13.05.2021

Nowy Napis Co Tydzień #100 / Demiurg czy uwodziciel? O biografii Adama Michnika pióra Romana Graczyka

Nie pamiętam, kiedy dokładnie po raz pierwszy usłyszałem, że Roman Graczyk pracuje nad biografią Adama Michnika. Wydaje mi się jednak, że było to w czasach, gdy redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” odgrywał jeszcze w miarę istotną rolę w polskim życiu publicznym. Mówimy więc o epoce dość zamierzchłej. Wspominam o tym, aby podkreślić, że Demiurg jest książką historyczną. I to w co najmniej dwóch znaczeniach tego słowa.

Po pierwsze dlatego, że Graczyk wykonał ogromną, onieśmielającą wręcz swoim rozmachem pracę na źródłach. Ta książka kipi od ocen, relacji i wspomnień, lecz nie tych formułowanych przez jej autora. On sam wyraźnie wycofuje się na drugi plan, zostawia sobie co prawda miejsce, by wygłosić własną opinię na temat dziejowej roli naczelnego „Wyborczej”, ale bardzo klarowanie oddziela ją od toku narracji. Jest przezroczysty i zdystansowany w sposób, który u jednych budzi irytację – a do grupy tej zaliczają się zarówno twardogłowi zwolennicy, jak i przeciwnicy Michnika, u innych natomiast – głębokie uznanie. Osobiście należę do tych ostatnich.

Jeżeli był bowiem w Polsce ktoś, kto wreszcie, po tylu długich dekadach, mógł napisać biografię Adama Michnika, tą osobą był wyłącznie Roman Graczyk. Wieloletni redaktor „Gazety Wyborczej”, który kilkanaście lat temu rozstał się z nią na tle i z powodu szalejącego wówczas sporu lustracyjnego. Autor rzetelnej biografii Wiesława Chrzanowskiego i brawurowo uczciwej Ceny przetrwania, opowieści o zmaganiach i potknięciach w relacjach ze Służbą Bezpieczeństwa środowiska „Tygodnika Powszechnego”. Człowiek, który bezpośrednio, z wewnątrz obserwował potęgę środowiska „Wyborczej”, potrafiący jednocześnie dostrzegać negatywne konsekwencje wpływu wywieranego przez nią na rzeczywistość III RP.

Ale jest też Demiurg – a świadczy o tym już sam tytuł – książką historyczną w innym sensie niż tylko warsztatowy. To rzecz o przeszłości. Opisująca świat, który już nie istnieje. Zmieniły się zarówno plenery, jak hierarchie i bohaterowie zaludniający nasze uniwersum. Adam Michnik dawno już nie jest demiurgiem. Stał się co najwyżej – a i to w mocno wyblakłym sensie – symbolem. Nie tylko dla polskiej polityki, ale nawet własnej gazety, której redaktorem naczelnym w faktycznym sensie nie jest już od długiego czasu. Napisany dwadzieścia lat temu byłby Demiurg nie tylko adekwatnie zatytułowany, co rozchwytywany jak świeże pieczywo, stając się wydawniczym wydarzeniem, jeśli nie dekady, to co najmniej sezonu. Ale może tak właśnie było trzeba. Figura Adama Michnika musiała stracić swój oślepiający blask, żeby można było przyjrzeć się jej z całym należnym dystansem i spokojem.

I zadać pytanie, które co prawda nie wybrzmiało w książce Graczyka, ale jednak po jej lekturze nie daje spokojnie zasnąć. Czy Adam Michnik, legendarny demiurg III RP, kiedykolwiek naprawdę istniał? Albo inaczej – czy historia Polski ostatnich kilku dekad byłaby jakoś zauważalnie inna bez redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”? Musimy bowiem rozróżnić dwie rzeczy, dwa całkowicie odmienne talenty – demiurga i surfera dziejów. Jednego, który wzburza fale historii i drugiego – potrafiącego wyczuć ich nadpłynięcie i utrzymać się na szczycie.

Graczyk przytacza w pewnym momencie rozterki towarzyszące Michnikowi na moment przed jego drugą podróżą na Zachód. Minęła już połowa lat 70., w Polsce staje się on już postacią na poły legendarną. Za chwilę odbędzie triumfalne tournée po największych zachodnich mediach i najbardziej prestiżowych redakcjach. Do Francji zaprasza go sam Jean-Paul Sartre. A Michnik wyznaje Antoniemu Liberze: „Kim ja jestem? Ani naukowcem, ani artystą, ani nawet politykiem z prawdziwego zdarzenia. Świecę zawsze odbitym światłem. Umiem tylko puszczać dreszcze, jak ci z Biesów”. Mniej więcej w tym samym czasie Adam Zagajewski mówił o Michniku jako „jednym z niewielu szczęśliwych ludzi w Polsce”.

Mam tu na myśli nie szczęście prywatne biorące się ze znalezienia miłej i ładnej żony, interesującej i dobrze płatnej pracy, ze świadomości, że jest się zdrowym, przyzwoitym i pożytecznym człowiekiem, ale o wiele rzadsze szczęście precyzyjnego odkrycia własnego powołania, wynikające ze znalezienia odpowiedniego użytku dla swego talentu.

W tym rozziewie dzielącym wówczas samoświadomość Michnika od sposobu, w jaki postrzegało jego osobę niemal całe otoczenie znajduje się, moim zdaniem, klucz do tej postaci. Klucz, który chciałbym zaproponować w postaci konkurencyjnego tytułu książki Romana Graczyka. Bardziej adekwatny niż Demiurg byłby według mnie Uwodziciel. Nie ten, którego genialny umysł i siła woli nadają kierunek biegowi wydarzeń, ale czyja osobowość skupia na sobie pożądliwe spojrzenia ogółu. Graczyk stara się zbyt wiele nad tą uwodzicielską cechą osobowości Michnika nie rozwodzić, kilka razy obiecuje, że to już było naprawdę ostatnie wyznanie pensjonarsko zadurzonych w jego bohaterze kobiet i mężczyzn, ale mimo wszystko cytuje kolejne zachwyty i komplementy. Nie formułując takiego sądu wprost, robi wszystko, by jego czytelnikom przyszło na myśl, że właśnie tu, w tej zadziwiającej umiejętności oczarowywania rozmówcy i świadka, tkwi sekret „demiurga”.

Człowieka potrafiącego w wieku 13. lat wkraść się w łaski Antoniego Słonimskiego, zapewniając go, że jest kimś większym od Adama Mickiewicza. Pogrążonemu w depresji Czesławowi Miłoszowi, cytując z pamięci jego wiersze, doprowadzając tym samym późniejszego noblistę do łez wzruszenia. Stefan Kisielewski był jednym z najbardziej umiarkowanych, określając Michnika mianem „migoczącego inteligencją, elastycznego, szerokiego, wszechstronnego”. Dla wrażenia, jakie robił na kobietach reprezentatywny jest opis pióra Anki Kowalskiej:

Człowiek musujący, postać renesansowa. Jedyny prawdziwy epikurejczyk, jakiego znam, nienasycony łasuch życia co się zowie: z dziewczynami, dobrym alkoholem i porządną knajpą […] z nieustannie realizowanymi pasjami, niedościgły erudyta, bożyszcze kobiet, przedmiot szacunku uniwersytetów świata.

Z kolei stosunek „ludu”, mas solidarnościowych do Michnika doskonale oddaje fragment Rozmów polskich latem 1983 roku Jarosława Rymkiewicza. Pisarza, który kilkadziesiąt lat później wszedł z naczelnym „Wyborczej” w spór tak ostry, że z ideowego zmienił się w sądowy.

– Adaś żeni się z wnuczką samego Marszałka, jak zechce, to i z wnuczką Lońki się ożeni.

– Nasz miły, dzielny, nasz wspaniały Adaś.

Pan Mareczek [alter ego Rymkiewicza – przyp. J.M.] zna co prawda Michnika, ale na pewno nie jest z nim na tyle zaprzyjaźniony, aby miał prawo mówić o nim: Adaś. Więc i on, i pan Gienio, tak o Michniku mówiąc, wyrażają – do takiego wniosku dochodzi pan Mareczek – swoją czułość do bohatera z Otwocka, swoją solidarność z więźniem z ulicy Rakowieckiej.

Można by tak jeszcze bardzo długo, lecz co z tego wszystkiego wynika?

Michnik wydaje się nieszczęśliwy nie pomimo swojego oszałamiającego powodzenia na wszystkich niemal polach, ale właśnie z jego powodu. To człowiek trawiony kompleksem Casanovy – kochanka wszechczasów, który podboje miłosne uprawiał z nudy i strachu. Chciał być pisarzem, ale zabrakło mu sił czy może odwagi do tego, by skupić się na przeżyciu nielicznych, a może dzięki temu wielkich przygód, dlatego oddawał się krótkim i przelotnym miłostkom. Dla świata – zazdrosnych mężczyzn i porzuconych kobiet – mógł wydawać się bożyszczem, kolekcjonerem trofeów. W rzeczywistości był figurą pęczniejącego z każdym dniem (a w zasadzie nocą) niespełnienia i frustracji.

Adam Michnik stał się człowiekiem estetycznym, w takim sensie, w jakim termin ten zdefiniował w Dzienniku uwodziciela Søren Kierkegaard. Potrafił prześlizgiwać się tylko po powierzchni, nie wchodząc w głębszą naturę relacji i zjawisk. Fakt, że do pewnego momentu ślizgał się z gracją łyżwiarza figurowego nic tu nie zmienia. Podobnie jak ludzi traktował zresztą słowa i idee. Dzisiejsza lektura jego – w swoim czasie uznawanych za przełomowe – tekstów, takich jak Nowy ewolucjonizm, Kościół-Lewica-Dialog czy Kłopot robi druzgocące wrażenie.

Wszystkie zachwycające towarzyszy i przyjaciół Michnika umiejętności – lekkość pióra, szerokość horyzontów, głębokość erudycji – zostają tam wykorzystane do rozegrania małych, lokalnych (w sensie zarówno geograficznym, jak i dziejowym) gierek. To, co uniwersalne – wiedza filozoficzna i historyczna – zostało bez reszty złożone przez niego na ołtarzu tego, co partykularne. Nawiązaniu nowych sojuszy, porzuceniu starych; zdefiniowaniu, kto jest w danej chwili wrogiem, a kto przyjacielem. Wszystko to sprawia jednak wrażenie dojmującej wtórności. Nie tylko intelektualnej, ale głównie politycznej. Michnik swoją skrzącą się inteligencją żyruje zmiany, które tak czy inaczej by nastąpiły. Jednak on, przybijając na nich stempel swojej osobowości i autorytetu, sprawiał wrażenie, że jest ich mentorem. Demiurgiem kolejnych światów. W rzeczywistości był raczej tylko uwodzicielem kolejnych ofiar jego nienasycenia.

Nigdy nie było to tak dobrze widoczne jak dzisiaj. Gdy z każdym kolejnym udzielanym przez Michnika wywiadem wychodzi na jaw, że kolejne fale historii umknęły jego uwadze. Gdy brakuje piór, które potrafiłyby i chciały podjąć rzucane przez niego myśli. Jak to możliwe, że tak wielka i charyzmatyczna postać nie doczekała się swoich (godnych tego miana) uczniów? Publicystów i pisarzy przejmujących od Michnika nie tylko emocje, sympatie i antypatie, ale idee i myśli?

Bo może nie ma czego przejmować. Może wszystkie pisma Redaktora to tylko erudycyjne negocjacje z kolejnymi liderami i partiami. A przede wszystkim – uwodziciele nie zajmują się przecież wychowywaniem dzieci, tylko gnaniem za nowymi doznaniami. Zostawiają więc po sobie nie kontynuatorów, lecz tylko rozmarzone (ewentualnie rozżalone) porzucone kochanki. Przemijają wraz ze słabnącą siłą wzbudzonych niegdyś uczuć.

Przychylni Adamowi Michnikowi komentatorzy zwykli, z tego, co zdążyłem zaobserwować, przyjmować książkę Romana Graczyka ze wzruszeniem ramion. Tak jakby obawiali się z jej strony jakiegoś brutalnego ataku, gwałtownej demaskacji, a nie znajdując w niej niczego takiego, uznali dobre imię swojego bohatera za uratowane, a biografię – za niewartą zawracania sobie głowy.

Demiurg Graczyka w rzeczywistości jest dla legendy Michnika czymś bez porównania groźniejszym niż „Michnikowszczyzna” i wszystkie podobne jej pamflety razem wzięte. Nie walcząc bowiem z naczelnym „Wyborczej”, pokazuje, albo co najmniej nasuwa podejrzenie, że nie ma tu z czym walczyć. Fala, na której szczycie się utrzymywał, już dawno przepłynęła. A demiurg nigdy nie istniał.

 

Roman Graczyk, Demiurg. Biografia Adama Michnika, Zona Zero, Warszawa 2021.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Maciejewski, Demiurg czy uwodziciel? O biografii Adama Michnika pióra Romana Graczyka, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 100

Przypisy

    Powiązane artykuły