15.07.2021

Nowy Napis Co Tydzień #109 / Niekoronowany król życia

Podobno każdy zajmujący się naukowo teologią powinien napisać własną książkę o Jezusie. Właśnie w takiej pracy ma się, jak powiadają znawcy, odbijać cała i miłość, i zarazem niezrozumienie wobec Mistrza z Nazaretu. Miłość i niezrozumienie występują tu w zmiennych proporcjach, co pewnie tłumaczyć może tak różne i wciąż żywe pulsowanie w kulturze książek autorów takich jak choćby Roman Brandstaetter, Romano Guardini, Walter Kasper, Gerhard Lohfink czy Benedykt XVI. Im więcej portretów Jezusa, tym mniej w nich spójności. To raczej nie powinno dziwić, skoro autorzy próbują napisać biografię postaci nieuchwytnej. Literatura usiłuje przedrzeć się przez zasłonę tajemnicy i wiedziona intuicją dotrzeć tam, gdzie oficjalna teologia nie sięga. Nikos Kazantzakis z Ostatnim kuszeniem Chrystusa czy José Saramago z Ewangelią według Jezusa Chrystusa – by wymienić jedynie tych dwóch pisarzy – postawili ważne pytania, które – choć początkowo traktowane były jak bluźnierstwo – przedarły się nie tylko do powszechnej świadomości, ale również zostały wreszcie dostrzeżone przez teologów. No dobrze, ale dlaczego o tym wspominam? Jest rzeczą zaskakującą, że Polska nie wydała ani na polu teologicznym, ani literackim własnego, nadwiślańskiego portretu Jezusa. Jakby Polska tak silnie przesiąknięta chrześcijaństwem i Kościołem, nie posiadała języka do wypowiedzenia własnego doświadczenia. Być może nie zostaliśmy aż tak silnie dotknięci kulturowo, a języka nie wykształciliśmy, bo wielkie tematy religijne raczej powtarzamy niż konstruujemy – ale to oczywiście temat do osobnych rozważań. Sytuacja właśnie uległa zmianie. Jest rok 2021, a w Polsce podtapianej przez kolejne fale koronawirusa pojawia się on, król niekoronowany, Jezus Niechrystus.

Jedno proste doświadczenie

Książka Piotra Augustyniaka jest bodaj pierwszym portretem Jezusa powstałym na uboczu ortodoksji. Można by rzec, że doczekaliśmy się własnego Kazantzakisa czy rodzimego Saramago, gdyby nie to, że raczej otrzymaliśmy coś więcej. Augustyniak oprócz świetnego pióra, które doskonali coraz bardziej w krótkich formach (niezmiennie podziwiam jego zbiór Homo polacus. Eseje o polskiej duszy), daje czytelnikowi wgląd w dociekania filozoficzne. Jezus Niechrystus jest pozycją, w której przeplatają się różne gatunki literackie. Znajdziemy tu fragmenty erudycyjnego eseju, rozważania filozoficzne, autobiografię, nawet dziennik z okresu pierwszej fali koronawirusa i pierwszego lockdownu w Polsce. Jest tu miszmasz gatunkowy, który jednak czyta się dosyć dobrze. Zapewne niektóre fragmenty bez szkody dla książki można było opuścić (moim zdaniem korona-dziennik), ale całość – właśnie w tak różnorodnej formie – jest bardziej potrzebna autorowi niż czytelnikowi. Jezus Niechrystus Augustyniaka to w znacznym stopniu dziennik podróży wewnętrznej i manifest własnej duchowości. Dotarcie do niej zajęło autorowi kilkanaście lat przemyśleń i doprecyzowywania, a droga wiodła od porzucenia zakonnej celi aż po wieloletnie wgryzanie się w słowa Jezusa, studiowanie pism Eckharta i Nietzschego. Podsumowanie życia rodzinnego, studiów, własnej drogi intelektualno-duchowej zawarł Augustyniak w swoistym antycredo: nie wierzę w ciała zmartwychwstanie.

Jezus nie zmartwychwstał po swojej śmierci, Jezus był zmartwychwstały za życia, był zmartwychwstały, zanim umarł. Oto jest wydarzenie, którego tropem podąża chrześcijaństwo, ale go nie pojmuje […]. To wydarzenie dotknęło, niczym rażenie pioruna, uczniów po śmierci Jezusa i wyraziło się w ich magicznych relacjach o spotkaniu Zmartwychwstałego.

Zmartwychwstanie – „nierzeczywiste”, „halucynogenne”, „obsesyjne” – słusznie otwiera Jezusa Niechrystusa, skoro jest traktowane jako swoisty dowód wiary (1 Kor 15, 13–18). Piotr Augustyniak pisze, że kto wierzy w zmartwychwstanie ten w istocie wierzy w śmierć, czyli że życie – to prawdziwe i spełnione – jest możliwe dopiero tam i po śmierci, ale już nie tu, czyli za życia. Co to znaczy, że Jezus był zmartwychwstały za życia? To wyjście poza czas chronologiczny (grecki chronos), czas życia powszedniego, rutyny, powtarzalności, uległości wobec tych samych dni. Przeciwieństwem jest doświadczenie wyrwy w powszedniości, życie pełną piersią, przebudzenie z marazmu. To chwila znana poetom i naukowcom – moment odkrycia i natchnienia – ale jednocześnie każdemu, kto żyje zakotwiczony w błysku „tu i teraz”. Augustyniak głosi zatem takiego właśnie Jezusa – Kairotycznego (od greckiego kairos, a więc maksymalne przeżycie danej chwili, a jednocześnie unieważnienie czasu). Kairos był czasem właściwym dla takich znaczeń jak religijne przebudzenie, oświecenie, zachwyt. W życiu codziennym wyjście poza chronos do kairos wydarza się często, jeśli tylko dopuścimy do siebie taką możliwość: zachwyt poranka, zapach świeżego chleba, zakochanie się, spełnienie seksualne z ukochana osobą, dotyk niemowlęcia. Problem w tym, że przekładamy życie w zachwycie na później, na wieczne później. Doświadczenie życia w pełni lokujemy gdzieś tam, w Królestwie Bożym. Augustyniak wyciąga konsekwencje z Jezusowych słów, że Królestwo Boga jest w nas i nazywa je Boskością, Pełnią, Życiem, Rzeczywistością.

Czym jest ta Boskość? Jest pełnią naszego istnienia, pełnią życia. Można je nazwać miłością i afirmacją, bo jesteśmy przez nią „chciani”; można ją nazwać wolnością, bo otwierając się przed nami, „zaprasza” do twórczości i rozwoju; można też – jeśli ktoś woli – nazwać ją tak, jak Jezus, Ojcem Niebieskim. Chodzi zaś o to jedno proste doświadczenie: że się jest, że Życie nas niesie, że nas tworzy i napełnia. Przebudzenie duchowe to właśnie to: zobaczyć, że jest się częścią tego wydarzenia, tego rozbłysku, jakim jest Istnienie. I właśnie to oznacza: być zmartwychwstałym za życia. Tak jak Jezus. Przemiana życia, czyli tak zwane nawrócenie, to tutaj nie warunek, ale skutek. Nie nerwica i lęk, czy zostanę przyjęty, ale wyzwalająca radość, że już od zawsze przyjęty jestem i nigdy nie będę odrzucony. Że nie muszę się bać. […] Żyje w wolności i spontanicznym uniesieniu – wyzwolił się i Życie go niesie.

Uczniowie Jezusa nie zrozumieli tego przesłania. Najbliżej był Paweł, który jednak zamiast pójść w doświadczenie indywidualne, założył podwaliny pod nową religię. W Kościele, konkluduje Augustyniak, takiego Jezusa nie znajdziemy.

Droga do Emaus

Piotr Augustyniak chce dotrzeć do samego sedna Jezusa, a to oznacza rozgryzanie jego słów. Dodajmy: naprawdę jego słów. W tym celu autor mocno zawęża materiał badawczy. Odrzuca Ewangelie według Łukasza i Mateusza, jako teksty powstałe później (swoiste „ewangelie wtóre”) wobec Marka, a słowa Jana skreśla, uznając je za teologiczną interpretację nauk i czynów Mistrza z Nazaretu. Podobnie czyni z listami Pawła, które są autorskim przetworzeniem doświadczenia i jednocześnie zapisem jego niezrozumienia, bowiem Paweł kładzie podwaliny pod obrzędowość i rytuały, które je wypaczają. Co zatem przyjmuje Augustyniak? Przede wszystkim tak zwane „Źródło Q” znane u nas jako Ewangelia Galilejska, czyli zrekonstruowane (przepraszam wszystkich biblistów za to znaczne uproszczenie) słowa Jezusa oraz Ewangelię według św. Marka. Ponieważ Żyć znaczy doświadczać, Augustyniak posiłkuje się tymi, którzy wedle autora byli temu najbliżsi. W tym gronie jest Mistrz Eckhart, Fryderyk Nietzsche, ale także William Szekspir z Hamletem, Michaił Bułhakow z Mistrzem i Małgorzatą oraz Herman Melville z Kopistą Bartleby. Nie chodzi zatem o żadne dotarcie do „Jezusa historycznego” – Augustyniak celnie punktuje, że jest ono w zasadzie niemożliwe – ale promieniowanie, wibrowanie i kolejne odsłanianie głębi doświadczenia Boskości, którego heroldem stał się cieśla z Nazaretu. Jezus jest tutaj jednym z kilku – nie zaś jedynym – który był zmartwychwstały za życia. Jezusa trzeba zatem oderwać od chrześcijaństwa (które wypaczyło jego słowa) i zrozumieć go jedynie w obrębie jego własnych słów oraz w tradycji literackiej i analogii tych myślicieli i pisarzy, którzy doświadczyli Królestwa Boga w sobie. A przede wszystkim – wyostrzyć zmysły na rezonowanie słów Jezusa w samym sobie.

Odrywając się od chrześcijańskiej wiary w Jezusa jako Zbawcę i Boga, ale chcąc jednak odkryć prawdę o nim, trzeba – paradoksalnie – stać się jego uczniem. Słuchać jego słów i je „wypełniać”. Inaczej fenomenu Jezusa nie da się zrozumieć.

Reasumując, Augustyniak jest właśnie głosicielem takiego Jezusa, który nie rości sobie pretensji ani do tytułów mesjańskich, ani tytułów boskich. Ewangelia takiego Niechrytusa brzmiałaby zatem tak:

Jezus mówił: Kairos czeka na ciebie teraz. I to jest sąd nad tobą: albo zamykasz się na niego w rozpaczliwej monotonii zwykłego czasu, albo otwierasz się na rozrywającą go (a może raczej rozpychającą lub zawieszającą) niesamowitość Życia. Nie czekaj więc na zmartwychwstanie i zbawienie, które miałoby nastąpić kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Nie kalkuluj, co będzie potem. Bądź zmartwychwstały tu i teraz. Nie przekreślaj świata i nie czekaj na jego koniec, ale żyj jego końcem, wydarzającym się w każdej chwili. Końcem, który jest zarazem nieustannym początkiem. Chwilą, która jest Alfą i Omegą.

To mój ulubiony fragment Jezusa Niechrystusa. Czuć w nim zapis jakiegoś duchowego, mistycznego porywu, który stał się udziałem Augustyniaka. Słowa są świetliste, fraza niemal poetycka. A jednak to wszystko, o czym pisze autor, odnajduję w tej rzeczywistości i pismach, które sam odrzucił.

Lista rozbieżności

Zapewne najprościej byłoby teraz dokonać listy rozbieżności, ale takową musi sporządzić już sam czytelnik. I jest to zadanie, które jest twórcze samo w sobie. Korzystając z przywileju recenzenta, chciałbym zwrócić uwagę jedynie na kilka punktów z owej możliwej listy. Nie sposób nie zgodzić się z Augustyniakiem, że chrześcijaństwo i Kościół są też takie, jak przedstawił je na kartach Jezusa Niechrystusa. Nietolerancyjne, trwożliwe przed światem, zajęte dostrzeganiem własnego pępka w coraz bardziej powiększającym się brzuchu. Opresyjne i wpędzające w nerwicę. Nie przeczę, że i z takim chrześcijaństwem i Kościołem można się dziś spotkać, jednak jednocześnie są znacznie bardziej rozbudowane, zróżnicowane i zwyczajnie bogatsze. Wejście w polemikę (przywołując myślicieli pozostających w obrębie Kościoła, doświadczeń głoszenia Ewangelii wśród „prostytutek i złodziei”, nie opuszczenie ludzi marginesu społecznego) byłoby jałowym przerzucaniem się przykładami i argumentami. Ciekawsze jest raczej to, że zarzucając chrześcijaństwu, że nie zrozumiało i wypaczyło myśl Jezusa, Augustyniak ograniczył się do zakreślonego przez siebie materiału literackiego (Ewangelia Galilejska i Ewangelia według św. Marka). To, czego podobno nie ma – fenomenu Jezusa – w pozostałych pismach Nowego Testamentu, czytelnik znajdzie bez większego trudu. Że chrześcijaństwo nie żyje zmartwychwstałym (już za życia – trzymając się wykładni Piotra Augustyniaka), odnajduję w znamiennym zdaniu właśnie odrzuconego Pawła: „teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20). Argumentom autora, że chrześcijaństwo nie zna oblicza Boga dzikiego, nieujarzmionego, obojętnego – czyli poza dobrem i złem – a więc takiego, jakiego ujrzał ostatecznie Jezus na krzyżu, wykrzykując „Boże, czemuś mnie opuścił”, przeciwstawić można i tekst Izajasza („Krzyczę aż do rana. On kruszy jak lew wszystkie me kości” Iz 38, 13) i List do Hebrajczyków („straszną rzeczą jest wpaść w ręce Boga żywego” Hbr 10, 31). Tam, gdzie Augustyniak będzie widział dokonane przez chrześcijaństwo rozerwanie jedności Życia od potęgi przyrody, tam w odpowiedzi odzywają się wielkie hymny Chrystusa kosmicznego, w którym rzeczywistość stworzona i Bóg są ze sobą zjednoczone (Ef 1, 20–23, Flp 2, 5–11, Kol 1, 15–20). Listę można rozwijać, zarówno w punktach spornych, jak i zgodnych, ale nie o to chodzi. Czytelnik z jako takim zacięciem teologiczno-czytelniczym może skwitować Jezusa głoszonego przez Piotra Augustyniaka jako współczesną wersję afirmującego życie arianizmu i wzruszyć ramionami. Ale właśnie w tym momencie popełniłby największy błąd.

Nadwiślański Jezus

Można by podsumować rozważania Augustyniaka jako powrót do hasła „Jezus – tak, Kościół – nie”, ale byłoby to znacznym, a w dodatku krzywdzącym, uproszczeniem. Jasne, Jezus, którego wieszczy autor jest zupełnie nie do przyjęcia przez ortodoksję. Ale mam wrażenie – niech mi wybaczona będzie śmiałość – że Jezus Niechrystus w istocie nie dotyczy Jezusa. Pisząc inaczej: o Jezusie z dziennika podróży wewnętrznej i zarazem manifestu Piotra Augustyniaka nie sposób rozmawiać, gdyż nakreślone różnice (przypomnijmy: zakwestionowanie boskości Jezusa, a więc Trójcy Świętej, zmartwychwstania, zbawienia) są zbyt duże. Augustyniak widzi chrześcijaństwo i Kościół tylko w postaci negatywnej, a nie mieniąc się obrońcą jednego jak i drugiego, widać aż nadto, że rzeczywistości te są zwyczajnie zbyt wielowymiarowe, by zbyć je jedną wartościującą oceną. O czym zatem jest Jezus Niechrystus, jeśli nie o Jezusie? O duchowości. O tym, że bez względu na to, jak jesteśmy podzieleni światopoglądowo, jakim politykom dajemy się uwieść, czy wychodzimy w protestach na ulice, czy zostajemy w domu, to wszyscy potrzebujemy własnego świata duchowego rozumianego jako przekraczanie siebie. Bez względu na to, do czyjej owczarni się zapiszemy – Jezusa Chrystusa czy Jezusa Niechrystusa – wspólne dla tych dwóch różnych postaci będzie jedno wezwanie. Augustyniak pisze:

Nazwałbym to raczej wezwaniem do transgresji. Do zachowań kłócących się z opartą na trosce logiką codziennego życia. Do samoprzekroczenia, porzucenia siebie, wyjścia poza optykę „ja”, która wyrastając z troski, ustanawia świat sprawiedliwości, odpłaty, wzajemnego świadczenia sobie usług, przysłowiowego „coś za coś”. Wątpię, aby ktokolwiek był w stanie sprostać takiemu oczekiwaniu, ale samo zdanie sobie sprawy, że jest to trudne, obnaża skalę naszej fiksacji na sobie i stanowi wskazówkę, gdzie znajduje się i czym Jest Królestwo.

Augustyniak będzie wołał zatem o zaprzestanie chorobliwej (czyli nadmiernej) koncentracji na sobie, abdykacji uzurpatorskiego „ja”, afirmację życia, odrzucenie konsumpcjonizmu. Mało? Chyba niekoniecznie. Dodałbym jeszcze to: prawo do własnej duchowości. Autor Jezusa Niechrystusa w zakończeniu przywołuje tekst Tomasza Węcławskiego Zanikająca opowieść, w którym autor – wybitny polski teolog – podważał boskość Jezusa. Postać Węcławskiego, który porzucił kapłaństwo, przypieczętowując to niejako dodatkowo zmianą nazwiska (obecnie Tomasz Polak), jest tu emblematyczna. Augustyniak pisze, że potraktowanie w środowisku „katolicyzmu otwartego” Tomasza Polaka było doktrynerskie i apologetyczne. Zabrakło rozmowy, dialogu, chęci wysłuchania. Może (ale nie jest to złośliwość) wskazać, że w podobną pułapkę wpada sam Augustyniak, gdy deklaruje w Jezusie Niechrystusie, że książka nie jest przeciwko komukolwiek, ale mając dla chrześcijaństwa i Kościoła jedynie jedną wartościującą ocenę. I być może tu tkwi jakaś płaszczyzna porozumienia: w kwestii Jezusa z Nazaretu trudno będzie dojść do kompromisu, ale pozostawione przez niego słowa i swoisty fenomen tej postaci promieniujący poprzez stulecia nie pozostawiają obojętnym. Zarys duchowości, którą pospiesznie szkicuje Augustyniak, jest już rzeczą wspólną dla obydwu stron.

Nie wiem, czy Jezus Niechrystus zapoczątkował właśnie nadwiślańskie nieortodoksyjne portrety Jezusa. Ja sam czytając Piotra Augustyniaka, zgadzałem się i wadziłem równocześnie, co jest chyba najlepszym uznaniem dla autora. Z pewnością czeka nas, czytelników, wiele podobnych książek wyrastających z obecnego kryzysu Kościoła (czy też „systemu kościelnego”). Kolejne książki wydaje zarówno Tomasz Polak, jak i choćby, pozostający na zupełnych antypodach tego sporu, Augustyn Pelanowski. Wszystkiego zapewne nie da się – dysponując jedynie ludzkimi mocami przerobowymi – przeczytać. Już teraz jednak można stwierdzić, że pośród nich Jezus Niechrystus jaśnieje wyraźnie swoim własnym blaskiem.

 

Piotr Augustyniak, Jezus Niechrystus, Wydawnictwo Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2021.

Okładka książki

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Niekoronowany król życia, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 109

Przypisy

    Powiązane artykuły