Nadzy w krainie środkowego dorzecza Wisły
Dzień gdzieś się kończy za naszym wzrokiem. Gdy nadzy
leżymy w wysokich łopianach nad brzegiem jeziora Soczewki pozostawiając
pod Płockiem rozległe tereny wrzosowisk. I.
niedomkniętych słów. Nie pozwalamy na to by ktokolwiek
mógł ukraść jakiś szczegół z naszych twarzy. Zmył
historię z naszych oczu. Zmienił ją głosem. Gdy ciało się nie zmieniło.
Za budową nowego świata. Gdzie jeszcze pojawiają się furmanki
zaprzęgnięte w przęsła standardowych pojęć. Gdzie
można brodzić po pachy w ciemnych falach jeziora. By
domknąć się w sobie.
Kolana uginają się pod ciężarem słońca. I
aromatem natury która. Nie dała się ogołocić ze swojej
dzikości. Tu przetaczają się sinoniebieskie cienie.
Gleby na Mazowszu są marne i kamienne. Choć
ugory pokrywają zarośla i chaszcze. Do których
nie wiedząc o tym modlimy się. Tworząc nowe miejsca.
Na północy księżyc pijany jak wino
niesie okrucieństwo tego
Co się wciąż powtarza.
Jutro i pojutrze w obcych dłoniach
w tym samym spojrzeniu treści nudnych
do roztrwonienia. Mocno trzymamy się palcami od stóp. Spleceni
ramionami i nogami. Nie damy odebrać sobie tego
czego inni sami sobie odmawiają. Z boku
czułość wyprosiła sobie tę chwilę. Dlatego tętni ziemia.
nienapisane jeszcze słowa zmuszają do nauki znaczeń od nowa.
Ptaki podnoszą skrzydła.
Tekst został zakupiony w ramach programu Tarcza dla Literatów.

