17.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #105 / Gdzie te lwy szlachetne?

Najpierw jest tytuł, a ten budzi opór. Jak to Zapomniane powstania w obozach zagłady? Treblinka, Sobibór, a także bunt więźniów tworzących Sonderkommando (palaczy zwłok) w Auschwitz-Birkenau to przecież wydarzenia rozpalające emocje i niegasnącą ciekawość. Od kilku lat trwa nieprzerwany boom na literaturę związaną z Holokaustem, jakże to więc „zapomniane”? Na pytanie, kto miał zapomnieć, Michał Wójcik odpowiada: „my”. I precyzuje:

Nad dołami śmierci, dusząc się fetorem palonych ciał, obserwując codziennie masowe mordy, stworzyli sprawnie działającą konspirację, a potem wzniecili powstania, których nie znajdziemy dziś w oficjalnym kalendarzu historycznym Polski. Mimo że dwa z tych buntów zakończyły się spektakularnym sukcesem, co przecież w naszej historii jest absolutnie wyjątkowe. A także, mimo że same bunty i powstania to krystaliczna kwintesencja dziejów Polski. To sama – proszę zajrzeć do podręczników – esencja polskości.

Holokaust nieustannie wywołuje falę pytań. I choć w odpowiedzi podajemy najczęściej „to niepojęte”, to próba umiejscowienia Shoah gdzieś w sferze pozarozumowej nadaje jej wymiaru metafizycznego, jak również pozaintelektualnego. W tym sensie Holokaust zyskuje wymiar diabelski, ale traci wymiar ludzki. Zagładę należy zrozumieć tak bardzo, jak to tylko możliwe. Choć jest to niełatwe, nie jest niewykonalne czy niemożliwe, w końcu „to ludzie ludziom zgotowali ten los”. Mimo wszystko wobec ogromu śmierci powstają pytania. Wśród nich te najbardziej kłopotliwe, bo najbardziej oczywiste: jak to się stało, że Hitlerowi poszło tak łatwo? Dlaczego Żydzi dali się zamknąć w gettach, a później bez oporu dali się wywieźć do obozów zagłady? Dlaczego się nie zbuntowali? W tych pytaniach tkwi zarazem odpowiedź. Stawiający je jest bowiem przekonany: ze mną by tak nie było, zachowałbym się inaczej… Trudno wyrokować o domniemanym (życzeniowym?) zachowaniu, gdy nie było się postawionym w czyjejś sytuacji.

W gąszczu świadectw

Znalezienie się w obozie to musiał być zawsze szok. Kilkugodzinna lub kilkudniowa podróż w ścisku, bez wody, bez jedzenia, i to nagłe otwarcie się wagonu – nikt nie spodziewa się tego, co zobaczy. Wójcik oddaje ten rejestr zmysłów polifonią głosów byłych więźniów. Wchodzimy w chór pamiętników, relacji, wspomnień. Głosy uzupełniają się, dopowiadają, nieraz przekrzykują. I choć czytelnik jest wprowadzony w świat obozu poprzez relację jednego ze świadków – początkowo oglądamy (czytamy) rzeczywistość wraz z nowo przybyłym – to Wójcik nie dowierza solistom. Pojedynczy głos uzupełnia kolejnymi świadectwami. Czytelnik Zemsty otrzymuje gęsto tkany gobelin wypowiedzi i zapisów pamiętnikarskich. Czyta się to, pomimo polifoniczności, a może też dzięki niej, niezwykle intensywnie. Znać tu styl Wójcika, do którego przyzwyczaił już czytelników swoich poprzednich książek. Autor zbiera świetny materiał źródłowy, często dociera do dokumentów lub wypowiedzi zapomnianych, a pomiędzy nimi snuje swoje rozważania. Zestawia ze sobą świadectwa, porównuje, każe im niejako wchodzić ze sobą w relacje dynamiczne, jak zaprzeczenie, dialog czy gwałtowne zamilknięcie. Do tego, w tej polifonii głosów, Wójcik przechadza się zarówno z poszanowaniem dla ludzkich historii, jak również ze świadomością dyrygenta – historia musi wybrzmieć. W całości. Do końca.

Treblinka, Sobibór, Auschwitz-Birkenau – historycy specjalizujący się w dziejach Zagłady z pewnością od razu mogliby wskazać różnice pomiędzy nimi. Stosowne rozróżnienia zaznacza też Michał Wójcik. Nietrudno jednak zauważyć, że w pewnym sensie czytamy jedną historię: wyłamania się z „ustroju terroru”, jak nazywał obozy koncentracyjne Wolfgang Sofsky. Cele powstań w wymienionych obozach pozornie różnią się od siebie. W Treblince zamierzeniem było przede wszystkim podpalenie piekła, czyli zniszczenie pieców krematoryjnych, a później ucieczka wszystkich więźniów. Bunt w Sobiborze zakładał ucieczkę. W Auschwitz-Birkenau bunt „palaczy zwłok” miał za cel zniszczenie pieców krematoryjnych oraz ucieczkę, aby opowiedzieć światu o tym, czego byli świadkami członkowie Sonderkommando. Dwa z wymienionych buntów skończyły się sukcesem. Nawet jeśli nie osiągnięto wszystkich założeń, to zdobyto coś znacznie ważniejszego: w obliczu zaskakującego dla Niemców oporu żydowskich więźniów obozy zagłady w Treblince i Sobiborze zostały zlikwidowane. Znając finał tych historii, można zapytać, dlaczego nie podjęto oporu znacznie wcześniej? Wójcik przedstawia podejmowane od początku funkcjonowania obozów próby ucieczki więźniów – wcale nie takie znikome i wcale nie takie znowu nieudane. To właśnie one zmusiły załogę obozów do uszczelniania swojego terenu. Podejmowane próby powstrzymywania ucieczek to nie tylko pole minowe wokół obozu (Treblinka) czy druty pod napięciem (Auschwitz-Birkenau), ale coś nie mniej groźnego – wszechobecny strach podsycany sadyzmem. Złapanych uciekinierów poddawano wielogodzinnym publicznym kaźniom. Czasem zmieniano formę opresji (jakby wciąż szukając bardziej wyrafinowanej) i obiecywano więźniom, że ich posłuszeństwo zaowocuje powstaniem… państwa izraelskiego (ten przykład podaje Wójcik z Treblinki). Wreszcie pojawiają się numery i odpowiedzialność zbiorowa: za uciekiniera ginie sąsiad z pryczy, z grupy robotniczej… Ta ostatnia metoda powstrzymywania ucieczek wydaje się najlepsza, czyli najbardziej perfidna, bowiem w nieludzkim miejscu odwołuje się do pokładów człowieczeństwa, jak chociażby odpowiedzialności za drugiego człowieka. Więźniowe szybko przejrzeli tę perfidię, bowiem zginąć w obozie można było w każdym momencie za byle co. Skoro śmierć jest wszechobecna, pozostaje ucieczka lub bunt.

Wójcik powtarza w zasadzie znany krajobraz: garstka SS-manów tworzących załogę obozu była w stanie – za pomocą terroru, przemocy, strachu – nie dopuścić do tego, aby wielokrotnie przewyższająca ich liczba więźniów zbuntowała się. Że wśród więźniów byli donosiciele, którzy naiwnie liczyli, że ominie ich ostateczny los przygotowany przez oprawców; że załoga SS-manów to żadni tam geniusze zła, ale przeciętni, bardzo przeciętni, intelektualnie ludzie ze skłonnością do alkoholu, pieniędzy i sadyzmu – to jest wszędzie. Groteska i przerażenie idą ze sobą w parze, trzymając się pod rękę. Jednocześnie są w tym krajobrazie zdarzenia, które doprowadzony do granic poznania umysł wywracają na drugą stronę. Na własny użytek nazwałem je „paradoksami”. Przypuszczam, że każdy poznający historię obozów koncentracyjnych będzie miał swoje własne, pokaźną ich listę prezentuje także Michał Wójcik.

Paradoks Auschwitz, nad którym nie mogę przejść spokojnie: mecz piłkarski załogi SS-manów z więźniami, gdzie meczu więźniowie nie mogą wygrać, a na głowy wszystkich opada popiół z krematorium. Paradoks Treblinki? Dla mnie: obecność małego zoo na terenie obozu koncentracyjnego. Paradoks Sobiboru to ten obraz całej trójki, który nie może wyjść z głowy: SS-man Paul Groth spaceruje po obozie z żydowską „kochanką”, dla której zdobył żywą sarenkę… Mimo wszechogarniającej śmierci zdecydowano się na powstańczy zryw. Z Treblinki ucieka około czterystu więźniów; wojnę przeżyje około dziewięćdziesięciu z nich, w tym osiem kobiet. Bilans powstania w Sobiborze to około trzystu uciekinierów, z czego wojnę przeżyło pięćdziesięciu siedmiu (zdaniem Marka Bema, badacza historii tego obozu) lub siedemdziesięciu (jak chce Icchak Arad, historyk izraelski). W tej grupie tylko osiem kobiet przeżyło wojnę. Podsumowanie buntu Sonderkommando w Auschwitz-Birkenau: z sześciuset sześćdziesięciu trzech więźniów przeżyje dwustu dwunastu. I o żadnym z nich nie przeczytamy w szkolnych podręcznikach. Te zapierające dech w piersiach wydarzenia nie mają także poświęconych im dni w oficjalnym kalendarzu nad Wisłą.

Odwleczona pomoc

Żeby wywołać powstanie w Auschwitz, należy spełnić, według ruchu oporu w obozie, cztery warunki. Po pierwsze: cały obóz musi znaleźć się w zasięgu działań militarnych. Następnie: konspiracja obozowa musi zgromadzić odpowiednią ilość broni. Trzecim warunkiem było to, że wyzwoleni znajdą możliwość dalszej walki poza drutami w szeregach lokalnej partyzantki. No i czwarty punkt: powstanie wybuchnie tylko wtedy, gdy będzie zagrożone życie wszystkich więźniów. Michał Wójcik celnie punktuje powyższe założenia, a czytelnik dopowiada, że są one niedorzeczne. Punkt pierwszy skazuje bowiem więźniów na bierne oczekiwanie Armii Czerwonej. Ponieważ nie wiadomo, kiedy to nastąpi, więc do tego – niewiadomego – czasu zginą tysiące osób. Punkt wskazujący posiadanie broni przez więźniów jest bezsensowny. Jak pokazuje przykład buntu Sonderkommando, więźniowie potrafili zorganizować broń, a nawet z przemyconych elementów tworzyć granaty, ale z pewnością nie była to „odpowiednia ilość broni”. Bo cóż to oznacza w obozie, w którym są tysiące ludzi? Przecież nawet nie każdy z uczestników buntu „palaczy zwłok” posiadał przy sobie broń taką, jak na przykład nóż czy toporek. Punkt trzeci jest tak enigmatyczny, jakby ukrywał w sobie szokującą prawdę. Znowu razi jakaś niedorzeczność tych postanowień: przeważająca część więźniów obozu koncentracyjnego nie nadawała się do kontynuowania walki, a raczej do długotrwałego leczenia szpitalnego. Zatem na pewno nie wszyscy mogli wziąć udział w walce leśnych oddziałów. A może chodzi o coś innego? Aby tym, którzy chcą dalszej walki w partyzantce, to umożliwić? Idąc tym tokiem rozumowania, należałoby zapytać z innej strony: to komu zabraniano wstąpienia w szeregi leśnych oddziałów? Nasuwająca się odpowiedź jest niezwykle gorzka…. Jak bowiem odczytać inaczej to ciągłe czekanie, tę bierność, jakieś zastygnięcie w sytuacji, gdy niemal każdego dnia są gazowane setki osób? Wójcik rzuca jeszcze inne światło na przygotowania do powstania (a może raczej: przygotowania do odwlekania powstania?) poprzez wątki poświęcone rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu. Tak, zachwycamy się postawą „ochotnika do Auschwitz”, rozczytujemy w jego raporcie sporządzonym po ucieczce, ale nie pytamy, dlaczego nawet jemu nie udało się wzniecić, przygotować, przeprowadzić powstania. Odpowiedź podsuwa Michał Wójcik, cierpliwie czytając dokumenty i wspomnienia. Jedną z nich jest ta, że w nazistowskim piekle istnieje jeszcze specjalny krąg potępienia. To krąg polsko-polskich waśni: kto z lewa, kto z prawa, kto Polak, kto Żyd, kto z sanacji, a kto z komunistów. Krąg, który zdaje się wieczny, objawiający swoje istnienie po każdym większym zrywie. Krąg zacieśniający się coraz bardziej na duszy i odbierający wszelką nadzieję…

Domniemane owce, domniemane lwy

Z perspektywy recenzenta nie będę zdradzał wszystkich tropów, które wyznacza Michał Wójcik. Jest to autor, który świadomie czasem woli podsunąć pewną myśl, aby później zamilknąć i pozwolić czytelnikowi na samodzielne wyciągnięcie wniosków lub postawienie kolejnych pytań. Korzystałem z tego często, kreśląc na książce uwagi, a później zapisując notatki, aby sprawdzić ten trop, a tamtą książkę jeszcze przeczytać. Na dwa zagadnienia chciałbym jednak zwrócić uwagę, aby zrozumieć, dlaczego autor zdecydował się na tytuł Zapomniane powstania.

Pierwsza rzecz to umiejętność czytania źródeł i stawiania pytań. I tu trzeba napisać, że Wójcik jest z książki na książkę coraz lepszy. Dowodem niech będzie to, że choć kilka lat wcześniej napisał Treblinkę’ 43. Bunt w fabryce śmierci, to w Zapomnianych powstaniach to samo zagadnienie ujął w nowy sposób, unikając autoplagiatu. Wójcik na marginesie dzienników i wspomnień stawia pytanie: skoro z obozów w Treblince i Sobiborze uciekło za każdym razem kilka setek więźniów, to dlaczego wojnę przeżyło za każdym razem tak niewielu z nich? Skoro mamy co najmniej kilkanaście relacji o przebiegu powstania w Treblince i Sobiborze, to dlaczego nie mamy żadnej szczegółowych relacji o życiu Żydów po ucieczce z obozów zagłady? Te tygodnie lub miesiące tułaczki są przemilczane. Dlaczego? Z jednej strony odpowiedź może tkwić w psychice, która pod wpływem stresu, strachu, poobozowej traumy nie chciała zapamiętać wszystkiego. Druga możliwość odpowiedzi jest znacznie bardziej przerażająca. Powstańcy z Treblinki i Sobiboru nie mówili o życiu ukrytym w lasach i ziemiankach, bo nie było o czym mówić. Słowem: lepiej było o tym milczeć. A to się czyta brutalnie: bo świat poza obozem często niewiele różnił się od piekła, z którego wydawało się, że uciekli. Ostatnie zagadnienie to sprawa udziału Armii Krajowej w powstaniach w obozach zagłady. A właściwie – jego braku. I znowu, żeby być uczciwym i trochę zdradzić, ale nie za wiele: czy nie powinno nas zastanawiać, że gloryfikujemy wysadzanie pociągów wiozących sprzęt wojskowy, spektakularne akcje odbijania więźniów, zamachy na nazistowskich oficjeli, a nie mamy ani jednej informacji, aby Armia Krajowa choćby zatrzymała pociąg z transportem ludzi do obozów zagłady?

Michał Wójcik w Zemście przedstawił niemal cały zakres – od ucieczek do zbrojnych buntów – oporu w obozach koncentracyjnych. Jest to zapis sensacyjny, zarówno w stylu pisania, dramatycznej akcji, ale także końcowych wnioskach. Rzecz paradoksalna: udało się autorowi zawrzeć w jednej książce emocje zupełnie skrajne – lektura zarazem podnosi na duchu, a jednocześnie niezwykle przygnębia. A przede wszystkim zmusza do zdefiniowania raz jeszcze, kto był walecznym lwem, a kto owcą idącą na rzeź.

Michał Wójcik, Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady Treblinka, Sobibór, Auschwitz-Birkenau, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2021

okładka

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Gdzie te lwy szlachetne?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 105

Przypisy

    Powiązane artykuły