Wszyscy ratują psy
Zbierałam się kilka dni, żeby to napisać. Jestem osobą dość emocjonalną i nie chciałam pisać na gorąco, chciałam, żeby te emocje we mnie okrzepły. Ponadto dzień po powrocie przeczytałam relację kumpla z punktu pomocy w Medyce i ona też wpłynęła na moje emocje.
Najpierw tło społeczno-historyczne.
Z premedytacją nie mam polubionych fanpejdżów (fuj, okropne słowo!) fundacji zajmujących się pomaganiem kotom czy psom, bo właśnie z powodu mojej emocjonalności chciałabym przygarnąć wszystkie te biedne zwierzaki. Posiadam dom na wsi, więc mam możliwości, gorzej z finansami. Obecnie mamy pięć kotów i to jest chyba optymalna liczba. Gdy swego czasu mieliśmy ich dziewięć, to momentami było ciężko.
Przez przypadek na stronie Teoria Wszechkota zobaczyłam udostępniony post Fundacji Ostoja: szukają auta, żeby jechać po koty do Lwowa. Jeszcze dobrze nie zdając sobie sprawy z tego, co robię, sprawdziłam ważność paszportu. I napisałam do nich. Miałam być w rezerwie, po kilku godzinach okazało się, że jedziemy w sobotę nad ranem. Ból brzucha z nerwów i szybkie robienie listy tego, co zabrać: dwie komórki, dwie ładowarki, powerbank, dokumenty (cholera, nie zapomnij dowodu rejestracyjnego, bo przecież u nas nie jeździ się z dowodem, zielona karta!), batony energetyczne, kawa w termosie, koc. Paliwo na full, gaz na full i mały zawał przy kasie na stacji.
W piątek po pracy jadę do Krakowa załadować auto karmą, którą zawieziemy do fundacji pod Lwowem. Poznaję Sylwię, umawiamy się w ostatnim punkcie MOP
Jedziemy ku Korczowej. Przed granicą policjanci sterują ruchem, bo mnóstwo ludzi kieruje się na zachód, jadąc do Warszawy czy Gdańska. Zrobili pas do zawracania. A my grzecznie stoimy w kolejce do przejścia, na szczęście małej. Obok nas co jakiś czas przejeżdża załadowany ludźmi PKS na podkarpackiej rejestracji. Odprawa idzie w miarę szybko. Po stronie ukraińskiej gorzej, bo pani pogranicznik nie powiedziała nam, że w drugiej budce trzeba przybić kolejną pieczątkę. Albo powiedziała, ale mój ukraiński jest żaden. Ale słowo nazad wypowiedziane przez strażnika przy bramie rozumiem. Wracamy po pieczątkę i po chwili jesteśmy w UA. Brzuch przestał mnie boleć, ale serce mrozi widok tłumów ludzi z walizkami, dziećmi na rękach, samochodów, śmieci, pustych półek na stacji. Z daleka widzimy dymy i języki ognia. Ej, przecież tu miało być w miarę bezpiecznie. Na szczęście to „tylko” płoną trawy. Ukraińska straż gasi. Zjeżdżamy z M10 na M11 – droga P40, nie polecam, zwłaszcza przeładowanym autem, dziura na dziurze z własną dziurą, zawieszenie we „frocie” chyba płacze.
Dojeżdżamy do Igora, który prowadzi fundację. Na wjeździe do wsi barykady z worków z piaskiem, betonu, żelastwa. Ten widok z jednej strony mnie przeraża, z drugiej – podziwiam ich wolę walki. Działania wojenne są kilkaset kilometrów stąd, a oni już są gotowi. Każdy zjazd z głównej drogi jest zabarykadowany. Czym się da: betonowe szykany, worki z piaskiem, „jeże” z szyn, widziałam nawet stojący w poprzek walec drogowy, a także świeżo ścięte kłody drewna. Obok stoją mężczyźni, jeszcze bez broni.
Rozładowujemy częściowo auto i jedziemy dalej w kierunku Lwowa. Im bliżej miasta, tym więcej ludzi, więcej barykad, przy których stojący mężczyźni już mają broń. Długą. Ale wszyscy są mili, uśmiechają się i bez problemu nas przepuszczają. Pan na stacji benzynowej pyta, skąd jesteśmy, dziękuje nam. Rozładowujemy auto do końca i bierzemy chorego kota od pani Rai. W mieście jest spokojnie. Robię zdjęcia bilbordów z przesłaniem do rosyjskich żołnierzy. Na mnie robią wrażenie. Mam nadzieję, że nie zrobią na rosyjskich sołdatach, że nie będą mieli okazji ich zobaczyć na własne oczy, bo nigdy tu nie dotrą.
Wracamy do Igora po koty. Salon w domu to jedna wielka przechowalnia psów. Na piętrze koty. Smród straszliwy, ale to nieuniknione przy tej liczbie zwierząt (ponad setka) i w wiadomej sytuacji. Szczeniaczki chcą się bawić, starsze psy leżą zrezygnowane. Brakuje mi rąk do głaskania. U Igora jest rodzina z Charkowa. Rozmawiam z kilkunastoletnim chłopakiem. Opowiadam, jak tu jechałyśmy, pokazuję zdjęcia płonącego auta na A4. On pokazuje mi film z jego bloku ostrzelanego w Charkowie. Robi mi się głupio.
Pakujemy koty, bo chcemy jak najszybciej wracać. Przed domem mnóstwo aut, z Polski, Estonii, Austrii… Przywożą karmę, zabierają psy. Wszystko na legalu, czipy, paszporty.
Jest już ciemno, na moim zegarku szósta, na Ukrainie siódma. Jedziemy do Szeginie-Medyki, bo tam podobno mniejsza kolejka. A i nasza szybkość większa, bo na pokładzie tylko dwanaście kotów. Wszystkie razem ważą mniej niż dwa worki karmy. Pierwsze korki zaczynają się około dwudziestu kilometrów przed granicą. Grzecznie stoimy w kolejce, ale podchodzi do nas pan w mundurze i puka w szybę: „Polacy? Nie stójcie, jedźcie lewym pasem, dziękujemy, że nam pomagacie, jedźcie z Bogiem!”. Więc włączam awaryjne i mijamy kolejkę aut na ukraińskich rejestracjach. Serce mnie boli, bo siedzą w nich matki z dziećmi. Po kilku kilometrach kolejny zator. Przeciskamy się bardziej lewym pasem. W końcu robią się cztery pasy aut w kierunku granicy, choć droga ma tylko jeden pas w każdym kierunku. Z przeciwka nic nie może się przebić. Policja próbuje to ogarnąć. Chaos, ale bez krzyków czy awantur. Między autami przeciskają się matki z wózkami, dziećmi. Do granicy jeszcze pięć kilometrów. Co jakiś czas widzę mężczyzn w moro, z wypakowanymi torbami na ramieniu, zmierzających w kierunku przeciwnym niż my wszyscy. Stoimy już dłuższą chwilę, przytulam się do auta z prawej, bo z tyłu migają niebieskie światła. Tym razem to nie policja, a straż graniczna. Ale i oni utknęli, bo droga nie jest z gumy, a fosa taka głęboka, że „frota” by się w niej zmieściła. Ale nie próbuję jechać fosą, bo moje zimówki
Wreszcie ruszamy. Znów kilkaset metrów, kilometr. Im bliżej granicy, tym większe nerwy. Już nie zwracam uwagi na zapachy w aucie, choć żałosne miauczenie trudniej mi ignorować. Zwłaszcza że jeden kot miauczy, jakby niemowlę płakało. Jakiś wojskowy nas zatrzymuje, bo zator. Przepuszczamy terenówkę straży granicznej. I nagle przychodzi myśl, żeby trzymać się jej zderzaka. Czuję się jak Tom Cruise w Szybkim jak błyskawica albo Bruce Willis w Szklanej pułapce III. Ona na kogutach, ja za nią – i nagle jesteśmy pod graniczną bramą wyjazdową, gdzie skutecznie zatrzymuje nas pan w mundurze i najbardziej znienawidzone słowo na granicy – nazad. Udaję, że nie rozumiem i po polsku tłumaczę mu, że mamy zwierzęta, że taki pan jak on kazał nam jechać za tym autem. On się dopytuje, kto nam kazał jechać za jego kierownikiem, a ja znowu na to, że „taki pan, w takim samym mundurze jak ty”, i gładzę go po kurtce. „On jest zjebany!”, stwierdza, ale zostawia nas w spokoju. Przestawiam się pod bramę we właściwym kierunku. Na szczęście nikt nie trąbi ani nas nie wyzywa. Czekamy, brama zamknięta, co kilka chwil ją otwierają, by wpuścić kolumnę ludzi, a wreszcie auta, zanim uformują kolejną kolumnę. Na granicy idzie szybko, funkcjonariusze sami zbierają i oddają dokumenty. Wszystkie pieczątki są. Obok nas pogranicznik co chwilę prowadzi kolumnę ludzi. Nie mam siły zrobić zdjęcia, spuszczam wzrok, bo wstyd mi, że siedzę sobie w ciepłym aucie, a tuż obok przemarznięte kobiety z dziećmi. Podtrzymywana przez kogoś starsza pani idzie powoli, kulejąc. Za chwilę widzę młodą dziewczynę na wózku. Za siatką ogrodzeniową piesze przejście, przechodziłam tamtędy kilka lat temu, zajęło mi to jakiś kwadrans. Teraz stoi tam masa ściśniętych ludzi. Pewnie od wielu godzin.
Wreszcie Polska. Tu też sprawnie. Celniczka pyta, ile mamy kotów. Mówię, że dwanaście. Ona pyta, czy nie wiemy, że można tylko pięć na osobę. Sylwia udaje zdziwioną i pyta, czy ze względu na wojnę nic się nie zmieniło. A ja z rozbrajającym uśmiechem mówię: ale dwa mamy malutkie. Celniczka się śmieje i na koniec mówi: „Dobrze, że ratujecie koty, bo wszyscy ratują psy”. Oddaje nam paszporty.
Droga do Krakowa spokojna. Oczy mi się zamykają, Sylwia przejmuje kierownicę. Budzę się pod fundacją. Sylwia rozlokowuje koty, robi każdemu zdjęcie, że dotarł szczęśliwie. Ja wracam do domu, całą drogę uśmiecham się na myśl, że się udało, że wszystko poszło dobrze. Z drugiej strony pojawia się myśl, że to nie na moje nerwy i nie chcę więcej tego robić.
Jutro jadę znowu.

