List Christine von Thaler do żony Kraszewskiego
Choć młodsza o czterdzieści lat nie ściągam śniegu Gdy
obsiada beton, bo wstał ósmy cud świata o drugiej nad ranem – choć małego
wzrostu, z przerzedzonymi włosami.
To się zdarzyło i drżała ziemia. Mówili za późno. Choć
z pod bramy snuło się światło. I nie było nic na przekór.
Były pierwsze i tysięczne kroki. Ileś głosów zaginęło.
Zachrypło od mówienia. To było coś co zatrzymuje przy życiu.
Zapełniła się pusta kartka Tym, w czym nas brakuje.
Przeżywasz jako coś nowego zagubiony but. Drzazgę pod
paznokciem. Rozdeptany rdest na ścieżce do domu.
I śpisz. Nie płoszysz słów w trudnym schemacie
wybijanym przez twarde reguły. Śpisz mimo
poświaty księżyca – ja – liczę ile padnie słów gdy wstanie
o ósmej rano. Ile przyjmie osób. Ile wyliczy mi chwil gdy toccata
wybita na fortepianie jego palcami
wskaże mi czas. Że. Już dziewiętnasta. Godzina tworzenia bez apelacji.
Planów żadnych nie robimy Choć. Delikatna tkanina w oknie
prześwietlona sierpniowym powietrzem. Krople
w naszych oczach na ułamek sekundy zamykają w sobie
światło i milkną. Na razie nie istnieje przyszłość. Są jednak
pewne plany i domysły. Chyba musisz się
zgodzić bo przecież coś się stało. Gdy pisze Nie
wiadomo co się wydarzy. Więc jak mam wiedzieć co się
stanie z nami? Gdy skończy odczytuje całość. Co się Nie
podoba odrzuca. Nie poprawia. Jak nie poprawi się
zmarnowanego życia. Wstawia nowe kartki. To też ma
być nasze życie. Więc czekam Aż zza zamkniętych
drzwi o drugiej nad ranem pojawi się siwa rozczochrana broda.
Tekst został zakupiony w ramach programu Tarcza dla Literata.

