01.07.2021

Nowy Napis Co Tydzień #107 / Gdy biskup spotyka dwóch panów M.

W średniowiecznej kulturze artystycznej – budowniczych katedr i ich ogromnych, rzeźbionych pilastrów, tworzących barwne mozaiki, witraże i malowane miniatury, posążki świętych, ale i zdobione oprawy ksiąg – istniało pojęcie „Meisterstück”, po polsku „majstersztyk”. Majstersztyk był ostatecznym sprawdzianem, dziełem przedkładanym przed oblicze kolegium starych mistrzów. Powstawał często przez wiele lat, poprzedzony licznymi podróżami do odległych miast i krain, łączył w sobie zarówno nowatorstwo, jak i głęboki szacunek dla tradycji. Był dziełem skończonym, które dawało glejt mistrzowski, patent artysty. Tym majstersztykiem (zarówno w rozumieniu wieków średnich, jak i w naszym, najbardziej współczesnym czasie) jest „Andzia” Przemysława Truścińskiego, ilustracyjne arcydzieło, którego kanwą stały się liryki Piotra Mańkowskiego.

Przemysław Truściński dla czytelników niezainteresowanych bezpośrednio polską grafiką i sztuką komiksu może okazać się postacią enigmatyczną, ale wbrew wszelkim pozorom Trust (pseudonim, którym posługuje się artysta) jest twórcą, którego bardzo dobrze znają – to według jego projektów wykonano między innymi murale w Muzeum Powstania Warszawskiego i na zaporze zalewu w Solinie obok zamku w Niedzicy. Jest trzykrotnym laureatem Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, autorem albumów indywidualnych i zbiorowych, jako jeden z nielicznych polskich artystów dosłużył się indywidualnej wystawy w ojczyźnie mangi i Hokusaia Katsushiki – Japonii. Słowem to jeden z kilku najważniejszych artystów komiksu średniego pokolenia (rocznik 1970) w Polsce, zaś według magazynu „Archive” zajmuje miejsce wśród dwustu najlepszych ilustratorów na świecie.

Piotr Mańkowski (1866–1933) dzieciństwo spędził w Dreźnie, ukończył studia rolnicze we Wrocławiu, później wstąpił do seminarium duchownego. Od 1918 roku pełnił funkcję biskupa kamienieckiego. Rękopis żartobliwego cyklu Andzi został odnaleziony w 2007 roku w Rzymie w archiwum spadkobierców Mańkowskiego. Według rodzinnej legendy zestaw wierszy powstał dla bratanków i siostrzeńców biskupa, a datuje się je – bardzo hipotetycznie – na okres pierwszej wojny światowej lub nawet lata 30. XX wieku. Truściński nad ilustracjami do Andzi pracował ponad dziesięć lat. Jeśli jest to – jak sam stwierdziłem – majstersztyk polskiej opowieści rysunkowej, przyjrzyjmy się, w jaki sposób łączy w sobie immanentne cechy „Meisterstück”, nawiązania do tradycji i spojrzenie ku czasom współczesnym.

Funkcja pełniona przez Mańkowskiego automatycznie odsyła nas do innego „księcia kościoła”, któremu pióro, humor i satyra nie były ani obce, ani straszne. Do Ignacego Krasickiego, lecz jest to tylko skojarzenie automatyczne. Autor Andzi – nota bene twórca bardzo nowoczesnego jak na tamte czasy traktatu Po naszemu, analizującego błędy proceduralne i liturgiczne w polskim kościele – parodiował nie tylko frazę, ale i mentalno-moralny przekaz poezji Stanisława Jachowicza, który przez ponad sto lat stanowił wzorzec liryki dla dzieci. Nie tylko w sensie formalnym, ale i ideowym. Wręcz można stwierdzić, iż większość polskich dzieci (również ich rodziców) „nie tylko Jachowiczem mówiła”, ale i „myślała”. Mańkowskiego, wychowanego – w znacznym stopniu – w kręgu literatury niemieckiej i intelektualno-literackich wzorców modernistycznej Europy, ten infantylny przekaz nie tylko śmieszył, ale i drażnił. Nie bez przyczyny rozpoczyna swój zbiór Jachowiczowską frazą: „Nie głaszcz, Andziu, tego kotka…”, by później pożeglować w stronę Hoffmana i braci Grimm, a za sprawą znakomitych ilustracji Truścińskiego – surrealistów pierwszej fali i Franka Millera.

grafika

Inspiracją dla wyobraźni poetyckiej Mańkowskiego stał się z pewnością zbiór Złota rószczka (to tytuł nadany przez pierwszego polskiego wydawcę – Bolesława Wolffa) Heinricha Hoffmana. Opublikowany w Petersburgu był tłumaczeniem dziesięciu – nadzwyczaj makabrycznych – opowiastek dla dzieci. Der Struwwelpeter (Rozczochrany Piotruś – tytuł oryginalny) jest w literaturze przedmiotu (choć nie jest to prawdą) uznawany za pierwszą wydaną w Polsce książeczkę ilustrowaną. Pierwodruk Hoffmana z 1845 roku (zatytułowany Lustige Geschichten und drollige Bilder mit 15 schön kolorierten Tafeln für Kinder von 3–6 Jahren) zawierał pewne cechy formalne protokomiksu i był z pewnością inspiracją dla autorów współczesnej Andzi, a Mańkowski – jak każde dziecko wychowywane w stolicy Saksonii – musiał poznać nie tylko baśnie Jakoba i Wilhelma Grimmów, ale i zbiór rozpoczynający się od słów:

Co za grzywa!
Strach porywa!
I paznokcie
Na dwa łokcie!
Coś pół konia – coś pół kota.
Jak się zowie ta brzydota?
Ta brzydota Staś się zowie.
Co rodzicom truje zdrowie,
[…]

którym napotykamy postaci dzieci wybrzydzających na smak zupy i umierających z głodu lub tonących w jeziorze. O ile – używając współczesnego języka – Jachowicz reprezentował rzeczywistość i ułudę, to Hoffman – tę ponurą, ale i fascynującą dla wielu autorów ciemną stronę mocy, której z właściwą sobie ironią biskup Mańkowski ulega. Z groteskową makabrą tekstu korespondowały również ilustracje, których autorstwo przypisywano Franciszkowi Kostrzewskiemu, jednemu z najważniejszych grafików i twórców komiksu w XIX-wiecznej prasie polskiej. Jednoznacznie można mu jednak przyznać dopiero ryciny z wydania trzeciego (1892), a dopełnieniem ilustracyjnej makabreski stały się – utrzymane w klimacie horroru – grafiki Bogdana Nowakowskiego z 1922 roku. Jeśli Mańkowski znać musiał doskonale opowiastki Hoffmana, to Truściński bez wątpienia widział każde z ilustrowanych wydań Der Struwwelpeter opublikowanych w Polsce.

grafika

Dla zrozumienia charakteru i wyjątkowości albumu Truścińskiego/Mańkowskiego przypatrzmy się przez chwilę koncepcyjnej pracy autorów. Wychodzimy od znanej już frazy „Nie głaszcz, Andziu, tego kotka…” (Jachowicz), by dość gwałtownie trafić w klimat hoffmanowski:

Kotek drapnął ją pazurkiem,
krew się z szyi leje ciurkiem
Andzia płacze, szlocha, wyje,
Chustką suszy oczy, szyję,
Klnie koteczka za tę sztukę,
I z rozpaczy rwie perukę
Bo zrządziły srogie losy
Że straciła wszystkie włosy.

Ilustrator bardzo umiejętnie zastosował chwyt typograficzny – ogromny wyraz „krew” nie tylko rozdziela strony na osobne plansze, ale nieomal naśladując uderzenie kociego pazura, prowokuje rozbryzgi czerwonej farby. Ten chwyt czarno-białego rysunku przedzielanego tylko niekiedy plamami kolorów podstawowych przywołuje echo cyklu amerykańskiego rysownika i scenarzysty Franka Millera, którego Sin City znane jest kinomanom z realizacji Roberta Rodrigueza. Graficzne „opowiadanie” za pomocą słów znamy przede wszystkim z eksperymentów dadaistycznych (chociażby afiszy współtworzonych przez Francisa Picabię Le coeur la barbe) eksperymentalnego tomu Kaligramy Guillaume’a Apollinaire’a czy polskiej „Zwrotnicy” – czasopisma Awangardy Krakowskiej. Sięgamy zatem do artystycznych nurtów okresu międzywojennego. Projektant jest po trosze konstruktywistą, trochę dadaistą, lecz najważniejsze w tej niezwykłej książce staje się dziedzictwo surrealizmu. W tym miejscu przywołać muszę pewien majstersztyk powojennej grafiki, powstały w kręgu, z którego wywodzą się najważniejsi twórcy Polskiej Szkoły Plakatu. W swych typograficznych zabiegach dorównuje Truściński – wydawałoby się czemuś nieosiągalnemu – jednej z najpiękniejszych książek ilustrowanych dla dzieci, wydanemu w 1959 roku zbiorowi Jana Brzechwy Tańcowała igła z nitką, którego oprawę graficzną wykonał Stanisław Zamecznik. Ten sam minimalizm i oszczędność patronują Andzi.

grafika

Przyjrzyjmy się ilustracjom. Ogromne zwierzęta, wijące się, monumentalne schody, przerażone postaci, nieodgadniony, lecz podskórnie wyczuwalny lęk. Odsyła nas to do cyklu kolaży Maxa Ernsta Kobieta stugłowa, niepokojący anioł (raczej z gatunku tych upadłych i w sposób nader ciekawy reinterpretowanych przez współczesną popkulturę) pojawia się w innej serii niemieckiego mistrza surrealizmu – Tydzień Dobroci lub Siedem Głównych Żywiołów. U Ernsta te postaci fantastyczne (ogromny kogut, ożywiony posąg) i skamieniałe ze strachu kobiety, miały być zapowiedzią nieuchronnej katastrofy, kataklizmu wojny, tu – w Andzi – są graficznym przedstawieniem dziecięcych, sennych koszmarów. Nieodłącznymi postaciami – obok dwuznacznej figury anioła – są: olbrzymi miś (pluszowa zabawka, może nie-zabawka), latający, lecz na smyczy, słoń i manekin o twarzy lalki z wyłupionymi oczyma. Ten mroczny obraz – być może odsyłający nas do wizualnych interpretacji prozy Stephena Kinga i filmowych horrorów – jest jednym z ulubionych bohaterów innego surrealisty Mana Raya. Jego okrutny świat – pokaleczonych, kneblowanych, spotworniałych, „sztucznych ludzi” – stanowił kolejną z inspiracji dla wyobraźni Truścińskiego.

Surrealistyczne międzywojnie – w którym (zarazem trochę poza czasem, bo wszak w czwartym epizodzie, gdy przyszło dziewczynce spotkać kata, widzimy odwzorowanie drzwi/witraży niczym ze średniowiecznego kodeksu) obserwujemy przygody Andzi – to również jedna z niewielu epok, pozwalająca nam uczestniczyć w tak gwałtownej przemianie, iż czas oraz kosmos wydają się zmniejszać do rozmiarów niewielkiej kostki. Rewolucja technologiczna, społeczna i obyczajowa zdają się współistnieć. Tych epok było bodaj trzy – u początków dziewiętnastego stulecia, gdy u podnóża skał z gotyckim zamkiem, niczym u Horacego Wallpole’a, przejeżdżać mógł pierwszy pociąg, gdy pudrem obsypani w modnych perukach arystokraci patrzyli na start pierwszych statków powietrznych. W tej trzeciej przyszło nam żyć – jak ktoś kiedyś napisał – w ciągu niedługiej kariery księgowy liczył grosze za pomocą liczydła, by trochę później usiąść przed cyfrowym monitorem komputera. I ta epoka środkowa, dwudziestu lat między wojnami – dorożka spotyka automobil, szacowna matrona w krynolinie trafia na pannę w męskim garniturze. To czasy fotografii, jazzu, kina, radia, ale i wozów drabiniastych oraz patrzących dumnie w przeszłość szlacheckich dworków. To wszystko, wraz z King Kongiem, nowojorską przestrzenią Manhattanu, transatlantykiem „Queen Mary”, aeroplanami, Godzillą i wielką kałamarnicą współistnieje w niezwykłych, onirycznych rysunkach Truścińskiego.

Na koniec – paradoks. Ten arcypiękny, wspaniale hybrydowy, dopracowany i przede wszystkim niezwykle inteligentny artystycznie album nie znalazł się wśród nominowanych do nagród Polskiej Akademii Sztuki Komiksu, czyli „Orient Menów”, choć – moim skromnym zdaniem – przewyższa inne krajowe dzieła przynajmniej o dwie kategorie. Możemy spojrzeć na to jednak z odrobinę innej perspektywy – niedocenione w swoim czasie przez Akademię (tym razem amerykańską) takie klasyki gatunku science fiction jak Blade runner czy Obcy, ósmy pasażer Nostromo stanowią dziś żelazny kanon kinematografii. Andzia Truścińskiego/Mańkowskiego znajdzie się w każdym leksykonie literatury obrazkowej, a jej konkurentów – niedoszłych – obawiam się, że przysypie na półkach tylko kurz zapomnienia.

Andzia, Piotr Mańkowski (poezja), Przemysław Truściński (ilustracje), Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2020.

grafika

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Chmielewski, Gdy biskup spotyka dwóch panów M., „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 107

Przypisy

    Powiązane artykuły