17.09.2020

Nowy Napis Co Tydzień #067 / Elegia odchodzącego

W jednym z letnich miesięcy Sándor Márai zapisał w swoim Dzienniku:

Czy istnieją jeszcze czytelnicy, a jeśli tak, to gdzie? Istnieją konsumenci książek, ale „czytelnika” nie widać. Czasami wydaje mi się, że powinienem zamieścić drobne ogłoszenie następującej treści: „Dla pisanej właśnie powieści poszukuję czytelnika w dobrej kondycji. Tylko poważne oferty”.

Jest rok 1979; węgierski pisarz porządkuje rękopisy, poprawia ostatnie książki. Przed nim jeszcze dwa najważniejsze rozdziały: śmierć żony Loli i śmierć przybranego syna Jánosa. Dla siebie zostawia postscriptum: kula gnieździ się już w rewolwerze.

Lekcje z czytania

Dziennik Sándora Máraia pozostaje dla mnie fenomenem nie tylko sferze literackiej, ale również obecności na polskim rynku czytelniczym. Pierwszy raz Dziennik ukazał się w Polsce w 2004 roku. Był to jednotomowy wybór w przekładzie i opracowaniu Teresy Worowskiej. Pamiętam, że od tamtego czasu, zrazu powoli, później coraz bardziej systematycznie, odnajdywałem ślady fascynacji węgierskim diarystą w publicystyce i twórczości ważnych dla mnie autorów. O magnetycznej sile Dziennika Máraia niech świadczą kolejne wydania – rok 2006, 2007, 2008 i 2009. Gdy wydawnictwo Czytelnik oznajmiło, że zamierza wydać całość Dziennika w pięciu tomach i dalej pod czujną opieką Teresy Worowskiej, należało tylko czekać. I czytać. Ostatni tom Dziennika obejmujący lata 1977–1989 staje się wyzwaniem dla czytelnika. Z jednej strony – lektura dopiero się zaczyna. Nawet domknięcie wydawnicze diariusza Máraia nie znaczy, że udało się go przeczytać, że można go na swojej czytelniczej liście odkreślić z adnotacją „przeczytane”. Przy takim dziele, rozłożonym w czasie, pełnym obserwacji dotyczących Europy, kultury, kondycji człowieka współczesnego czy statusu pisarza, otrzymaliśmy lekturę na wiele lat. Sándor Márai poprzez swój Dziennik staje się świadkiem wieku, a jego głos brzmi wyjątkowo mocno i krystalicznie. Z drugiej strony – ostatni tom prowokuje do lektury w zupełnie inny sposób: poprzez całość oraz przez pryzmat początku. Pokusa takiego odczytania jest dość oczywista. Dysponujemy jednotomowym wyborem Dziennika, a to stawia ciekawe pytania o to, co Teresa Worowska uznała za najcenniejsze do przekazania spośród setek stron diarysty. Żeby mieć poczucie skali, przypomnijmy, o jakich objętościach mówimy. Jednotomowy wybór liczy 606 stron zapisków węgierskiego pisarza, podczas gdy pięciotomowa edycja to 2 346 stron samego Máraia (nie licząc ciekawych szkiców Teresy Worowskiej po każdym z nich). Jak zatem czyta się Máraia przez pryzmat Máraia?

Márai oczami Worowskiej

Gdy kartkuję teraz wydanie jednotomowe i porównuję notatki, jakie zrobiłem po lekturze Dziennika: 1977–1989, z zaskoczeniem odkrywam, że zatrzymałem się przy tych samych fragmentach. W pewnym sensie spotkałem się ponownie z Máraiem, ale również spotkałem samego siebie sprzed kilku lat. Obydwa spotkania mają swój ciężar emocjonalny. Ostatni tom diariusza jest odmienny. Oprócz tematów dyżurnych, takich jak rozmyślania o kondycji świata, rejestrowanie zmiennej temperatury zimnej wojny, rozważania losu pisarza w ogóle i losu pisarza na emigracji, znacznie więcej miejsca autor Żaru poświęca swojej żonie Loli. Do tej pory była tłem, dyskretnie zaznaczała swoją obecność na kartach Dziennika. Obecnie czytelnik jest świadomy jej powolnego odchodzenia. Potknięcie się, przewrócenie, utrata przytomności, problemy ze wzrokiem – czytać to będziemy niczym powieść detektywistyczną, choć zakończenie znamy. Od pierwszych oznak zbliżającej się śmierci żony, Sándor Márai będzie powtarzał, że umrzeć razem byłoby najlepszym rozwiązaniem.

Ars moriendi. Wieczorem L. mdleje. Podaję jej sympatol, wraca do siebie. Następnego dnia ja mam zawrót głowy. Natychmiast mija. Gdyby ta „dobra śmierć” przyszła w taki sposób, byłoby to uspokajające.

Zapis więzi, jaką miał Márai ze swoją zmarłą żoną, wywiera na czytelniku niezmiennie duże wrażenie. Sam nazywał to „gorącą linią”, hotline. W snach widzi litery, które układają się w zdania. To „grypsy” Loli z zaświatów. Márai zapisuje wszystko, choć nie wszystko rozumie. W skrzyni okrętowej, gdzie znajdują się jego rękopisy, są też dzienniki Loli. Teraz, łamiąc dotychczasowe zasady Dziennika, do swojej narracji wprowadza również jej zapiski. Powraca do początków znajomości, ważnych wydarzeń ze wspólnego życia. Jednocześnie pozostaje pisarzem surowym wobec siebie samego i skrupulatnie zapisuje swoje emocje:

Gniew. Nie wzruszenie, zamyślenie, nic takiego. Tylko gniew. Czasami wściekłość, aż chce się wyć. Bo umarła. Gniew na lekarza, że nie potrafił pomóc. Gniew na Boga (jeśli jest), że nie pomógł, i gniew na Boga (jeśli go nie ma), że go nie ma, kiedy potrzeba pomocy. Gniew na ludzi, że nie pomogli. I na samego siebie, że nie potrafiłem nic więcej uczynić. Gniew na nią, że umarła.

Zawieszony pomiędzy hotline a dziennikami Loli stara się unieważnić czas i pozostać w wiecznym teraz.

Teresa Worowska dokonała świetnej pracy. Jej wybór znajduje potwierdzenie w pięciotomowym wydaniu: pisarz nie został „skrzywdzony”, jego dzieło nie ucierpiało. Mogę się tylko domyślać, przed jakimi dylematami musiała stanąć tłumaczka decydując się na ocalenie lub odsunięcie (na szczęście jak się okazało, było to jedynie odsunięcie w czasie) danych fragmentów diariusza.

Márai czytany przez Máraia

Na niebie cudowna zimowa tęcza, jakiej jeszcze nigdy nie widziałem. Do ostatniej chwili zdarzają się niespodzianki. Program świata jest niezmienny, ale nigdy nie jest nudny.

Ten cytat doskonale charakteryzuje ostatni tom diariusza. Mimo najważniejszych wydarzeń w życiu węgierskiego pisarza, mimo znajomego zakończenia, Dziennik wciąż pozostaje jego dziełem, a to oznacza kontynuację dotychczasowych tematów. Rozczarowany Europą, jej flirtem z komunizmem, wybiera San Diego w Ameryce. Jest to wybór dyktowany ostatnią podróżą. „Osiągnąłem wiek patriarchy”, żartuje raz po raz Márai i definitywnie kończy wszelkie wielkie podróże. Czytelnik znający jego twórczość, a zwłaszcza dziennik, zdaje sobie sprawę, ile musiała go ta decyzja kosztować. Márai to przecież poszukiwacz smaków, widoków, doznań. Niejednokrotnie na kartach wspomina dawne widoki, skonsumowane potrawy, smak wina czy wypalonego tytoniu. Historia literatury miesza się tu z jego własnym życiem, bowiem często był w tych samych miejscach, co Goethe czy Rilke. Program Dziennika jest niezmienny, ale nigdy nie jest nudny – można wtórować wraz z powyższym cytatem. W zapisach węgierskiego pisarza niezmiennie będzie przebijał dystans do opisywanego świata. To czujny obserwator, który powstrzymuje swoją czułość na rzecz niezależnego sądu. Nie stroni Márai od arbitralnych ocen, ale nie zmienia się w nudnego moralistę. Wciąż zachowuje dystans, racząc czytelnika raz po raz swoim ironicznym poczuciem humoru. Celnie punktuje konsumpcjonizm, ogłupiające reklamy w telewizji czy nieustające zagrożenie wojną atomową, a jednocześnie potrafi w swoich rozważaniach przenieść czytającego za pomocą celnej metafory ciut wyżej, ciut dalej niż opisywany problem, pisząc bezceremonialnie i wprost: to zaproszenie do uczestniczenia w mądrości.

Ostatni tom jest jednak inny. Na tle poprzednich wyjątkowo mocno brzmi głos pisarza zatroskanego o skażenie środowiska. Raz po raz odnotowuje kolejne wycieki ropy naftowej ze statków, rejestruje kilometry zanieczyszczonych wód. Innym tematem jest wdzięczność za życie, w którym było dane mu widzieć tak wiele. Ten tom Dziennika cechuje ton elegijny, to w dużej mierze zapis pożegnania się ze światem.

Może będzie jeszcze jedna książka: coś wyrażającego wdzięczność za to, że żyłem w tym wieku, który ze wszystkimi koszmarami był jednak cudowny, bo nowoczesna astronomia ukazała coś ze struktury świata. Przeżyłem pełne życie, teraz już biegną nadgodziny.

Sándor Márai, ten węgierski biegun, zdaje się słyszeć Głos, który mówi mu: już zwolnij, teraz osiądź i czekaj.

Koniec i początek

Świadomość tragicznego zakończenia kusi odczytaniem tomu przez pryzmat zapisków wcześniejszych. Szukania w nich zapowiedzi tego, co nastąpiło 21 lutego 1989 roku. Pokusie tej nie należy ulegać. Samobójstwo jest ważną częścią historii literatury, ale tropienie zapowiedzi końca, widomych znaków, byłoby niezrozumieniem tego, czego doświadczył Sándor Márai w ostatnich latach swojego życia. Dziennik, pomimo swojej kąśliwości oraz ironii, był także wielkim zapisem euforii wobec życia. Zapisy kąpieli w morzu, podróży od Paryża przez Nowy Jork i Salerno, widoki, wzruszenia przy muzyce i lekturze – wszystko to świadczy o umiłowaniu życia. Lata ostatnie to okres nie tylko odejścia wszystkich, których kochał – Loli, Jánosa, rodzeństwa, które pozostało na Węgrzech – ale również odejście samego siebie. Ciało osuwające się coraz bardziej w bezwład, zaglądanie w studnię starości, gdzie na jej dnie łypie okiem… sami wiecie kto.

Teraz, gdy Dziennik ukazał się w całości, nie pozostaje nic innego, jak przeczytać go raz jeszcze.

S. Márai, Dziennik: 1977–1989, przeł. Teresa Worowska, Czytelnik, Warszawa 2020.

Okładka "Dziennika"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Elegia odchodzącego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 67

Przypisy

    Powiązane artykuły