13.06.2019

Nowy Napis Co Tydzień #001 / O przekładzie, o przekład

„Dzieło nie jest skrzynią kryjącą w sobie sens, który za wszelką cenę powinno zachować udane tłumaczenie. To szerokie pole możliwości, na które wkracza tłumacz”.

Tłumacz między innymi Jerzego Jarniewicza to, w największym skrócie, książka o tłumaczeniu jako czynności twórczej – o tym, dlaczego przekład (zwłaszcza literacki) stanowi autonomiczną pisarską czy artystyczną działalność, jak w związku z tym możemy i powinniśmy go czytać oraz co z tej obserwacji wynika dla samych pisarzy i tłumaczy.

W punkcie wyjścia Jarniewicz chce więc osłabić to, co domyślnie – odruchowo, bezrefleksyjnie – uznajemy zwykle za najważniejszą relację, w jaką wchodzi przekład: więź między dziełem oryginalnym a jego tłumaczeniem, między tekstem obcojęzycznym a znajdującym się na końcu translatorskiego przedsięwzięcia tekstem języka docelowego czy rodzimego. Nie chodzi o to, by zupełnie wyzwolić tłumaczy od tłumaczonych tekstów, zdejmując z nich jakąkolwiek odpowiedzialność, ale by radykalnie przewartościować rolę, którą przypisujemy im tak podczas osobistej lektury, jak i w sieci kulturowo-społecznych relacji. Jarniewicz proponuje więc: spoglądajmy w pierwszej kolejności na to, co przekład „robi” z językiem rodzimym, docelowym, jak zmienia go i z jakimi tekstami wchodzi w dialog – nie „fiksujmy” się na potocznie rozumianej „wierności”.

Okładka książki Jerzego Jarniewicza

Autor zaczyna więc od zerwania i rekonfiguracji, a potem jest tylko ciekawiej: jako jeden z najbardziej wszechstronnych i uznanych twórców współczesnej polskiej literatury (wpływowy krytyk i anglista, doświadczony i uznany tłumacz, wielokrotnie nagradzany poeta), oferuje czytelniczkom i czytelnikom książkę wielopoziomową, wieloperspektywiczną, zamaszystą – po mistrzowsku skomponowaną i bardzo spójną, ale nierezygnującą z szerokich kategorii, obserwacji i gestów. To pozycja jednocześnie eseistyczna, krytycznoliteracka, polemiczna, teoretyczna; wnikliwe interpretacje i formalne, poetologiczne analizy znajdują dopełnienie w anegdociarskim zacięciu Jarniewicza, podpowiedzi i instrukcje dla czytelników przekładu harmonijnie sąsiadują z pogłębioną teoretycznoliteracką refleksją. Jarniewicz czerpie ze wszystkich obszarów czytelniczego doświadczenia – czasem wypowiada się „bardziej” jako tłumacz czy krytyk przykładu, czasem „bardziej” jako poeta (to przede wszystkim w ostatnim rozdziale książki), ale ostatecznie w jakimś stopniu wszystkie owe perspektywy pozostają cały czas obecne.

Jarniewicz zręcznie unika przy tym pretensjonalnych tonów. Pierwszy rozdział Tłumacza… na przykład, bodaj najbardziej „literacki” w formie, ujęty zostaje w ramy opowieści o tym, w jakich warunkach lubi przekładać literaturę sam autor – a znaczy to: w nocy, przy jazzie i „szklance whisky”. Nie oszukujmy się – w wypadku dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu twórców takie otwarcie książki byłoby stylistycznym strzałem w stopę, rekonstrukcją strasznych klisz i stereotypów, a do tego momentem trudnego do odkupienia snobizmu. Ale nie u Jarniewicza; ten, jeśli pozwala sobie na momenty biograficznego obnażenia, robi to z przekonania, że w przekładzie (i literaturze w ogóle) jest coś nieuchronnie intymnego. Pomaga oczywiście językowa sprawność autora, niepodważalna elegancja i charyzma stylu, ale owe na poły biograficzne fragmenty czy zabiegi bronią się przede wszystkim siłą samej czytelniczej pasji: Jarniewicz wie, że problemy literackiego przekładu dotyczą podstaw naszego bycia w języku, wie, że to sprawy naraz głęboko osobiste i podstawowe dla nas wszystkich, i potrafi dowieść tego na konkretnych przykładach.

Nie znaczy to, zaznaczmy od razu, że Tłumacz między innyminapędzany jest głównie entuzjazmem, który na drugi plan spycha kwestie analitycznej wnikliwości czy krytycznoliterackiej rzetelności. Przeciwnie, udzielająca się czytelnikowi Jarniewiczowska pasja – poczucie, że w debacie o literaturze i o przekładzie stawki są nadal wysokie, że od kwestii rymu, rytmu czy lingwistycznej niejednoznaczności przejść można wprost do najważniejszych problemów międzyludzkiej komunikacji i współczesnej kultury – objawia się właśnie w przywiązaniu do detalu, w długich, kilku- i kilkunastostronicowych przebiegach, w których autor „wgryza się” w bardzo konkretny interpretacyjny czy lingwistyczny problem, odtwarza strategię tłumaczy, porównuje ich podejścia, ocenia skuteczność poszczególnych zabiegów. Tłumacz między innymito bowiem książka skupiona nie na wyrażeniu „osobistego doświadczenia”, a na inicjowaniu dyskusji. Każda istotna poczyniona w niej obserwacja, każda prowokacyjna teza, wszystko to, co ważne dla zasadniczej myśli o przekładzie jako czynności twórczej i autorskiej, uzasadnione jest obszernym wyborem kluczowych cytatów, zwięzłym podsumowaniem historycznoliterackiego tła i kulturowych kontekstów i tak dalej.

Można więc, i należy, z Jarniewiczem dyskutować – są w jego książce punkty w oczywisty sposób sporne, momenty, kiedy w wątpliwość podać można konsekwencje czy spójność argumentacji. Jest to jednak tom w bardzo ścisłym sensie otwarty na rozmowę; nie manipuluje czytelnikiem, nie ukrywa problemów, pokazuje własny warsztat – dostarcza nam wszystkiego, czego potrzebujemy, żeby dyskusję podjąć, nie chowa się za autorytetem „wiedzy eksperckiej” (translatologicznej czy historycznoliterackiej). Gra z nami, można powiedzieć, w otwarte karty.

Choćby dlatego Tłumacza… z przyjemnością i pożytkiem przeczytają wszyscy ci, którym kwestia przekładu literackiego nie jest obojętna – a jak przekonująco (acz nigdy nachalnie) dowodzi Jarniewicz, obojętna nie powinna być nikomu. Nikt bowiem nie funkcjonuje z dala od tych wyborów i problemów, przed którymi codziennie stają tłumacze i ich krytycy: jak efektywnie korzystać z konwencji, form i struktur dostępnych w naszym języku? Kiedy parafrazujemy, a kiedy adaptujemy (i co to znaczy)? Kiedy językowa „niewierność” jest koniecznym elementem komunikacji? Jak zaktualizować w języku słowa i myśli, które zdążyły zgrać się i wyjałowić? Takich pytań podsuwa się tu wiele.

Zróżnicowany i pociągający jest też zestaw nazwisk i tytułów, o których pisze Jarniewicz. Jest o Heaneyu w przekładach Sommera i Barańczaka, o Barańczaku jako tłumaczu w ogóle (zwłaszcza o jego antologiach poezji anglojęzycznej), o sposobach tłumaczenia i adaptowania Jądra ciemnościConrada, o Alicji w Krainie Czarów, o Joysie i o Dylanie. Pojawia się wątek przekładu intersemiotycznego (z literatury na komiks) i „z polskiego na polski”, to znaczy pomysłu tłumaczeń aktualizujących językowo wybrane dzieła literatury dawnej.

Dominują oczywiście rozważania o przekładach z angielszczyzny –Jarniewicz jest anglistą, tłumaczem między innymi Edmunda White’a czy Philipa Rotha– ale pojawiają się też choćby Sofokles i Katullus. Ostatnia część książki poświęcona została zaś w całości przekładom polskich poetów i poetek na angielski. To świetne dopełnienie translatologicznych rozważań Jarniewicza, które poza wszystkim bezpośrednio wzbogaca nasze myślenie o konkretnych twórcach rodzimych – Herbert czy Różewicz, widziani z perspektywy tłumaczy na angielski, rekonstruowanej z kolei przez polskiego poetę (i tłumacza z angielskiego na polski), jawią się jako odświeżeni i interesujący nawet dla najbardziej sceptycznego czytelnika.

Zaznaczyć należy chyba, że Tłumacz między innymi składa się w znacznej mierze z tekstów publikowanych już, przynajmniej we wstępnej i szkicowej formie, w różnych antologiach i periodykach. Składa się jednak na bardzo spójną całość – stanowi zapis krytycznoliterackiego i translatologicznego projektu, który Jarniewicz konsekwentnie realizuje od lat. Może dlatego na żadnym etapie lektury czytelnik nie odnosi wrażenia, że obcuje ze „zbiorówką” – najważniejsze tezy zostają postawione wprost właściwie na samym początku książki, a kolejne szkice nie tyle uzupełniają tych tez treść, co wskazują na ich praktyczne konsekwencje, podają dodatkowe argumenty i przykłady, pozwalają nam zobaczyć, jak teoretyczna perspektywa Jarniewicza przekłada się na konkretne oceny i interpretacje. W miarę lektury przesuwają się akcenty – pierwsza część książki jest nieco bardziej abstrakcyjna i postulatywna, druga praktyczna, trzecia – jak wspomnieliśmy – stanowi coś w rodzaju (istotnego, nienaddanego) suplementu, w którym wyraźniej ujawnia swoją obecność Jarniewicz-poeta. Z każdym kolejnym rozdziałem robi się więc nieco mniej teoretycznie, nieco bardziej detalicznie, a cała kompozycja sprawia wrażenie – dziwne słowo – życzliwej, jakby Jarniewicz mówił: spójrz, tutaj jest najważniejsza dla mnie teza, podstawowa obserwacja (pisze wręcz o „wyznaniu wiary”), a teraz chcę ci pokazać, do czego prowadzi i co z nią można w tekście „zrobić”.

 

*

Przejdźmy więc do spraw bardziej konkretnych. Powiedzieliśmy o punkcie wyjścia Jarniewicza, o podstawowej tezie jego książki – że tłumaczenie jest czynnością twórczą. Sam autor w pierwszym rozdziale pisze na przykład tak:

Przekład nie tyle jest, ile musi być twórczością. Nie ma szans na dobry przekład, gdy tłumaczowi brak odwagi i kompetencji, by po mowie, na którą przekłada, swobodnie się poruszać, i by poruszać, równie swobodnie, tę mowę, gdzie i kiedy trzeba. […] Zacząłem od aktu niewiary. Teraz – w co wierzę. Wierzę, że doczekam dnia, gdy przekład literacki, wewnętrznie sprzeczny i niemożliwy, będzie równoprawną dziedziną twórczości literackiej, gdy wydostanie się z cienia, wyjdzie z szafy i znajdzie miejsce w historii literatury, obok prozy, poezji i dramatu (s. 14–16).

Refleksja nad tym, co właściwie „twórczość” czy „autorskość” przekładu znaczy, od początku rozwija się u Jarniewicza w sposób dwutorowy. Z jednej strony pisze on o społecznym statusie tłumacza, jego funkcji w polu literackim, znaczeniu dla zbiorowego języka i tak dalej; z drugiej – wchodzi miejscami na poziom bardziej teoretyczny, bardziej abstrakcyjnych i filozoficznie podbudowanych rozważań o kategoriach oryginalności, sensu czy interpretacji.

Te dwa tory, czy dwa wątki, nie są równoważne – refleksja praktyczna, kulturowo-społeczna interesuje Jarniewicza zdecydowanie bardziej i pozostaje nadrzędna; ostatecznie istotne jest to, jak przekład literacki w praktyce istnieje, czy żyje wśród ludzi i tekstów, w żywym języku. Rozważania z poziomu teoretycznego pełnią zdecydowanie służebną rolę.

Tym bardziej wydaje się, że warto oba wątki omówić osobno. Można bowiem, jak spróbuję pokazać, zgadzać się z postulatami Jarniewicza dotyczącymi kulturowego, społecznego i instytucjonalnego statusu tłumacza – z zasadniczymi intuicjami, rozpoznaniami i tezami jego książki – nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, gdy nie zgadza się z nim do końca na gruncie teorii znaczenia i interpretacji.

 

*

Zacznijmy od tego, co ważniejsze dla samego Jarniewicza– od refleksji nad społeczno-kulturową rolą (funkcją, statusem) tłumaczy. Przede wszystkim podkreśla on kilkakrotnie, że uznanie tłumacza „za twórcę” czy „za autora” nie ma na celu dowartościowania kogokolwiek – to rozpoznanie stanu faktycznego, neutralna w tym sensie obserwacja. Tłumacz otwarcie mówiący o kreatywnym wymiarze własnej pracy walczy nie tyle o status, co o zrozumienie istoty jego pracy i uznanie autonomii; nie tyle zostaje doceniony, co przestaje być pomijany – jego nazwisko pojawia się na przykład na okładce przekładanej książki. Dlatego więź między nim a autorem tekstu oryginalnego Jarniewicz nazywa relacją „wolności i równości” (s. 182).

Nie oznacza to, że więź między przekładem a oryginałem zostaje zupełnie zerwana. Chodzi raczej o przesunięcie akcentów, na przykład z podobieństwa na różnicę:

Przekład przestaje być „zamiast”. Uniezależnia się on od oryginału, emancypuje, zaczyna być oceniany nie jako jego zastępnik, ale jako dzieło w wysokim stopniu samoistne, nabierające dodatkowych sensów w relacji z innymi przekładami i z dziełami języka docelowego. „Samoistne” nie znaczy, że nic oryginałowi niezawdzięczające. Czytanie równolegle z oryginałem ujawnia podobieństwa i różnice. Kiedyś miarą jakości przekładu były przy takim czytaniu tylko podobieństwa. Dziś interesują nas, twierdzę, również, a może bardziej, różnice (s. 76).

Tłumacz jest autorem, bo podejmuje decyzje w sposób „suwerenny” (s. 24); jego językowa świadomość jest sama z siebie miarą jakości przekładowych wyborów, nie może odwołać się do wyższej, nieomylnej czy „obiektywnej” instancji. Zderzony z przekładowym problemem, który nie ma jednego „poprawnego” rozwiązania, tłumacz musi podejmować twórcze i samodzielne decyzje.

Ta sytuacja jest nieuchronna – pewne znaczące zabiegi z tekstu oryginalnego zawsze pozostaną zwyczajnie nieprzekładalne na język docelowy, wszak języki różnią się między sobą:

Przekład to mylące słowo: podpowiada półgębkiem, że możliwe są przenosiny – transfer – tekstu literackiego […] z jednego języka do drugiego. […] Wystarczy przyjrzeć się językom, by zrozumieć, jaki to fantazmat. Coś, co zaistniało w jednym z nich i dzięki jego możliwościom (często, jak to w literaturze, możliwościom wyjątkowym i skrajnym), ma się znaleźć w innym języku, którego możliwości nie są ani mniejsze, ani większe, ale po prostu odmienne?” (s. 53)

Dlatego Jarniewicz pisze dużo o „nieprzekładalności”, ale specyficznie rozumianej; moglibyśmy nazwać ją może „miękką” – chodzi nie o taką nieprzekładalność, która faktycznie blokowałaby próby tłumaczenia i paraliżowała tłumaczy, ale o rodzaj nieadekwatności, konieczną utratę niektórych znaczeń i możliwości, odbywającą się przy „przeniesieniu” ze struktur jednego języka w drugi. Najciekawszym bodajże przykładem tego, jak owa „miękka” nieprzekładalność działa, są powracające w kilku miejscach tomu rozważania Jarniewicza o spieszczeniach – o tym, w jak wyjątkowy i ciekawy sposób polszczyzna wykorzystuje zdrobnienia dla wyrażenia całej gamy emocji i afektywnych stosunków: czułości, kiczu, groteski, poczucia odrealnienia i tak dalej. Język angielski nie pozwala oddać owych spieszczeń jeden do jednego, co nie znaczy, że próby przekładu czyni bezsensownymi.

Nieprzekładalności nie da się bowiem obejść, ale nie musi nas ona paraliżować; przekład odbywa się nie poza nią, ale niejako przeciwko niej, a z oporu czy starcia wynika jego twórczy charakter. W szkicu o przekładach poezji Tkaczyszyna-Dyckiego Jarniewicz sugeruje, że literatura nie jest w pewnym sensie – do końca – ani przekładalna, ani nieprzekładalna.

Dlatego Jarniewicz pisze o tym, że przekład zawsze jest niewierny – że tłumacz pozostaje stale w sferze kłamstwa i błędu; przy czym właśnie niewierność, kłamstwo i błąd są warunkiem językowych nowatorstwa i żywotności. Ostatecznie nie chodzi o to, by zmagania z oryginałem zupełnie sobie odpuścić, ale by dokonać specyficznie rozumianej rekonstrukcji: „skomponować tekst na nowo według podobnych co oryginał zasad” (s. 270).

W tej sytuacji granica między przekładem a parafrazą czy adaptacją staje się w oczywisty sposób płynna. Jarniewicz dochodzi ostatecznie do frazy: „przekład w bardzo szerokim sensie” (s. 238), mając na myśli różne formy hybrydyczne i pośrednie. Nie obawia się on bowiem tego upłynnienia, przeciwnie – podchodzi do niego z pewnego rodzaju aprobatą czy entuzjazmem, widząc w nim nadzieję na pełne docenienie twórczego wymiaru pracy translatologicznej. Dlatego gdy poddaje krytyce Serce ciemności Jacka Dukaja – minimalistyczną „przeróbkę” tekstu Josepha Conrada, mającą, według deklaracji autora, stanowić nie tyle tłumaczenie, co jego dwudziestopierwszowieczną wersję – to robi to nie ze względu na sam pomysł, ale na konkretne językowe potknięcia i brak filozoficzno-językowej świadomości pisarza (Jarniewicz przypomina Dukajowi, że droga do intensywniejszego, bardziej bezpośredniego wpływania na odbiorcę wiedzie w literaturze poprzez język, a nie przez jego maksymalną redukcję, umniejszenie czy wyminięcie go).

Trudniejszą dla Jarniewicza sytuacją jest ewidentnie przykład Barańczaka – konkretnie sporządzona przezeń antologia Od Walta Whitmana do Boba Dylana, w przedmowie do której, jak słusznie zauważa Jarniewicz, Barańczak przedstawia skrajnie wyidealizowany i zwyczajnie przekłamany obraz amerykańskiego społeczeństwa, amerykańskiej historii i kultury. Niektórych stwierdzeń zwyczajnie nie da się obronić, tak ze względu na prostą (i łatwo weryfikowalną) niezgodność z faktami, jak i przez to, że przemilczają rażące przypadki społecznej niesprawiedliwości.

Jarniewicz krytykuje więc Barańczaka, ale szybko zauważa też, że zarysowana w przedmowie wizja Ameryki uzgadnia się w dużym stopniu z wizją amerykańskiej poezji wynikającą z całości antologii – Barańczak przekłamuje więc, ale w celu uzasadnienia własnego twórczego translatorskiego przedsięwzięcia. Jak w takim razie poddać go krytyce – tak, by amerykanistyczne zmyślenia nie uszły mu zupełnie na sucho, ale byśmy nie musieli sprzeniewierzyć się naczelnej zasadzie dowartościowania przekładu jako czynności twórczej?

Jarniewicz robi to bardzo błyskotliwie – krytykuje ostatecznie nie tyle spojrzenie Barańczaka na Amerykę, co całą jego postawę jako poety i tłumacza, jego podejście do języka w ogóle, podsumowując w bardzo subtelny i elegancki (ale nadal dość złośliwy) sposób:

Powiedziałem na początku, że antologia Od Walta Whitmana do Boba Dylana to list miłosny Barańczaka do Ameryki. Korekta: to list miłosny do poezji, którą Barańczak zostawił w Polsce. Do poezji, której słuchano, która się liczyła. Pozwolę sobie na koniec na małą szarżę. To być może, przez negację, najbardziej sienkiewiczowskie, najbardziej „ku pokrzepieniu serc” dzieło Barańczaka poety, tłumacza, antologisty (s. 185).

Przykłady Dukaja i Barańczaka wprowadzają nas więc wyraźnie w porządek etyczny – na samym początku książki Jarniewicz zastrzega zresztą, że w sposób czysto opisowo-analityczny o przekładzie wypowiadać się nie zamierza:

Tłumacz musi ważyć słowa, zestawiać je, naginać, rasować. Musi tworzyć muzykę zdań […]. Musi wymyślać słowa […]. Dużo tego „musi”, ku zgorszeniu wyznających deskryptywizm teoretyków, ale rozmawiać o pracy tłumacza inaczej, jak tylko z wykorzystaniem wszelkich modalności języka, nie widzę sensu (s. 11).

Jarniewicz opisuje zjawiska, które w przekładzie – chcemy, nie chcemy – zachodzą, ale jednocześnie wchodzi w ton postulatywny: mówi otwarcie, do czego ta obserwacja powinna tłumaczy i ich czytelników prowadzić. Dowartościowanie twórczego wymiaru tłumaczenia nie powoduje bowiem zdjęcia z tłumaczy odpowiedzialności – wobec oryginału czy wobec odbiorcy – przeciwnie, przypomina im o różnych zobowiązaniach wobec danej interpretacyjnej wspólnoty i jej żywego języka.

W pewnym uproszczeniu można by powiedzieć, że Jarniewicz etos tłumacza opiera na dwóch podstawowych zasadach. Po pierwsze, tłumacz bierze odpowiedzialność za to, co jego przekład, traktowany już jako autorski, twórczy, nowy tekst, „robi” z językiem docelowym. Po drugie, nie powinien ukrywać tego, że jego przekład jest działaniem twórczym i z konieczności „niewiernym” – nie może pozorować przejrzystości własnego języka. Moglibyśmy wrócić na moment do używanych przez Jarniewicza kategorii „błędu” i „kłamstwa”, by powiedzieć, że tłumacz musi kłamać – nie wolno mu tylko kłamać, że nie kłamie.

Do tych dwóch punktów etyczno-polityczna refleksja w książce Tłumacz między innymioczywiście się nie ogranicza. Postulat, który wybrzmiał bodajże najgłośniej w tak zwanych kuluarach życia literackiego (głównie na zamkniętych internetowych forach tłumaczy i specjalistów od przekładu), dotyczy tego, że tłumacze literatury powinni brać odpowiedzialność za wybór przekładanych tekstów – za to, jak ich zaistnienie w języku docelowym na ów język wpływa. Innymi słowy, Jarniewicz uważa, że tłumacze przekładane przez siebie teksty w jakimś sensie rekomendują, polecają jako warte przeczytania – niekoniecznie „dobre”, ale istotne bądź ciekawe – a jeśli nawet nie rekomendują, to przynajmniej „wprowadzają” dany tekst w rodzimy język, stając się jego akuszerami czy ambasadorami.

Niektórzy krytycy zarzucają Jarniewiczowi, że nie rozumie on warunków pracy współczesnego tłumacza – przede wszystkim tłumacza młodego czy wstępującego, który nie wybiera swobodnie między zleceniami, przekłada (i to zwykle za marne pieniądze) to, co podsunie mu wydawca, grantodawca czy inny dysponent środków. Ale on rozumie to bardzo dobrze – na tej samej stronie, na której postuluje (współ)odpowiedzialność autorów przekładu za wybór przekładanego tekstu, zaznacza przecież:

„Tłumacz, który rezygnuje z suwerenności w sposobie wyboru i przekładu obcych tekstów, coraz częściej zmuszony jest współuczestniczyć w obrocie nie myśli czy kulturowych wartości, a światowego kapitału, włączając się do akcji o czysto komercyjnym charakterze” (s. 143).

Jego stanowisko nie jest tu sztywne ani dogmatyczne – nie chodzi o to, by twórców przekładu aktywnie ganić czy poddawać środowiskowemu ostracyzmowi za tłumaczenie z życiowej konieczności rzeczy złych i wtórnych. Jarniewicz rozumie po prostu, że dowartościowanie przekładu jako czynności twórczej, autorskiej, „suwerennej” – uznanie tłumaczenia za pełnoprawną dziedzinę literatury – stanowi rodzaj transakcji wiązanej; odpowiedzialność, którą nakłada na twórców przekładu, jest bezpośrednim kosztem rekonfiguracji myślenia o tłumaczeniu. Jeśli przyznajemy tłumaczom literackie sprawczość i wpływ, musimy też założyć, że ponoszą odpowiedzialność za „złe” efekty swoich przekładów (co nie zwalnia zresztą z odpowiedzialności, podobnie jak w wypadku „nowej” powieści, reportażu czy tomu wierszy, wydawców i redaktorów). To prosta konsekwencja.

Taki jest więc koszt – i jeśli trzymać się linii Jarniewicza, nie możemy go nie ponieść. Rekonfiguracja myślenia o przekładzie jest nie tyle ciekawą możliwością, co w zasadzie koniecznością – założenie, że praca tłumacza jest bardziej „neutralna” czy „przezroczysta” niż inne literackie aktywności, to iluzja, którą coraz trudniej będzie nam podtrzymać.

Jeśli jednak zdecydujemy się ową rekonfigurację w pełni zaakceptować, przynieść może nam toniezaprzeczalny społeczno-etyczny zysk czy pożytek. Otwarcie „twórcze” tłumaczenie promuje choćby demokratyczny model zbiorowego działania. Gdzie indziej Jarniewicz wskazuje, że tłumaczenie to tradycyjnie mniej zmaskulinizowana dziedzina literatury niż samo pisanie i że emancypacja przekładu jako czynności twórczej przełoży się na dowartościowanie literackiej pracy kobiet. W jeszcze innym miejscu słusznie punktuje, że ci krytycy przekładu, którzy z problemów z „nieprzekładalnością” wyciągają wniosek, że tłumaczyć pewnych dzieł w ogóle nie należy (czy wręcz nie można), reprezentują postawę uprzywilejowanych, elitarnych czytelników, swobodnie poruszających się w sieci języków i odniesień, do której większość czytających nie ma łatwego dostępu.

Najciekawszy wątek dotyczy jednak bodajże tego, w jaki sposób etos tłumacza proponowany przez Jarniewicza odświeża wizję literatury danego języka jako dobra wspólnego. Tłumacz między innyminieustannie podkreśla wpływ, jaki ma przekład na język docelowy; przypomina, że podstawową kompetencją tłumacza literatury jest sprawne poruszanie się w języku, na który tłumaczy; pokazuje, że historia przekładów dzieła obcego na polski tworzyć może (jak w przypadku Jądra ciemnościConrada czy wierszy Heaneya) osobną literacką mikrotradycję, w której kształt oryginału nie jest wcale sprawą podstawową. Na każdym kroku mówi się więc o tym, w jaki sposób przekład zostaje wpleciony w żywą współczesność języka docelowego, a także w jego historię i tradycję, nie tylko „zadomawiając się” w nim, ale i rzucając nań nowe światło, przypominając jego zapomniane rejestry – „aktywizując” (żeby posłużyć się terminem Jarniewicza) te znaczenia i struktury, z których może już na co dzień nie korzystamy. Przekład mówi wiele o nas samych; i przypomina na każdym kroku, że literatura, owszem, składa się w dużej mierze z wysoko zindywidualizowanych, mocnych gestów i głosów, ale jest ostatecznie przedsięwzięciem zbiorowym.

Tłumacz między innymi to książka o zmianie i potrzebie zmiany, o przewartościowaniach i rekonfiguracjach, o przyszłości przekładu i aktualności literatury. To książka niewątpliwie wychylona w przyszłość. Ale Jarniewicz napisał ją, jak się zdaje, z autentycznego, szczerego przywiązania do tak nierewolucyjnej kategorii jak „polska literatura” – do idei literatury jako większego, zbiorowego, wspólnego przedsięwzięcia, w którym różni twórcy (pisarze, tłumacze) nieustannie rozmawiają ze sobą i bez przerwy odświeżają nasz język. To, oczywiście, wizja polskiej literatury zupełnie poza konserwatywnym, narodowym, religijnym czy metafizycznym kluczem; inkluzywna, dynamiczna, oparta na spotkaniu z tym, co obce:

Inność w języku tłumacza okazuje się wycieczką do niepoznanych rejonów swojskości, przekład staje się wtedy językowym samopoznaniem, odswojeniem ojczystej mowy (s. 13). […]

[Twórczy przekład ma] czytelnika – wyobcowywać, dając mu odczuć, że język, którym mówi, do niego nie należy, bo jest czymś od niego większym, do końca nieoswojonym. To wyzwoleńcze doznanie (s. 14). […]

Języki narodowe wykuwały się w ogniu przekładów i parafraz – u początków każdej z kultury leży spotkanie z obcością i próba otwarcia się na nią (s. 50).

Jarniewicz widzi więc ową „literaturę polską” przewrotnie – a może raczej widzi ją jako przewrót, stale ponawiany, wyrzucający nas ze sfery komfortu i aktualizujący nasz wspólny język. W tym zasadniczo niekonserwatywnym, adogmatycznym przywiązaniu do kategorii polskiej literatury uważny czytelnik zauważy może więź Jarniewicza z Tomkiem Pułką– wybitnym, przedwcześnie zmarłym poetą początku XXI wieku, szkicującym podobną wizję w swojej eseistyczno-felietonistycznej działalności.

 

*

To wszystko ma nam do powiedzenia książka Jarniewicza, gdy czytamy ją jako refleksję o społeczno-kulturowej funkcji przekładu. Jak już jednak wspomnieliśmy, Tłumacz między innymistawia też pewne tezy w obszarze teorii literatury, zwłaszcza teorii znaczenia i interpretacji – i te, wplecione w kolejne szkice tomu, okazują się dużo bardziej problematyczne. O ile w zamierzeniu podbudowywać mają bowiem praktyczny namysł nad pracą i etosem tłumacza, o tyle wydaje się, że częściej projekt Jarniewicza rozbijają, niż rozwijają.

Swoje podejście do kategorii znaczenia i interpretacji Jarniewicz wyraża najbardziej wprost na początku książki:

„[Ż]adne bowiem teksty, zwłaszcza literackie – a o takich tu mowa – nie mają zdefiniowanych, trwałych znaczeń. Dzieło nie jest skrzynią kryjącą w sobie sens, który za wszelką cenę powinno zachować udane tłumaczenie. To szerokie pole możliwości, na które wkracza tłumacz […]” (s. 42).

Podobna refleksja pojawia się potem kilkakrotnie: Jarniewicz przyjmuje perspektywę zasadniczo antyintencjonalistyczną (nie interesuje go znaczenie rozumiane jako intencja autorska; z takiego podejścia kpi w pewnym momencie otwarcie – zob. s. 47), konstruktywistyczną bądź, jak powiedzieliby inni, relatywistyczną. Tekst nie ma jednego, trwałego, obiektywnego znaczenia; znaczenie „współtworzy” czy to czytelnik, czy to język, kontekst, tłumacz i tak dalej.

Problem z takim podejściem widać niemalże od razu.Co bowiem zakreśla owo „szerokie pole możliwości”, jakim jest oryginalny tekst, jeśli nie jego obiektywnie istniejące (co nie znaczy – łatwe do odczytania, dające się bezstratnie oddać w nowym języku) znaczenie? Tylko docelowy kontekst – to, co może tłumacz, jest nagle definiowane wyłącznie przez relacje jego tłumaczenia do języka docelowego.

Pojawia się więc problem z kategoriami błędu i kłamstwa. Jarniewicz pisze, że przekład jest dziedziną błędu, że jest stale na błąd narażony – ale na jakiej podstawie stwierdzamy właściwie, że błąd jest błędem, jeśli nie ma obiektywnego oryginalnego znaczenia, od którego tłumacz może mniej lub bardziej odejść? Jeśli nie można nie zbłądzić – nie tylko w praktyce, ale nawet hipotetycznie – słowo „błąd” wydaje się cokolwiek na wyrost.

Znikają też, czy zostają unieważnione, kryteria ważne dla oceny konkretnego przykładu – włącznie z tymi, z których korzysta sam Jarniewicz. Jak bowiem ocenić, czy sam wybór tekstu do tłumaczenia jest „udany”, skoro liczy się tylko to, co zrobi z nim ostatecznie tłumacz? Co więcej, dlaczego mamy obciążać tłumaczy odpowiedzialnością za wprowadzanie do języka docelowego takich, a nie innych dzieł obcych, jeśli owe dzieła nie mają własnego sensu, jeśli ów sens pojawia się dopiero w tłumaczeniu?

Dalej: jeśli uznamy relatywistyczne deklaracje i założenia Jarniewicza, omawiana przez niego granica między „tradycyjnym” przekładem, adaptacją, parafrazą i innymi formami „przekładu w szerokim sensie” zostanie już nie tyle rozchwiana, upłynniona, co zupełnie zniesiona. Przekład zawsze już będzie „w szerokim sensie” i stracimy możliwość dyskutowania o jego konkretnych (pod)rodzajach – bo jak o tym mówić, jeśli nie możemy nawet próbować określić „dystansu” między znaczeniem tekstu nowego i tekstu oryginalnego? Na tym froncie, i na wielu innych, debata o przekładach literackich zostaje sparaliżowana.

Takich problemów jest dużo więcej. Momentami sam Jarniewicz zdaje się rozumieć kłopotliwość swoich teoretycznoliterackich pozycji – i sam sobie wprost zaprzecza. Chociaż w wielu miejscach chwali twórcze przekłady za niewierność (o Heaneyu tłumaczącym Kochanowskiego mówi, że na pewno nie kierował się „wątpliwym imperatywem wierności”, s. 113), ostatecznie docenia takie odejścia od dosłowności, które motywowane są właśnie chęcią „wiernego” oddania tego, co najistotniejsze w tekście oryginalnym. W przypadku tłumaczenia wiersza Jamesa Fentona mamy więc do czynienia z „kłamstwem w imię wierności” (s. 134), a zatem istnieje nagle jakieś oryginalne (czyżby obiektywne?) znaczenie, któremu warto być „wiernym”.

Może to tylko zamieszanie pojęciowe. Kilka stron wcześniej Jarniewicz bardzo wprost łączy jednak „efekt wiersza” Fentona z intencją jego autora:

„Tłumacz musi sobie postawić pytanie, gdy czyta tłumaczony przez siebie tekst: jaki efekt ma wywołać ten wiersz? czy chce zaskoczyć czytelnika informacją, że wiciokrzew służył w Korei jako okład na czyraki? A może Fenton wykorzystuje poetycko efekt obcości […]? Nie ulega wątpliwości, że to drugie” (s. 129).

Jeszcze gdzie indziej czytamy:

„Są jednak przekłady, w których tłumacze […] suwerennie korzystają z rozwiązań podsuwanych im przez język docelowy, pamiętając jednak, że w tej twórczej mediacji między językami nie może dojść do (nieuzasadnionego względami artystycznymi czy ideowymi) przekłamania obrazu oryginału”.

Trudno powiedzieć, czym „obraz” oryginału różni się od jego „znaczenia” –Jarniewicz przyznaje jednak, że do „przekłamania” może dojść, co znaczy tyle, że jest w oryginale jakieś obiektywne „coś”, czemu można zadać kłam (taki zabieg jest po prostu czasem mniej lub bardziej uzasadniony).

Wydaje się, że owe momenty samozaprzeczenia nabierają intensywności pod koniec tomu. W kontekście angielskich tłumaczeń Różewicza Jarniewicz stwierdza na przykład w niespotykanym u niego zazwyczaj autorytatywnym tonie:

„Ze szczególną uwagą należałoby potraktować te wiersze Różewicza, w których, nietypowo, pobrzmiewają rymy. Rymy są u Różewicza na tyle rzadkie, że jeśli poeta ich gdziekolwiek używa, robi to z całą świadomością: przekład powinien je obowiązkowo zachować […]” (s. 336).

Przekład Różewicza na angielski powinien więc zrobić coś „obowiązkowo” (!) nie dlatego, że tak dyktuje jego relacja z językiem docelowym, poezją anglojęzyczną i tak dalej, tylko dlatego że jest to istotny – szczególnie znaczący – element tekstu wyjściowego. Jarniewicz znów odruchowo wraca do całkiem tradycyjnych kategorii: Różewicz wyróżnił w swojej poezji za pomocą rymów pewne fragmenty; jego autorskie, intencjonalne zabiegi należy w jakiejś formie oddać w tłumaczeniu.

Z jednej strony problematyczność teoretycznoliterackiej refleksji w książce Tłumacz między innymi nie podważa tego, co Jarniewicz ma do powiedzenia o kulturowej roli tłumacza i praktyce translatorskiej– jeśli nie będziemy się trzymać deklarowanego miejscami przez autora antyintencjonalizmu/relatywizmu, zamiast tego kierując się zdrowym rozsądkiem (o który sam Jarniewicz się upomina), zrozumiemy, że oryginał oczywiście jest ważny (i ma swoje własne, autorskie, obiektywne znaczenie), ale ważne jest też to, jakie strategie i formy wybiera tłumacz. Autor przekładu jest autorem, jego działalność jest twórcza i literacka – ale istnieją też oryginał i oryginalne znaczenie, i nie można traktować ich zupełnie pretekstowo.

Jeśli więc owe deklaracje pozostają niefortunne, to głównie dlatego, że przyjęcie zupełnie przeciwnych pozycji teoretycznoliterackich – otwarcie intencjonalistycznych, zakładających, że tekst ma obiektywne, trwałe znaczenie, a tym znaczeniem jest każdorazowo intencja autora – bardzo łatwo uspójniłoby wywód Jarniewicza i usunęło z niego najbardziej rażące punkty samozaprzeczenia. Gdy podchodzimy do jego książki intencjonalistycznie i zdroworozsądkowo, wszystko wskakuje z powrotem na miejsce: przekładowa „niewierność” jest dobra wtedy, gdy na głębszym poziomie służy oddaniu czegoś znaczącego; nie można otwarcie zignorować tak ważnych rzeczy jak rymy u Różewicza; przekład różni się od adaptacji tym, na ile tłumaczowi zależy na oddaniu intencji autora oryginału i tak dalej.

 

*

To jednak, powtórzmy, wątek poboczny. Jako całość Tłumacz między innymi jest fascynującą, błyskotliwą, wielopłaszczyznową opowieścią o praktyce tłumacza, w której znajdziemy i prowokacyjne tezy, i fantastyczne szczegółowe, pogłębione interpretacje; wszystko jest zaś uspójnione niepowtarzalnym tonem Jerzego Jarniewicza, równocześnie szalenie erudycyjnym i zupełnie bezpretensjonalnym. Można po tę książkę sięgnąć dla czystej lekturowej przyjemności – a jednocześnie jej stawka jest wysoka i oczywista, każda strona przynosi poczucie, że stoimy u progu ważnej dyskusji.

 

Jerzy Jarniewicz, Tłumacz między innymi, Ossolineum, Wrocław 2018.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Kaczmarski, O przekładzie, o przekład, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 1

Przypisy

    Powiązane artykuły