08.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #095 / Nieregularne kręgi przemocy

Zabójstwo jest złem, ale tyranobójstwo jest dopuszczalne – głosili niezmiennie Appian, Plutarch i Cyceron. Nawet średniowieczna elita intelektualna stanęła w szranki o to, jak pogodzić chrześcijaństwo z zamordowaniem króla. Jan z Salisbury w XII wieku pisał, że tyrana można się pozbyć, aby „wyzwolić lud, by ten mógł służyć Bogu”. Dzisiaj brzmi to niemal jak zakamuflowane stwierdzenie, że cel uświęca środki. Nieco subtelniejszy pozostawał Akwinata, gdy uzasadniał królobójstwo potrzebą przetrwania, czyli podciągając je pod kategorię samoobrony i umiejscawiając w doktrynie wojny sprawiedliwej. Intelektualne wywody i moralne dylematy zniósł całkowicie Siergiej Nieczajew pisząc w XIX-wiecznym Katechizmie rewolucjonisty: „Rewolucjonista – to człowiek stracony. Nie ma własnych interesów, spraw, uczuć przywiązania, własności, nawet nazwiska. Cały jest pochłonięty jedyną i wyłączną sprawą, jedyną myślą, jedyną namiętnością – rewolucją”. Nie ma sędziego, zdaje się pisać rosyjski rewolucjonista, jest tylko sprawa. Gérard Chaliand i Arnaud Blin przyglądają się w Historii terroryzmu. Od starożytności do Da’isz zmieniającym się definicjom, sposobom walki, rozszerzającym się kręgom przemocy, ale nie udzielają jednoznacznych odpowiedzi na pojawiające się w trakcie lektury pytania. Czytelnik, który tego oczekuje, ma prawo czuć się zawiedziony. Wszak autorzy to reprezentanci świata akademickiego, powinni zatem dysponować wiedzą przywracającą poczucie bezpieczeństwa. Gérard Chaliand i Arnaud Blin unikają takiej postawy i jestem im za to wdzięczny. Zasłanianie się głoszeniem z katedry uniwersyteckiej samo w sobie może być potraktowane jako forma opresji, gdzie słuchacz pozostaje przygnieciony argumentami, których nie ma możliwości odeprzeć. Autorzy niejednokrotnie stwierdzają też, że terroryzm jest szaleństwem, a tu racjonalne odpowiedzi zdają się blaknąć. Jak wytłumaczyć, ale tak na serio, do bólu racjonalnie, że zabija się przypadkowych, niewinnych ludzi dla jakiś wygórowanych celów? Tak, terroryzm jest formą religii, a Fobos, ten przedziwny bóg, żąda dla siebie nieludzkich – ofiar z ludzi. Autorzy Historii terroryzmu niepokoją jednak czytelnika, gdy wyciągają – prawdziwie przerażające – konsekwencje, które można zamknąć w jednym pytaniu: A jeśli to my jesteśmy współodpowiedzialni za powstanie i żywotność kultu Fobosa?

Terroryzm obnażył pokusę człowieka przełomu stuleci – bycie bezpiecznym. Nie, nie jesteśmy bezpieczni i nigdy nie byliśmy. Jakkolwiek strasznie to brzmi, uwierzyliśmy, że niewiele nam grozi, a prawdziwe niebezpieczeństwa są gdzieś tam, poza granicami spokojnego świata. Terroryzm jest stary jak świat i przekonują o tym francuscy autorzy, prezentując swój wykład od zelotów i asasynów. Układ książki jest zasadniczo chronologiczny, oprócz tego pojedyncze rozdziały poświęcono osobnym zagadnieniem, jak akcjom samobójczym, polityce Stanów Zjednoczonych wobec terroryzmu czy współczesnemu dżihadyzmowi. Europa, choć stanowi niewątpliwe centrum tej książki, ustępuje miejsca, aby przedstawić sytuację w Afryce czy rozległą panoramę napięć świata arabskiego. Jest zatem globalnie, bo taki jest właśnie terroryzm. Historię terroryzmu można zatem czytać jak podręcznik dziejów szaleństwa, ale również jako literaturę zbrodniczego obłędu. Na blisko stu stronach zamieszczono teksty źródłowe o terrorze: manifesty, odezwy, fragmenty dzieł literackich, podręczniki do walki partyzanckiej. Czyta się to niesamowicie, a włos jeży się na głowie, jak wtedy, gdy Bhagwat Charan Vohra, ideowy przeciwnik Mahatmy Gandhiego, stwierdza w Filozofii bomby:

W miarę jak młodzież zostanie przeniknięta psychologią rewolucji, lepiej zrozumie okowy narodowe i rozwinie nieugaszone pragnienie wolności aż do chwili, w której w prawomocnym rozwoju wydarzeń młodzież zacznie zabijać prześladowców. W ten sposób w tym kraju narodzi się terroryzm. Jest to nieunikniona i konieczna faza rewolucji. Terroryzm nie jest rewolucją, lecz rewolucja jest niekompletna bez terroryzmu.

Pomysł zebrania tak pokaźnej liczby tekstów źródłowych jest po prostu świetny i doskonale uzupełnia narrację historyczną. I tu pewnie powinienem po krótce choćby streścić dzieje wyznawców kultu Fobosa, ale w tym przypadku mija się to z celem. Jeśli narracja obejmuje dzieje od zelotów do współczesnych dżihadystów, to mówimy o niemal nieogarnionej ilości przypadków, osób, konfliktów, metod walki oraz konsekwencji. Redaktorzy Gérard Chaliand i Arnaud Blin oraz autorzy zaproszeni do tej olbrzymiej księgi przedstawili to z imponującym spokojem i rzetelnością. Nie mam zamiaru odbierać im zasług, a czytelnikowi śledzenia poszczególnych zawirowań historii. Autorzy dziejów terroryzmu niejako na marginesie książki pozostawili czytelnikowi szereg fascynujących spostrzeżeń oraz frapujących pytań. Nad kilkoma z nich chciałbym się zatrzymać.

Terroryzm – media i demokracja

Wydaje się, że terroryzm jest wpisany we współczesność. Rewolucja przemysłowa, a wraz za nią kolejne (informatyczna, technologiczna, społeczna) sprawiły, że nigdy jeszcze terroryzm nie był tak łatwy. Moment pojawienia się dynamitu to w zasadzie moment narodzin współczesnego terroryzmu. Tam, gdzie dawniej liczyła się bliskość, teraz zapanował dystans. Aby zabić króla, należało znaleźć się na odległość długości ostrza (sztylet, miecz) lub być na tyle blisko, aby podsunąć truciznę. Wszystko to wymaga wkradzenia się w łaski, wejścia w sferę zaufania, wreszcie: spojrzenia zabijanemu w oczy. Dynamit, bomby, pojazdy-pułapki uwalniają od tego brzemienia. Zabija się bezosobowo. Im większa odległość, tym mniejsze wyrzuty sumienia. Terrorysta coraz rzadziej ogląda bezpośrednio efekty swoich działań; dowiaduje się o swojej skuteczności z mediów. A te szczodrze o tym informują. Media lubią szok. Terroryści szybko dostrzegli nieoczekiwanego sprzymierzeńca swoich działań. Terroryzm myśli o sobie jako idei wcielonej w czyn; to propaganda czynu. Pierwsze zamachy cechowało staranne dobieranie ofiar oraz ich symboliczne znaczenie (znienawidzony król, okrutny generał wojsk, pazerny duchowny). Śmierć im wymierzona miała dodawać otuchy oraz popychać lud do zmiany rządów. Zamachy takie niosły jasny i czytelny przekaz: nie macie władzy na świecie. Współcześnie walor propagandowy ustąpił walorowi maksymalnego szoku. Celami zamachów nie są już możni tego świata (coraz lepiej chronieni), ale przypadkowi ludzie. Im więcej, tym większy rozgłos i zainteresowanie mediów. Media skrupulatnie opisują obraz zniszczeń oraz liczbę ofiar, potęgując uczucie szoku, niedowierzania i zagubienia. Jednocześnie zdaje się zmieniać cel zamachów terrorystycznych. Do mediów nie są wysyłane już manifesty zamachowców ani lista żądań. Liczba ofiar oraz szok nie stają się początkiem zmiany rządów, ale początkiem rekrutacji w swoje szeregi. To prosty przekaz: jesteśmy silni, mogliśmy to zrobić wtedy, możemy i w przyszłości. Czy media stają się nieświadomą tubą dla terrorystów? – to jedno z ciekawszych pytań w tej książce. Nie mniej ciekawym i sprzężonym z nim jest pytanie o związek terroryzmu z demokracją. Gérard Chaliand i Arnaud Blin przekonują, że to państwa demokratyczne są bardziej narażone na ataki terrorystyczne. Wiąże się to z tym, że państwa autorytarne kontrolują przepływ informacji, w związku z czym pozbawiają je pożądanego przez zamachowców rozgłosu. Dyktatorzy nie są też ograniczeni przepisami prawnymi, zatem tropienie zamachowców wydaje się znacznie bardziej skuteczne. Skala społecznych nastrojów będzie znacznie większa w państwie respektującym wolność słowa, pluralizm poglądów, tolerancję. Nie oznacza to jednak, że państwa demokratyczne są skazane na bycie ofiarą terrorystów. W istotę demokracji jest przecież wpisana również praworządność oraz prawa człowieka. Paradoksalnie: opinia publiczna, po czasowym szoku, może być bardziej zmobilizowana do ujęcia sprawców. Terroryzm staje się pasożytem, który kwitnie na mediach oraz demokracji i stawia pytania o niemożliwą kohabitację.

Cena za hegemonię

Scena polityczna nie rysuje się jedynie w manichejskich barwach, rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona. Stany Zjednoczone są mocarstwem, które od kilkunastu lat jest na „wojnie z terroryzmem”. Nie jest jednak tak, że Waszyngton jest nieskalanym gwarantem demokracji i praw człowieka.

Począwszy od zamachu stanu przeciwko Mosaddeghowi w Iranie, w którym uczestniczyło CIA, oraz zamachu na reżim Arbenza w Gwatemali na początku lat 50., do wsparcia dla szacha Iranu, Marcosa na Filipinach, Suharto w Indonezji i wielu innych Realpolitik prowadzona przez Stany Zjednoczone ukrywa się za deklaracjami bardzo dalekimi od rzeczywistości

– stwierdzają autorzy. W latach 80. było ponad tysiąc zamachów na obywateli amerykańskich, ale nigdy na jej terytorium. Wydawało się, że możliwe jest zaatakowanie odległych ambasad, dyskotek czy statków, ale nie samego serca kraju. To dlatego między innymi zamachy na World Trade Center były takim szokiem – terroryści są pośród nas. Choć wydarzenia z 11 września 2001 roku są szokujące, to w skali globalnej oraz rozłożonej na lata dominacji USA i krwawych ingerencji w innych krajach, zyskują inną proporcję. Gérard Chaliand i Arnaud Blin stwierdzają:

Jako zjawisko międzynarodowe terroryzm przynosi przede wszystkim znaczącą szkodę, gdyż oprócz efektów psychologicznych jest siłą niezwykle destabilizującą. Terroryzm jest ceną, w sumie bardzo skromną, jaką Zachód, a szczególnie Stany Zjednoczone, płaci za swoją hegemonię. Dzięki wyczuciu politycznemu należy podejmować wysiłek, aby go nie wspomagać, twierdząc, że się go zwalcza.

Właśnie w takich zdaniach ujawnia się cała wielkość Historii terroryzmu: jest i dystans do opisywanych wydarzeń, ale nie brakuje też osobistych poglądów. Autorzy jednoznacznie potępiają terroryzm (powtarzam to, gdyby ktoś z czytelników wyrobił sobie odmienne zdanie na podstawie cytowanych fragmentów, które jednak funkcjonują zawsze w szerszym zakresie), a jednocześnie starają się widzieć przyczyny i konsekwencje. Tu również nie zabraknie pytań o bazę Guantanamo oraz przetrzymywanych tam więźniów.

Usłyszeć ból obydwu stron

Kim jest dzisiejszy terrorysta? – to pytanie przewijające się przez karty książki. Nie ma jednej satysfakcjonującej odpowiedzi, ale bardzo ciekawe są spostrzeżenia Françoisa Géré, który napisał rozdział poświęcony akcjom samobójczym. Autor ten wskazuje, że męczeńska (w przekonaniu zamachowca) śmierć może przekreślić beznadziejne życie. Gloryfikowana śmierć kończy nijakie życie i staje się wstępem do raju. Jednocześnie zamachowiec-samobójca unika ewentualnej kary, sądu, wszelkich możliwych pytań, a przede wszystkim spotkania z rodzinami swoich ofiar. Czy nie jest zatem bardziej tchórzem, który ucieka przed konsekwencją swoich działań? I czy obiecywana przez dżihadyzm nagroda nie jest groteskową odwrotnością szariatu? Kapitalne są te pytania, które na kartach książki znajdują swoje dalsze rozwinięcie. Ciekawe jest również spostrzeżenie, że każda masakra lub akt samobójczy jest w jakimś stopniu próbą cofnięcia czasu, zatrzymaniem i puszczeniem koła historii raz jeszcze, tym razem po właściwej koleinie. Czy jest zatem wyjście z tego zaklętego kręgu przemocy? Z pewnością autorzy Historii terroryzmu nie serwują łatwych odpowiedzi. Zwykła odpowiedź przemocą na przemoc nie przynosi oczekiwanych rezultatów (przykład USA i talibów w Afganistanie), zaś kurs na logikę wzajemnej masakry, którą realizuje Rosja (przypadek Biesłanu czy Dubowki) nie daje żadnego rozwiązania. Nie pokonamy terroryzmu, jeśli nie usłyszymy zamachowca. Bez zrozumienia rzuconego społeczeństwu wyzwania, nie będziemy w stanie udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi. W tym momencie ważne są nie tylko zbrojne odpowiedzi, ale jeszcze ważniejsze głosy rodzin przypadkowych ofiar. W pewnym sensie ta bitwa dzieje się też na płaszczyźnie serca.

G. Chaliand, A. Blin, Historia terroryzmu. Od starożytności do Da’isz, tłum. Katarzyna Pachniak, PIW, Warszawa 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Nieregularne kręgi przemocy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 95

Przypisy

    Powiązane artykuły