15.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #096 / Zapomniany mistrz Jerzego Pilcha

W zbiorowej wyobraźni pozostał po nim ślad jako życiowym partnerze i wielkiej miłości Wisławy Szymborskiej. To ten pan, którego odejście uczyniło takie pustki w domu, jakich nie czyni się nigdy ukochanemu kotu. Powoli, całkiem spokojnie i cichutko odpływał w niepamięć. Antycypował, rozważał ten stan w jednym ze swoich opowiadań, zatytułowanym Nike:


A może śmierć jest tylko snem? Przecież mówi się: zasnął na wieki. Niczego bym sobie bardziej nie życzył niż tego, aby była snem.

Przywołajmy jeszcze fragment innego tekstu:

Zatrzymałem się w X. jeszcze dwa tygodnie, gdyż uważałem, że powrót do Z. byłby w tej chwili z wielu powodów rzeczą niewskazaną. Pogody były piękne. Chodziłem na spacery w stronę mostu. Po drodze kupowałem w kiosku stacyjnym gazetę i wracałem naokoło, wzdłuż rzeki. Przysiadałem na pieńku nad wodą, w miejscu gdzie jeszcze niedawno kąpałem się, i czytałem gazetę. Była to zrazu ta sama gazeta, którą czytywałem przed wybuchem wojny, nieco później gazeta zmieniła tytuł. Część redakcji podjęła pracę, wyjaśniając, że czyni to, aby służyć dalej społeczeństwu, informować o wydarzeniach i zarządzeniach nowych władz.

Czyżbyśmy mieli nieodparte wrażenie obcowania z frazą jednego z opowiadań Jerzego Pilcha? Tymczasem to fragment z Pamiętnika antybohatera Kornela Filipowicza (1913–1990), mistrza małej formy, którego postać przypominał wielokrotnie właśnie autor Pod Mocnym Aniołem, najpierw w fabularyzowanym dokumencie z 2000 roku, później w felietonach prasowych, wreszcie – już u schyłku życia – w coraz rzadziej udzielanych wywiadach. Gdy Filipowicz powolutku znikał, to właśnie Pilch wskazywał na niego jako na mistrza, do którego gabinetu pielgrzymowali przez wiele lat młodzi, krakowscy pisarze z pierwszymi próbkami prozy. Stał się tym samym twórca Spisu cudzołożnic odpowiedzialnym za renesans zainteresowania postacią autora Egzekucji w ZOO, a ich schyłek życia – paradoksalnie – stał się nieomal lustrzanym odbiciem fanaberii i podobieństw losu. Pierwszy stał się nauczycielem dla całego pokolenia współczesnych prozaików, drugi – dzięki tomowi krótkich opowiadań Pisz do Pilcha – zachęcił do pisarstwa kilkuset młodych czytelników. Obaj wreszcie, ciężko chorzy w ostatnich latach, odchodzili ze świata pogodzeni – mam takie wrażenie – z tym, co nieuchronne. Jeden, symbolicznie przybity pożarem mieszkania, którego nigdy nie wyremontował, drugi – pchany na inwalidzkim wózku przez żonę, gdy przemierzał przez nikogo nienagabywany kasztanowe alejki kieleckiego parku. Obaj zamieszkali – to też swego rodzaju koincydencja – przy ulicach, których nazwy zmieniały się wraz z podmuchami wichrów historii. U Filipowicza była to Dzierżyńskiego, powracająca do dawnego patrona – Lea, u Pilcha – Gwardii Ludowej, przemianowana na Seminaryjską. Wciąż jednak brakowało najważniejszego kamienia w tej budowli, gmachu wznoszonym powoli przez przyjaciół i uczniów Kornela Filipowicza. Brakowało jego biografii –

 […] był doceniany, ale jednak ciągle pozostawał na uboczu głównego nurtu literackiego: autor gatunku mniej popularnego – opowiadań, twórca krakowski, partner „naszej noblistki” Wisławy Szymborskiej. A tymczasem to był autor pierwszorzędny i jak mawiał Jerzy Pilch – rasowy, mistrz krótkiej formy…

Wraz z niezwykle interesującą i na swój sposób nietypową „opowieścią biograficzną” (Miron, Ilja, Kornel) autorstwa publicystki i krytyczki literackiej Justyny Sobolewskiej, wydany zostaje niewielki tom Pamiętnik antybohatera i inne utwory (Iskry, 2020) z tytułowym opowiadaniem, które w niezwykły i cokolwiek absurdalny sposób przypomniało, że w polskiej literaturze (lub raczej wśród niektórych jej czytelników i niekiedy recenzentów) powraca wciąż „casus Borowskiego” (zestaw oskarżeń o „niegodną postawę człowieka zlagrowanego" kierowanych ku autorowi Opowiadań oświęcimskich), a bohater utworu Filipowicza, ten drobny oszust, postać w istocie swej antypatyczna i śliska, to tylko kreacja wyobraźni, a nie alter ego pisarza. Ze swej strony zaproponowałbym swego rodzaju listę „kolejkową” dla czytelników – najpierw lekturę krótkiego zbioru opowiadań, później biografię autorstwa Sobolewskiej, seans dwóch/trzech filmów ze scenariuszami Filipowicza, zaś jako domknięcie – esej krytyczny Antybohater i mucha (również Justyny Sobolewskiej). Zanim do tego przejdziemy, powrócę jeszcze raz do najbardziej znanego tekstu pisarza, Egzekucji w ZOO, obecnej nawet – mam takie wrażenie – przez kilka lat na fakultatywnej liście lektur w liceum i być może stąd znanej niektórym czytelnikom. Już pierwsze zdanie:

Dyrektor Hans Eikene nie mógł się przyzwyczaić do widoku doktora von Reschynsky’ego w mundurze wojskowym nie dlatego, aby odczuwał jakąś specjalną niechęć do uniformów, ale po prostu doktor Reschynsky nie bardzo nadawał się do wojska

– jego charakterystyczna składnia, ukryta i delikatna ironia, plastyczny obraz, rys bohaterów skreślony zaledwie w kilku słowach, wskazują nam na literacki status, miejsce oraz pochodzenie autora. Tych zdań nie mógłby skreślić pisarz amerykański czy urodzony nad Sekwaną lub Tamizą (choć ten czarny humor bardzo bliski jest angielskiej ironii), tylko ktoś zawieszony między literaturą czeską a rosyjską satyrą spod znaku Gogola i Sałtykowa-Szczedrina. Ktoś doświadczony boleśnie przez historię, żyjący w naszej części Europy, rozumiejący, czym jest tragedia, wreszcie – czym może być dystans do niej.

Zacznijmy od tytułu, który sugeruje nam trzech bohaterów – do pewnego stopnia moglibyśmy i w ten sposób odczytać postać znakomitego pisarza – jest to jednak tylko takim pozornym myleniem tropów. Urodzony w Tarnopolu przyszły pisarz otrzymał na chrzcie imiona Miron Eustachy Kornel, a w korespondencji różnych osób (przede wszystkim zakochanych kobiet, których legiony go ubóstwiały i wzdychały – do jego intelektu, ale i postawnej sylwetki) pozostaje „Panem Mironem”, „Milusiem”, „Nelem”, „Filipkiem”, na koniec „Ilją” z listów pierwszej żony, jednej z najważniejszych artystek polskiej awangardy – Marii Jaremy (sportretowanej w Jaremiance Agnieszki Daukszty, Znak 2019). Wszystko zaczyna się jednak od ozdobnej angielskiej walizki, a w zasadzie zwyczajnej, zaszarganej (angielską ktoś sobie „wypożyczył”), zawierającej setki nieznanych listów do Kornela Filipowicza. Od tego rozpoczyna się ta opowieść, nie biografia, lecz właśnie „biograficzna opowieść”, bo narratorem jest tu sam bohater. Filipowicz jako przedmiot i podmiot badań. Użyłem wcześniej terminu – biografia nietypowa – to nie jest faktograficzny zapis dokonań, publicystyczne odkrywanie mrocznych (bądź nieznanych) sekretów życiorysu, fabularyzowany dokument. Choć Miron, Ilja, Kornel… zawiera wszystkie te elementy, to przede wszystkim jego historia zostaje zapośredniczona poprzez dzieło literackie analizowane przez krytyka. Filipowicz w obiektywie Sobolewskiej najpierw odbija się w lustrze prozy, a dopiero potem ten wątek autobiograficzny (lub kreacja świata przedstawionego i postaci, wyobrażona przez samego autora – dla przypomnienia wystarczy ponownie przywołać metodę twórczą, na której zbudowano Pamiętnik antybohatera z 1961 roku) posłuży jako materiał do relacji o życiu fascynującym i nieznanym. Ten literacko-krytyczny zabieg pozwolił nie tylko na utkanie opowieści ciekawej, ale i odbiegającej od standardu biografii twórczych, które stały się znakiem rozpoznawczym polskiego rynku wydawniczego ostatnich kilku lat. Możemy zatem książkę Sobolewskiej czytać na kilka sposobów – jako krytyczną (zarazem popularną) analizę dzieła, jako historię nieomal romansową – nie zapominajmy, że z autorem Egzekucji w ZOO związane były fascynujące postaci kobiet – od Marii Jaremy do Wisławy Szymborskiej, czy jako rodzaj „przygód człowieka wrażliwego”. Idąc śladem Dygasińskiego (uważny czytelnik odnajdzie w biografii cudownie radosny passus o Tomaszu Mannie i właśnie „naturaliście z Niegosławic”), nie tylko tworzył rozbudowane i emocjonalne opisy natury, sam będąc zapalonym wędkarzem i miłośnikiem kajakowych spływów, ale był prekursorem prozy personifikującej w sposób niespotykany w literaturze krajowej świat zwierząt. Byłby z pewnością doskonałym scenarzystą współczesnej dziecięcej animacji, kreatorem kolorowych, łagodnych (lecz zarazem skrywających grozę) światów przydomowej łąki, leśnego zacisza, szemrzącej cichutko rzeczki. Wydaje się, że z entuzjazmem przyjąłby wiadomość o odkryciu pierwszego z lądowych zwierząt, tetrapoda w kamieniołomie w Zagnańsku (mimo okupacyjnych wspomnień, pracy w tym miejscu oraz procesu z niemieckimi zarządcami), a z dużym zdziwieniem i prawdopodobnie niesmakiem spory między odkrywcami wraz z pominięciem jednego z nich w publikacjach naukowych.

Życiorys Kornela Filipowicza jest na swój sposób dość typowy dla całej formacji intelektualnej – pisarzy, krytyków, malarzy i twórców teatru – urodzonych tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny. Wchodzący w dorosłość w latach 30., poza niezbyt licznymi wyjątkami, kontynuują idee dawnego PPS, łącząc socjalistyczne poglądy z obroną uczelni i instytucji kultury przed agresywnym antysemityzmem, zakładają, prowadzą – aż do bankructwa – gazety literackie, stopniowo – pod wpływem relacji z procesów politycznych – dystansują się wobec komunizmu (zajmując się działalnością literacką i wydawniczą w okupowanej przez III Rzeszę Polsce), po wojnie angażują w budowę nowego ustroju (lub, jak w przypadku naszego bohatera, zachowują życzliwą neutralność), pierwszą kolizją z organami władzy staje się dla nich marzec ’68. Filipowicz – nie manifestując ostentacyjnie swej niezgody na ustrój – traktował ją, mam takie wrażenie (i taki obraz przynosi nam książka Sobolewskiej), jako „kwestię smaku” i zwykłą przyzwoitość – od końca lat 70. angażuje się w działalność drugiego obiegu i legendarne czasopismo mówione „NaGłos” działające przy uniwersytecie krakowskim. Jest też w tej biografii – delikatnie zasygnalizowany – bardzo ludzki i dojmująco tragiczny dla Filipowicza spór z Tadeuszem Różewiczem, który przyjmując postawę „niezaangażowaną”, dotkliwie zranił przyjaciela.

Ostatni ze sposobów lektury Mirona, Ilji… to propozycja odczytania z perspektywy właśnie owych przyjaźni artystycznych. Autor Romansu prowincjonalnego jeszcze w latach szkolnych, w tym „zawieszonym w czasie”, nobliwym, sennym i na swój sposób arystokratycznym Cieszynie, poznał Juliana Przybosia, wielkiego poetę awangardy, który nie tylko był nauczycielem w tamtejszym gimnazjum, ale stał się mentorem przyszłego pisarza, tym, który pokazał mu, czym jest adekwatna, skondensowana forma języka, jak – mówiąc górnolotnie – odpowiednie dać rzeczy słowo. Pośrednictwo Przybosia (pozostaną przyjaciółmi aż do śmierci autora Oburącz) pozwala Filipowiczowi wniknąć w środowisko krakowskich, awangardowych grafików, Teatru Cricot, poznać Tadeusza Kantora (przezabawne są epizody z udziałem reżysera Umarłej klasy), przyjąć ten rodzaj „Przybosiowej” postawy, która pozwalała pisarzowi przez wiele lat pozostać partnerem i zarazem mistrzem dla debiutujących literatów. Drugi – późniejszy krąg przyjaźni – to bracia Różewiczowie – Stanisław i Tadeusz. Reżyser i poeta. Przyjaźń z Tadeuszem dość szybko zmieniła swój charakter z zawodowej na prywatną, dla nas o wiele bardziej interesująca stanie się ta z bratem młodszym, twórcą niezwykłych – metafizycznych wręcz – tragikomedii. Dwie z nich – Piekło i niebo, Głos z tamtego świata są bytem tak „osobnym” w polskiej kinematografii, że w chwili premiery (a prawdę powiedziawszy, po dziś dzień) odbierane były przez krytykę jako dzieła chybione i w swej wymowie płytkie – od poziomu scenariusza, za który odpowiadał Filipowicz, aż do reżyserii Stanisława Różewicza. To bardzo ciekawy przypadek wyparcia ze świadomości polskiej krytyki komedii o charakterze eschatologicznym, bo nie ma chyba równie nostalgicznej i tragicznie-pięknej opowieści o przemijaniu (z wyjątkiem kongenialnych ekranizacji Wojciecha Hasa) przebijającej Głos… w krajowej kinematografii. To połączenie metafizyki z kryminalną intrygą, wzniosłej śmieszności z tajemnicą, było znakiem rozpoznawczym prozy Filipowicza. Nam, czytelnikom tej interesującej „biografii w opowieści”, pozostają również plastyczne metafory i symboliczne obrazy – wychudzonego, na skraju śmierci pisarza, który wraca z Oranienburga do Polski, po drodze amerykański żandarm wymownie puka się w czoło, a on wraca do bezzębnego kraju.

J. Sobolewska, Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2020.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Chmielewski, Zapomniany mistrz Jerzego Pilcha, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 96

Przypisy

    Powiązane artykuły