kiedyś się znajdowała. Dopiero odnalezienie odpowiednich hiszpańskich kronik (w XX wieku) przywróciło ją i związane z nią zdarzenia na karty historii. Ale nadal był jeden zasadniczy szkopuł – nikt nie wiedział, gdzie była położona. Gdzie szukać jej pozostałości.

Najpierw sądzono, że być może pozostałościami Vilcabamby były ruiny położonego ponad kanionem rzeki Apurímac inkaskiego miasta Choquequirao. Potem – po odkryciu w roku 1911 przez Hirama Bingahama Machu Picchu – uważano, że z uwagi na przepych tych ruin, to właśnie one muszą być dawną Vilcabambą, stolicą. Ale ten pogląd też po pewnym czasie zarzucono. Właśnie dlatego sprawa dotarcia do Vilcabamby tak bardzo zelektryzowała Elżbietę i Tony'ego, gdy w roku 1975 w Limie od Edmundo Guilléna usłyszeli jej historię i to, że za rok ma on zamiar ją odkryć…

Z Santa Maria do Huancacalle, ostatniego przyczółka cywilizacji w drodze do Vilcabamby, dotarliśmy 11 czerwca 2017 roku wieczorem. Było zimno, bo miejscowość ta położona jest na wysokości prawie 3000 metrów n.p.m, a od strony oblodzonych stoków Kordyliery Vilcabamby docierały mroźne podmuchy wiatru. W ciasnych i niskich pokoikach domu Agidy i Leoncia Cobosów spędziliśmy noc. Następnego dnia zamierzaliśmy zwiedzić ruiny pobliskiego Vitcos – inkaskiego miasta związanego z historią walk o spacyfikowanie Vilcabamby – a kolejnego dnia dalej ruszyć w drogę.

W lipcu roku 1976 Tony, Elżbieta, Edmundo Guillén, Yoyo i Braulio (wojskowa obstawa przydzielona w związku z obecnością w okolicach partyzantów jeszcze bardziej lewicowych niż rząd generała Bermudéza Moralesa) noc także spędzili w tych okolicach, w sąsiadującej z Huancacalle Puquiurze.

Na razie z Elżbietą poruszaliśmy się prawie dokładnie po jej śladach sprzed czterdziestu jeden lat.

DROGA NA ZAMÓWIENIE! (MIĘDZY HUANCACALLE A ESPIRITÚ PAMPA)

Po wyjeździe z Huancacalle miało się to jednak zmienić. Okazało się, że nasza podróż będzie znacznie łatwiejsza niż przewidywałem. Sądziłem, że samochodem najdalej będziemy mogli dojechać do wsi Chontabamba, dokąd, z pobliskiego już Espiritú Pampa, będzie trzeba sprowadzić muły, by na ich grzebiecie pokonać ostatni odcinek drogi. Tymczasem w Huancacalle okazało się, że na ostatnim odcinku między Chontabambą a Espiritú Pampa (indiańskim przysiółku leżącym na obrzeżach ruin Vilcabamby) istnieje już niedawno oddana do użytku droga, którą można dojechać samochodem do samego Espiritú Pampa.

Naszą Toyotą Hilux z Huancacalle ruszyliśmy w kierunku przełęczy Huarina, za którą zaczynała się dżungla. W roku 1976 Edmundo Guillén, Tony, Yoyo, ich obstawa oraz Elżbieta w kierunku Vilcabamby ruszyli innym szlakiem: przez wioskę San Francisco de la Victoria de Vilcabamba (założoną przez konkwistadorów po splądrowaniu Vilcabamby w roku 1572), Pampaconas, Ututo, Vista Alegre i Consevidayoc. To szlak trudniejszy, możliwy do pokonania tylko na koniach i mułach. My, chcąc oszczędzić Elżbiecie takich trudów podróży, wybraliśmy trasę mniej forsowną.

Zanim dotarliśmy na przełęcz Huarina, przez pewien czas poruszaliśmy się wzdłuż górskiej odnogi Puncuyoc, w której masywie na wysokości 4400 metrów n.p.m. znajdują się najwyżej położone ruiny Inkaskie – Inti Huasi. Potem spotkała nas niespodzianka, bo na pewnym odcinku droga jeszcze nie do końca była gotowa i brakujący odcinek jej budowniczowie (na naszą prośbę!) naprędce dobudowali!

Ucieszeni, że po krótkim postoju możemy jechać dalej, że to nie przedwczesny koniec naszej eskapady, przez co najmniej kwadrans z ulgą przekrzykiwaliśmy warkot silnika:

– Uff, takie coś może zdarzyć się tylko w Peru!

– Droga na zamówienie!

– Tego jeszcze nie było!

– Czegoś takiego jeszcze nie grali!

Potem zjechaliśmy do dżungli. Krajobraz z wysokogórskiego, z puny, w jednej chwili zmienił się w wilgotny i leśny. Na drodze błyszczały kałuże po codziennych krótkich, ale bardzo gwałtownych opadach, od czasu do czasu wybiegał nam naprzeciw ślad leśnego głębokiego oddechu – zagubione pasmo mgły. Wzdłuż drogi tu i ówdzie plamami fioletu, żółci i purpury wybuchały orchidee i przepiękne helikonie, a przed maską samochodu przemykały latające klejnoty – zmienione w rozedrganą mgiełkę kolibry. Wartkie strumienie spływające z górskich zboczy przejeżdżaliśmy po przerzuconych ponad ich nurtem okorowanych pniach albo po niebezpiecznie skrzypiących kładkach. I w końcu, po minięciu zagubionej w tym wielkim lesie wioseczki Esmeralda (czyli Szmaragd), dojechaliśmy do najprawdziwszego skrzyżowania: nasza dotychczasowa droga spotkała się z drogą zaczynającą się w Quillabambie i kończącą się – kiedyś – w Chontabambie, a obecnie w samym Espiritú Pampa, czyli de facto w Vilcabambie!

Gdy się na niej znaleźliśmy, wszyscy odetchnęli z ulgą. Było wiadomo, że najtrudniejszy odcinek drogi mamy już za sobą. Samochód sprawował się nienagannie. Od Espiritú Pampa – a więc od Vilcabamby – dzieliły nas już tylko godziny.

– Ale, wbrew pozorom, nie jest to turystyczna wycieczka – stwierdziła w pewnym momencie Elżbieta. – To forsowna jazda przez góry i dżunglę. I bardzo dobrze. Tak powinno być. Bo ja zawsze chciałam dużo. I dalej tak jest!

Więc jedziemy, jedziemy, jedziemy. Tyle, ile mechaniczne konie naszego wozu są w stanie wykrzesać. Choć droga koślawa – kierowca nie szczędzi Toyocie ostróg. Czujemy coraz większą radość, że uda nam się! Tyle miesięcy przygotowań! I jeszcze ta niepewność w Cuzco! Ale nic to. Minęło. Będziemy w Vilcabambie! Już nic nie jest w stanie nas zatrzymać!

Jestem wielce rad, że – tak jak kilka miesięcy temu obiecałem – dowożę tu Elżbietę, a ona jest szczęśliwa, że wraca tu po czterdziestu jeden latach. Bo w roku 1976 było to dla niej bardzo ważne wydarzenie. Vilcabamba stała się jej herbem, emblematem, kamieniem węgielnym jej dalszej kariery.

Jeszcze tylko zatrzymujemy się na chwilę w Chontabambie, skąd Omar – syn Agidy Cobos, który jest naszym kierowcą od Huancacalle – dzwoni do domu, że wszystko OK, że udało nam się przejechać najpierw przez góry, a następnie przez dżunglę (bo to przecież nie wycieczka), a potem ostatni skok – ten, który pierwotnie zamierzaliśmy pokonać ma mułach. I jest, jest! Tablica z napisem: ESPIRITÚ PAMPA. A więc dojechaliśmy do celu, jesteśmy na miejscu.

TONY JEST TU Z NAMI!

Robimy sobie zdjęcie na jej tle. W oczach Elżbiety – tej silnej, bardzo silnej kobiety – widzę chyba łzy. Mówi:

– Czuję to bardzo wyraźnie. Tony jest tu teraz z nami!

Też czuję wzruszenie. I niezwykłość tej chwili. Jej wyjątkowość.

Takich momentów – jeśli w ogóle są – jest w życiu co najwyżej kilka. To właśnie dla nich warto żyć.

Potem wprowadzamy się do domu America – krewnego Cobosów z Huancacalle pracującego dla peruwiańskiego „Instituto Nacional de Cultura” (Narodowego Instytutu Kultury), strażnika ruin w Vilcabambie. Jego (znam go z poprzednich dwóch pobytów w tym miejscu) nie ma co prawda w domu; jest na polu, ale zastajemy jego żonę. Pokazuje, gdzie możemy się rozgościć na dwa dni, które zamierzamy tu spędzić. Na pięterku szopy, które tworzy coś w rodzaju pokoi gościnnych. Elżbieta w jednym z nich dostaje materac. Ja w sąsiednim pomieszczeniu mogę rozbić namiot, który znakomicie spełnia rolę moskitiery.

Przy kolacji, gdy Elżbieta opowiada Omarowi, jak to dotarła tu w roku 1976 i że teraz po tylu latach powraca, on stwierdza:

– To bardzo piękna historia!

A w nocy katastrofa: wraca to, co było w Cuzco. Elżbieta dostaje silnego ataku duszności i boli ją za mostkiem. Jest bardzo słaba. Nie może ustać na nogach. Jej ciało jak gdyby się przelewa.

ALARM! (ESPIRITÚ PAMPA)

Nie ma chwili do stracenia. Jeszcze chwila i mi „odjedzie”! Jak stąd daleko do najbliższego lekarza?

Daleko. Najbliższy szpital znajduje się trzysta kilometrów stąd. W Quillabambie. Co robić?

W sąsiedniej Chontabambie jest posta medica – coś w rodzaju ośrodka zdrowia w dżungli. Nie ma tam lekarza, ale jest pielęgniarka.

Trzeba tam jechać. Omar wsiada do Toyoty i pędzi na złamanie karku. Po dwóch kwadransach wraca. Elżbieta ma się coraz gorzej. Na moje oko odlatuje. Później powie:

– Wiedziałam, że zaraz mogę umrzeć, ale wcale się tego nie bałam. Czułam wielki spokój i zadowolenie. Było mi dobrze.

Przyjeżdża pielęgniarka. Ma dwadzieścia cztery lata, nazywa się Cindy Mamani. Jest więc nadzieja. Mierzy Elżbiecie puls. Ciśnienie. Ma z sobą kroplówkę, którą jej natychmiast podaje. Cindy po chwili mówi, że to chyba nie zawał, lecz niedotlenienie i odwodnienie. Jasne. Cały czas było gorąco. Mało piliśmy. Elżbieta w drodze zapomniała o swoich elektrolitach, które zabrała z Cuzco. Stąd ta katastrofa.

U CELU

W roku 1976 nie było takich sensacji. Podróż ekipy Edmundo Guilléna z Puquiury do Vilcabamby przebiegała dość gładko, może za wyjątkiem tego, że Elżbieta raz została zrzucona z muła i dość mocno się potłukła. Jechali jak po sznureczku, jakby wytyczonym szlakiem. Vilcabamby wcale nie poszukiwali, lecz najnormalniej w świecie do niej jechali. Można by się zdziwić, że w taki sposób odbywają się ekspedycje odkrywcze.

Ale ta właśnie tak się odbywała!

Dzikowska tak to sama opisywała:

[…] [nasze] odkrywanie Vilcabamby polega na tym, że posuwamy się powoli, lecz ciągle naprzód, jak gdyby nie było żadnych wątpliwości, że się znajdujemy na właściwym szlaku. Wygląda na to, że Edmundo wie jak i dokąd dojść. Od czasu do czasu wyciąga notatki, zdjęcia lotnicze (wykonane przez amerykańskiego satelitę [sic!]), kopie starych dokumentów. Sprawdza – mówi – czy nasz szlak zgadza się z drogą opisaną przez hiszpańskich żołnierzy. Porównuje własne obserwacje terenu z informacjami przekazanymi przez kronikarzyE. Dzikowska, „Vilcabamba – ostatnia stolica Inków”, Warszawa 1979, s. 93.[26].

Postępując w ten sposób, ekspedycja do ruin miasta ukrytego w selwie – zgodnie z przewidywaniami Guilléna – dociera 20 lipca. Gęsty tropikalny las porasta prastare mury, ale można je rozpoznać. Są bez wątpienia w Vilcabambie. Nie są to mury megalityczne, wielkokamienne, jak te znane z Cuzco czy z Machu Picchcu, ale rachityczne kamienne ściany wznoszone najwyraźniej w pośpiechu, w popłochu, z marnego materiału. Bo Vilcabamba nie była stolicą monumentalną, lecz wojenną. Tu i ówdzie widać koliste fundamenty obszernych zabudowań – świadectwo sojuszu Inków z ludami selwy. Trafiają też na pozostałości czegoś, co w przeszłości musiało być wspominaną w kronikach świątynią słońca, na wielki głaz, który dla Inków miał być wielką świętością i zalążkiem nowej stolicy, także na sektor ruin zwany przez miejscowych Pampa Eromboni. To do niego w roku 1911 – krótko po odkryciu Machu Picchu – przedarł się Amerykanin, Hiram Bingham. Ale w związku z tym, że mury były tak wątłe, nie zastanawiając się nad tym głębiej, z góry wykluczył, że mogła to być Vilcabamba.

Halik w cienistej puszczy rozpaczliwie szuka światła, żeby móc nakręcić finałowe sceny do filmu, który przez całą drogę pilnie tworzył. Trzeba powalić kilka drzew, żeby cokolwiek było widać. Przy okazji potyka się o wielkie, nieco pokraczne dachówki, które wzbudzają wielkie zainteresowanie Guilléna. Właśnie ich szukał. Ma to być ostateczny dowód na to, że są w Vilcabambie. Bo Vilcabamba powstała już w czasie konkwisty, gdy Inkowie (wzorując się na białych) na pokrycie dachów zaczęli wytwarzać dachówki.

22 lipca, w dniu ówczesnego Święta Odrodzenia, na zaimprowizowany maszt wciągnięty zostaje – obok peruwiańskiej flagi – biało-czerwony proporczyk i odśpiewany zostaje Mazurek Dąbrowskiego. Ma to ostatecznie przypieczętować odkrycie.

„Odkrycie”?

Cierpliwości. Bo żeby mogły pojawić się jakieś wątpliwości, musi minąć jeszcze kilka dni. Ekspedycja musi wrócić najpierw do Cuzco, następnie do Limy.

KUBEŁ ZIMNEJ WODY

Na początku sierpnia utrudzeni, ale jakże zadowoleni, są już ponownie w peruwiańskiej stolicy. Ambasador Stanisław Jarząbek – znajomy Dzikowskiej jeszcze z Kuby, a Halika od nie wiadomo kiedy – w polskiej ambasadzie przy alei Salaverry w Limie zwołuje konferencję prasową. Zapowiedź jest szumna, więc przybywa wielu dziennikarzy (peruwiańskich i zagranicznych) oraz sporo gości, w tym przedstawicieli nauki. Tematem jest odkrycie przez peruwiańsko-polską ekspedycję pozostałości od dawien dawna poszukiwanej ostatniej stolicy Inków – Vilcabamby.

Edmundo Guillén prezentuje zdjęcia oraz dwie przywiezione dachówki. Przekazuje geograficzne koordynaty ruin. Sprawa jest przesądzona. Oczywista. Wyprawa odkryła Vilcabambę, ostatni bastion Inków.

– Były brawa – wspomina ambasador Jarząbek. – Ale od razu pojawiły się wątpliwości. Głos zabrał znany archeolog, profesor Valcarcel. I powiedział, że nie można mówić o odkryciu, bo on sam ze swoimi studentami nie tak dawno był w ruinach koło Espiritú Pampa, a tak w ogóle Vilcabamba została już odkryta w latach sześćdziesiątych przez Amerykanina Gene Savoya, któremu towarzyszył peruwiański archeolog Antonio Santander oraz inny Amerykanin, Douglas Sharon.

Konsternacja.

Dzikowska jest zdumiona, bo przecież Guillén (ekspert, jakby nie było) cały czas mówił coś innego. Patrzy na Halika. Trzeba gasić pożar.

Głos znów zabiera Guillén. Mówi, że wie o wyprawie Sawoya z roku 1964. Ale co to była za wyprawa. Amatorska. Bez żadnej metody. Bez dyscypliny naukowej. Nic nie odkryła. Dopiero dachówki, które on przywiózł, rozstrzygają o tym, że to miejsce to Vilcabamba.

Profesor Valcarcel oponuje. Savoy też znalazł dachówki. Identyczne. I też przywiązywał do nich wielką wagę. Po odkryciu w roku 1964 do Vilcabamby wrócił jeszcze w roku następnym. Kopał praktycznie cały sezon. Zebrał duży materiał archeologiczny – tysiące ceramicznych odłamków. O jego odkryciu napisano we wszystkich najważniejszych tytułach prasowych na całym świecie. To, że to on w roku 1964 roku odkrył Vilcabambę, nie ulega wątpliwości.

Konferencja prasowa zakończyła się sporym zakalcem. Rozentuzjazmowani uczestnicy ekspedycji twierdzili, że odkryli, ale kilku zaproszonych na nią gości wcale nie było o tym przekonanych. Przy odkryciu najmocniej obstawał Guillén, powołując się na swój naukowy dorobek i autorytet. Halik mocno go wspierał. Na wyprawę wziął sporo kasy z NBC. Odkrycie było bardzo potrzebne. I jemu, i jego filmowi. Dzikowskiej oczywiście też.

– Ja najpierw nie zdawałam sobie z sprawy z głębokości tej kontrowersji – opowiada teraz. – Edmundo Guillén od samego początku mówił nam o odkryciu, a następnie przez wiele miesięcy pisał o tym w listach. Ja sama nie miałam wtedy wystarczającej wiedzy, żeby to rozsądzić. Vilcabamba była stosunkowo nowym tematem, mało jeszcze poznanym. Poza tym byliśmy wtedy w wielkiej euforii, czuliśmy, że pod nami wzbiera wielka fala, która może nas zanieść bardzo daleko i bardzo wysoko. Nie mieliśmy zamiaru zajmować się jakimiś niuansami. Z Limy wyjechałam z przeświadczeniem, że odkrycie było, a reszta to detale, które między sobą powinni rozstrzygnąć naukowcy.

Ale to nie były detale. To, że Gene Savoy w 1964 roku odkrył Vilcabambę, to był fakt historyczny. W roku 1970 napisał na ten temat książkę pod tytułem Antisuyu. Czy więc w roku 1976, mimo braku tłumaczenia na polski, można było jej nie znać? Jeśli nawet Dzikowska jej nie znała, musiał o niej słyszeć tytułowany profesorem doktor Guillén. Ponadto w roku 1970 – a więc na sześć lat przed wyprawą Guilléna. Halika i Dzikowskiej – wyszło fundamentalne dzieło Johna Hemminga Conquest of the Incas (Podbój Inków), w którym – w przeciwieństwie do Prescotta – Hemming dokładnie opisuje dzieje czterech władców Królestwa Vilcabamby oraz historię poszukiwań jego stolicy uwzględniającą odkrycie Savoya.

Tej pozycji w roku 1976 Guillén nie mógł nie znać, skoro – jak podaje Dzikowska – długo przebywał w Hiszpanii, gdzie przez rok, w Sewilli, wertował kroniki w poszukiwaniu informacji na temat Vilcabamby. Czyli… Guillén od początku „ściemniał”?

Wiedział, że położenie Vilcabamby od roku 1964 jest znane?

Chciał ją „odkryć” powtórnie? Po swojemu? Dla siebie?

Wprowadził w błąd i Dzikowską, i Halika, czując, że bardzo im zależy, żeby do Vilcabamby pojechać i że są w stanie na ten cel znaleźć odpowiednią ilość pieniędzy? A może Dzikowska i Halik zdawali sobie od początku sprawę z tego, że Guillén wprowadza ich w błąd, tylko przymykali na to oczy, bo byli w euforii, wszystko w tamtym momencie zdawało się możliwe, chcieli Vilcabambę „odkryć”, choć ona od dawna była odkryta, myśląc: najpierw „odkryjemy”, a potem się zobaczy, jakoś to będzie?

Jak w tym wszystkim się połapać? Jak to rozważyć?

– My w redakcji od razu powątpiewaliśmy w to odkrycie – w czasie naszego spotkania w Podkowie Leśnej mówił mi redaktor Jerzy Chociłowski. – Nie za bardzo wydawało nam się ono możliwe. Ela, owszem, była świetna, ale żeby aż tak? Ale brakowało nam czasu, chęci a przede wszystkim wiadomości, żeby to rozstrzygnąć. Więc jak wróciła, jej wersja została przyjęta niejako przez aklamację, brak sprzeciwu. I dużo napisała na ten temat w „Kontynentach”Rozmowa z Jerzym Chociłowski w Podkowie Leśnej w dniu 11 sierpnia 2018 r.[27].

– Miałem od początku wrażenie, że sprawa tego odkrycia była mocno przestrzelona – przyznał w rozmowie ze mną w Nowej Iwicznej profesor Grzegorz Kołodko, od lat zaprzyjaźniony z Dzikowską. – Coś widziałem na temat w Internecie, poza tym sam bywałem w tamtych stronach, więc miałem pewną orientację. Ale nigdy nie dociekałem szczegółówRozmowa z prof. Grzegorzem Kołodką w Nowej Iwicznej w dniu 10 czerwca 2018 r.[28].

– Jeśli Dzikowska mówiła, że odkryła Vilcabambę, a tak nie było, to jest to spora plama na jej podróżniczym honorze – powiedział mi w Gdańsku także podróżnik (i ekspert w grupie rozsądzającej, czy Adam Bielecki postąpił dobrze czy źle po zdobyciu Broad Peaku w roku 2016), Michał KochańczykRozmowa z Michałem Kochańczykiem w Gdańsku w dniu 25 października 2017 r.[29].

Ufff, jak więc ostatecznie było?

Moim zdaniem Edmundo Guillén znał książki Savoya i Hemminga. Zdawał sobie sprawę, że Savoy dokonał odkrycia w roku 1964. I że zrobił to ze wszelkimi szykanami. Ale w czasach dyktatury wojskowej generałów Velasco Alvarado i Bermudéza Moralesa istniało dążenie do tego, żeby w Peru wszystko, co już było odkryte przez innych, odkryć na nowo – patriotycznie, po peruwiańsku. Szczególnie dotyczyło to tych odkryć, których w przeszłości dokonali yankee, czyli Amerykanie.

To na tej fali – najpewniej w słynnym „Instituto de los Altos Estudios Militares”, Instytucie Wyższych Studiów Wojskowych – pojawił się pomysł, żeby ponownie „odkryć” Vilcabambę, żeby to odkrycie uczynić „naszym”. (Stąd wizyty wojskowych w rektoracie przed wyprawą). Potwierdza to sposób, w jaki potem do niego doszło. Guillén swoją grupę prowadził jak po sznurku, niczego nie szukał, szedł po swoje, a raczej Savoyowe.

Dzikowska i Halik najpierw mogli nic nie wiedzieć o Savoyu. Kiedy dowiedzieli się, że Vilcabamba została już odkryta, było już za późno, żeby wycofać się z projektu. A Guillén za to, że ich zabrał ze sobą, na pewno oczekiwał lojalności i solidarności.

A gdy już raz, drugi, trzeci padło z ich ust stwierdzenie, że odkryli, najłatwiej było już przy tym trwać. Identycznie jak z bajeczką na temat ich ślubu w Meksyku. Tym bardziej, że długo utrudniony był przepływ informacji, że nie było jeszcze Internetu i że, last but not least, miło było być odkrywcą.

Na dobrą sprawę – jaka jest różnica między odkryciem a „odkryciem”? Na pewno nie większa niż między lataniem w Luftwaffe a lataniem w RAF. Skłonność Tony'ego Halika do konfabulacji, która wynika z jego życiorysu, też zapewne miała tu niemałe znaczenie.

OSOBOWOŚĆ Z TEFLONU

Ale dość złośliwości.

To, o co można mieć do Dzikowskiej pretensje, to fakt, iż tak długo trwała przy tej nieścisłości. To, że odkryła Vilcabambę, jeszcze stosunkowo niedawno mówiła w wywiadachPrzykład: w wywiadzie pod tytułem „Tropami skarbów kultury” udzielonym Radosławowi Biczakowi dla miesięcznika „Odkrywca” (10/2001) Dzikowska mówi: „25 lat temu razem z mężem [sic!] towarzyszyliśmy profesorowi Edmundowi Guillénowi w wyprawie, która zakończyła się odkryciem Vilcabamby – ostatniej stolicy Inków”. W artykule Nelly Kamińskiej „Serce zostało w… Meksyku, a kawałek także w Peru” z „Gazety Wyborczej” (9–10 września 2006 r). mówi: „[…] dwa lata później razem z Tonym uczestniczyłam w wyprawie, która odkryła w Peru ostatnia stolicę Inków Vilcabambę (oficjalnie 22 lipca 1976 r.)”. Ponadto jako podtytuł tego tekstu widnieje stwierdzenie: „Nasza wyprawa odkryła w Peru ostatnią stolicę Inków Vilcabambę”.[30]. Nawet w broszurze Pasja podróżowania, opublikowanej przez Muzeum Podróżników im. Tony'ego Halika w Toruniu w roku 2013, jest o tym mowa. Czytamy tam: „W 1976 roku [Elżbieta Dzikowska i Tony Halik – R.W.] wzięli udział w wyprawie archeologicznej profesora Edmundo Guilléna, która zaowocowała odkryciem w Peru ostatniej, zaginionej stolicy Inków – Vilcabamby”R.A. Dul, M. Nierzwicka, „Pasja podróżowania. Przewodnik po ekspozycjach i zbiorach muzeum Podróżników im. Tony'ego Halika Oddział Muzeum Okręgowego w Toruniu”, Toruń 2013, s. 26.[31].

Nie ma tu żadnego wahania: „wyprawa zaowocowała odkryciem” – i już. Żadnego niuansu, żadnej dyskusji. Od Andrzeja Roberta Dula, współautora tej publikacji, chciałem dowiedzieć się, na jakiej podstawie padło to stwierdzenie. Ale ilekroć dzwoniłem do niego, nie znajdował czasu na rozmowę. W końcu pytania sformułowałem na piśmie i wysłałem mu je mailem. Dwa z nich brzmiały następująco:

„Skąd czerpał Pan wiadomości do broszury «Pasja Podróżowania»?” i „Skąd miał Pan informacje o odkryciu Vilcabamby?”Mail do Roberta Andrzeja Dula z dnia 16 października 2017 r.[32]. Chodziło mi o to, czy autor skorzystał z jakichś innych źródeł niż relacja Elżbiety Dzikowskiej i Tony'ego Halika. A jeśli nie korzystał, dlaczego przedstawionej mu wersji nie próbował w jakiś sposób zweryfikować, czego wymaga autorska solidność?

Niestety, mimo monitów, odpowiedzi nigdy nie otrzymałem. (Broszura Pasja podróżowania nadal znajduje się w ofercie Muzeum, a jej fragment mówiący o odkryciu Vilcabamby przez Dzikowską, Halika i Guilléna został włączony do podpisów objaśniających eksponaty). Innym zastanawiającym faktem jest to, iż do trzydziestominutowego filmu o odkryciu Vilcabamby, który w czasie wyprawy w roku 1976 nakręcił Halik i który potem był kilkakrotnie pokazywany w Telewizji Polskiej, jako ilustracje włączono rekonstrukcję Vilcabamby, które pochodziły z książki Vince'a R. Lee, amerykańskiego architekta i podróżnika ( kontynuującego badania Savoya po tym, jak zaprzestał on penetrowania regionu Vilcabamby). A w publikacji tej jasno zostało powiedziane, że odkrywcą Vilcabamby był Gene Savoy. Jeśli realizatorzy filmu te ilustracje wykorzystali, jak mogli twierdzić, że odkryli to, co Lee już wcześniej zrekonstruował?

W 2002 roku, a więc na długo zanim powstał zamysł napisania biografii Elżbiety Dzikowskiej, przeprowadziłem obszerny wywiad z Gene Savoyem – odkrywcą Vilcabamby. Rozmowa ta ukazał się na łamach miesięcznika „Nieznany Świat”R. Warszewski, „Prawdziwy poszukiwacz Zaginionej Arki. Rozmowa z Gene Savoyem”, „Nieznany Świat” 1/2003.[33]. Zapytałem w niej Savoya, co sądzi o przypisywaniu sobie przez Guilléna, Dzikowską i Halika odkrycia Vilcabamby. Stwierdził, że fakt ten jest mu znany, ale go bagatelizuje. Nie chce niesnasek w podróżniczym światku i dlatego nie przywiązuje do niego żadnej wagi. Bo społeczność międzynarodowa – między innymi dzięki jego Antisuyu – doskonale wie, kto odkrył Vilcabambę. A reszta nie ma znaczenia. Znacznie mniej pobłażania dla Elżbiety ma w tym względzie pisarz i podróżnik Jarosław Molenda, który w roku 2008 towarzyszył mi w drodze do Vilcabamby. Po naszej podróży, na łamach miesięcznika „Globtroter” opublikował na jej temat reportaż pod tytułem Vilcabamba – trzydzieści lat później. Znalazła się w nim między innymi następująca tyrada pod adresem Elżbiety Dzikowskiej:

Pani Elżbieto! Wzywam panią do zaprzestania nazywania ekspedycji, w jakiej pani uczestniczyła, odkrywczą. Może trochę skromności? Na miejscu byłoby stwierdzenie, że dostarczyliście pewnego argumentu do dyskusji nad prawidłową lokalizacją ostatniej stolicy Inków. Proszę nie rozmieniać swojej sławy na drobne. Niczego nie odkryliście, niczego nie udowodniliście. Nie podążaliście nawet szlakiem konkwistadorów, gdyż nie zgadzają się w waszej relacji odległości, nie wspominając o tym, że nie widzieliście żadnych innych stanowisk archeologicznych prócz Vilcabamby. Dlaczego nie zauważyliście ruin Pampaconas? Gdzie twierdza Huyna Pucara? Gdzie La Mesada […]? Pani postępowanie przypomina politykę niektórych faraonów, którzy po wstąpieniu na tron wymazywali z kartusza imię swojego poprzednika…J. Molenda, „Vilcabamba – trzydzieści lat później”, „Globtroter” 27/2009, s. 30–31.[34].

Pisząc w innym miejscu, Molenda wspomina jeszcze jedną istotną rzecz: pamiątkową tablicę wmurowaną w „Museo Inca” w Cuzco w trzydziestą rocznicę wyprawy z roku 1976. „Na owej plakietce – czytamy – jest mowa wyłącznie o rocznicy, […] ani słowa o odkryciu. […] Dlaczego […]? Bo go nie było. W rzeczywistości «odkrywanie» sprowadzało się do podążania dobrze przetartym traktem […]Tenże, „Podróżniczki…”, s. 272–273.[35]. Można jeszcze dodać, że w Cuzco stwierdzenie, iż wyprawa z1976 roku odkryła Vilcabambę, by nie przeszło. Tam nikt tak łatwo nie dałby się nabrać… inaczej niż w dalekiej Polsce.

Nieco wcześniej Molenda po raz kolejny nawiązuje do wymazywania kartuszy: „Inną kwestią, która budzi moje mieszane uczucia – pisze – jest fakt, że na owej pamiątkowej tablicy w cuzkeńskim muzeum widnieje nazwisko Elżbiety, a nie ma… Halika – człowieka, który załatwił fundusze na wyprawę”Tamże.[36].

Ja byłem znacznie bardziej wstrzemięźliwy. Jako pokłosie naszej wspólnej z Molendą wyprawy do Vilcabamby, w roku 2011, opublikowałem mini-monografię zmagań o ostatnią stolicę Inków pod tytułem Vilcabamba 1572, gdzie także musiała pojawić się kwestia poszukiwań tego zaginionego miasta. Wyprawa Guilléna, Dzikowskiej i Halika trafiła tam jednak tylko do krótkiego przypisu:

W 1976 r. odbyła się polsko-peruwiańska wyprawa do Vilcabamby, kierowana przez prof. Edmundo Guilléna, w której uczestniczyli Elżbieta Dzikowska i Tony Halik. Z trudnych do zrozumienia powodów jej uczestnicy utrzymywali potem, iż to oni odkryli Vilcabambę, mimo że lokalizacja ostatniej stolicy Inków znana była od roku 1964Tenże, „Vilcabamba 1572”, Warszawa 2011, s. 218.[37].

Natomiast w kolejnej, opublikowanej w roku 2013, reporterskiej książce Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba sprawę tę potraktowałem wyłącznie humorystycznieTenże, „Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba”, Fitoherb, Sopot 2013, s. 43–45.[38]. Z kolei w albumie poświęconym Królestwu Vilcabamby pod tytułem Zielone Pompeje. Drogami Inków do Machu Picchu i jeszcze dalej, który w tym samym roku opublikowałem razem z Arkadiuszem Paulem, pominięta ona została całkowitym milczeniem.

Nie mniej to, iż odkrycie Vilcabamby było tylko „odkryciem” także w Polsce z wolna poczęła przesączać się do świadomości osób interesujących się problematyką latynoamerykańską. Pod niektórymi wywiadami Dzikowskiej w Internecie, w których mówiła ona o swoim odkryciu Vilcabamby w roku 1976, co jakiś czas pojawiały się różne kwestionujące to komentarze. W artykule Tomasza Wilde Fascynacje wśród chmur zamieszczonym w polskiej edycji „National Geographic” padło zaś znamienne stwierdzenie: „Wyprawa do Vilcabamby z peruwiańskim historykiem Edmundo Guillén w 1975 roku pozwoliła ocenić wartość odkrytych 11 lat wcześniej ruin”„National Geographic” (polska edycja) 5/2002.[39]. Oczywiście nie w 1975, lecz w 1976 roku. Nie jedenaście, lecz dwanaście lat wcześniej. Oczywiście ruin odkrytych przez Gene SavoyaCiekawy pogląd na temat Savoya w swojej książce „Podróżniczki…” wypowiada Jarosław Molenda. Uważa on, że Halik doskonale wiedział o odkryciu Vilcabamby przez Savoya w roku 1964, a pieniądze w 1976 r. z NBC otrzymał nie z tego powodu, że to wyprawa Guilléna miała odkryć ostatnią stolicę Inków, ale dlatego, że odkrycia tego wcześniej dokonał Amerykanin.[40]. (Po raz kolejny można się przekonać, że Vilcabamba to trudny temat i w sumie nadal niewielu osobom cokolwiek mówiący). Stwierdzenie to jest tym bardziej uzasadnione, że mniej więcej w tym samym czasie wydawnictwo ABC Future wydało książkę Macieja Kuczyńskiego pod tytułem Wielcy zdobywcy, w której znów jest mowa o tym, że Guillén, Dzikowska i Halik odkryli Vilcabambę. Zapytałem Kuczyńskiego – skądinąd znakomitego podróżnika i pisarza, a także byłego szefa polskiego oddziału „Explorers' Club” – jak do tego doszło:

– Opierałem się na relacji Dzikowskiej. Dała mi swoje artykuły na ten temat, a także z nią rozmawiałem. Odkrycie, w jej ustach, nie ulegało wątpliwości. I tak to napisałem, bo nie widziałem powodu, by to dalej weryfikować. Ona rozdział ten autoryzowała. Dopiero później zaczęły do mnie docierać sporadyczne sugestie, że prawda mogła wyglądać inaczej. Ale potem tego tematu z nią już nigdy nie poruszałem.

– Dlaczego?

– Trudno powiedzieć, ale chyba byłem daleki od tego, by tę sprawę jątrzyćRozmowa z Maciejem Kuczyńskim w Warszawie w dniu 21 października 2017 r.[41].

W zasadzie sprawa „odkrycia Vilcabamby” Elżbiecie nigdy zanadto nie zaszkodziła. Jakoś żaden brud z tego powodu do niej nie przywarł. Najpewniej dlatego, że kogo, na dobrą sprawę, obchodzi Vilcabamba? Poza tym, czy to aż takie ważne, czy odkryła czy nie odkryła? Po co się czepiać? Dużo ważniejsze jest to, co dalej z tego wszystkiego wynikło…

– Istnieją osobowości z teflonu – powiedział mi profesor Bogdan Wojciszke, znany psycholog społeczny, w czasie naszej rozmowy telefonicznej jesienią w roku 2017. – Są to ludzie, o których, cokolwiek by zrobili, mówimy i zawsze myślimy dobrze. Przykładem kogoś takiego jest prezydent Bill Clinton. Ile on ma na sumieniu grzeszków? Ale zawsze był popularny i postrzegany pozytywnie. Natomiast jego żona, na pewno znacznie mniej obciążona różnymi występkami, jak chętnie była krytykowana i potępiana. Myślę, że bohaterka pana książki należy do tej samej grupy co Bill Clinton. Do osób, które lubi się niezależnie od wszystkiego i którym wszystko, lub prawie wszystko się wybacza. Którym wszystko uchodzi na suchoRozmowa telefoniczna z prof. Bogdanem Wojciszke w dniu 23 października 2017 r.[42].

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Roman Warszewski, Vilcabamba, Czytelnia, nowynapis.eu, 2022

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...