19.08.2021

Nowy Napis Co Tydzień #114 / Abba, odpowiedz

Wśród zawirowań historii próbujemy nadać sens zagadkowej powtarzalności. Rasistowskie ustawy z 1935 roku zostały ogłoszone na zjeździe NSDAP w Norymberdze. Również w tym właśnie mieście odbyły się procesy zbrodniarzy nazistowskich z lat 1945–1949. Historia zatoczyła koło, wąż Uroboros zatopił kły we własnym ogonie. Zło zostało zapędzone tam, skąd przyszło i osądzone. I choć gazety rozpisywały się o sprawiedliwości oraz wyjątkowej sprawności katów wykonujących wyroki śmierci na nazistowskich zbrodniarzach, to czytelnicy szybko dostrzegli, że na ławie oskarżonych brakuje kilkunastu nazwisk. 

Wraz z napływem informacji, dowodów i świadków, z kilkunastu brakujących nazwisk zrobi się kilkaset. Umkną ci najbardziej znani, jak Josef Mengele i Adolf Eichmann. Pominiętych zostanie wielu z tych, którzy kryli się w ich cieniu. Ławka oskarżonych okaże się wciąż zbyt krótka. Co dobrego przyjdzie z tych kilku potencjalnie oskarżonych, w dodatku nie zawsze skazanych na karę śmierci, w obliczu straty milionów? Trzeba osądzić nie tyle synów narodu, co cały naród. Jedynym wyrokiem za śmierć sześciu milionów Żydów może być śmierć sześciu milionów Niemców. Arytmetyka sprawiedliwości jest tu nieubłagana. Grupa ocalałych z Holokaustu ma plan: w pięciu największych miastach niemieckich tego samego dnia zostanie zatruta woda w wodociągach. Trucizna, która wyszła z Norymbergi, do Norymbergi powróci. Zginą wszyscy: kobiety, dzieci, starcy. Przemysłowo i metodycznie; wystarczy odkręcić kurek w zlewie…

Studniach Norymbergi Emil Marat opisał historię, która wydarzyła się, ale nie dopełniła. Aba Kowner, ocalały z getta w Wilnie, tworzy wokół siebie grupę o nazwie Nakam, czyli: Zemsta. Po raz pierwszy napisali o niej Marcin Masłowski i Tomasz Patora w reportażu Mściciele Holokaustu. Nasz Bóg ich zgubi, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” w 2007 roku. Emil Marat poszedł jeszcze dalej i jeszcze głębiej. Zbadał sprawę za pośrednictwem dokumentów i wywiadów ze świadkami. Poprzednie zdanie może brzmieć raczej usypiająco, ale ci, którzy znają poprzednią książkę Marata Sen o Kolumbie lub te napisane wspólnie z Michałem Wójcikiem wiedzą, co to naprawdę znaczy. Będzie dociekliwie i będzie nieszablonowo. Marat dotrze do dokumentów, które wydawały się niedostępne, a sposób myślenia i emocje bohaterów odtworzy tak wiarygodnie, że czytelnik będzie miał wrażenie, że autor posiada bezpośrednią linię łączącą teraźniejszość z przeszłością, żywych z umarłymi. Po lekturze czytelnik mimowolnie zaczyna własny research i zadaje sobie dwa pytania: jakim cudem Marat połączył te wszystkie dzienniki, listy, wspomnienia i wywiady w jedną, spójną powieść? I zaraz za nim – to drugie (które jest w istocie odpowiedzią na to pierwsze): dlaczego nikt nie napisał o tym wcześniej? 

Ta historia wydarzyła się naprawdę, choć na podstawie pobieżnego zarysu przeczytanego w recenzji wydawać się może nazbyt sensacyjna. Emil Marat podąża śladem grupy przyjaciół skupionych wokół charyzmatycznego Aby Kownera. Wraz z nimi zostajemy świadkami zamiany Wilna – Jerozolimy Północy – w getto. Ich oczami widzimy Zagładę w Ponarach, miesiące życia w leśnej partyzantce i powrót do Wilna, którego już nie ma. Nie ma także Warszawy, bo w ogóle nie ma już niegdysiejszego życia. Są za to miejsca, których wcześniej nie było: Auschwitz, Treblinka, Majdanek. Kowner, ten mistyczny ateista, nawraca teraz takich jak on – żyjących, a umarłych w środku – na najnowszy testament: 

Nie skończyła się zagłada narodu. Ona trwa. Trzeba ratować ocalonych, to oni będą najważniejszym kamieniem węgielnym Kraju. – Aba miał rozognione oczy. – Zabierzcie ocalonych do Erec! [Erec Israel – Ziemia Obiecana] Ale my, my nie możemy zapomnieć o tych, których zamordowano. Nie możemy dopuścić, by pamięć o nich przepadła! Zapomnienie oznacza dalszy ciąg mordu, jego trwanie. Musimy wykuć w kamieniu pamięć o zbrodni. Zemstą! Nie będzie pamięci bez zemsty. Zbrodniarze sami rzadko chcą pamiętać o swoich czynach. 

Alianci nie chcą słyszeć o zemście. Tworzące się właśnie państwo Izrael nie chce dopuścić, aby u jego podstaw leżał „mord założycielski”. Ocaleni czują, że przegrali z polityką. Ale nie z głosami zmarłych. I nie z arytmetyką dziejów.

Głosy, echo, milczenie

Studnie Norymbergi nie należą do łatwych książek. Autor w posłowiu stwierdza, że jest to „powieść rozpięta na stelażu historii”, a także, że „postaciom historycznym […] nie przypisywałem myśli i poglądów, których potwierdzenia nie znalazłbym w materiałach archiwalnych i opracowaniach”. Wracałem do tych stwierdzeń kilkukrotnie w trakcie lektury. Emil Marat wprowadza na scenę kilka ważnych postaci – to grupa jest bohaterem, nie zaś jednostka. Nakam tworzyły jednak osoby, które nie tylko były wyrazistymi osobowościami, ale które w obliczu Zagłady przechodziły proces dojrzewania do myśli o zemście, a później jej zrealizowania. W tym celu Marat udziela głosu wszystkim Mścicielom, co jest zarazem arcyciekawe, a z drugiej strony nie raz powoduje w czytelniku zagubienie wobec tej polifoniczności. Jakby było tego mało, Emil Marat powołuje do istnienia postać Wandy, która niejako przerywa uporządkowane chronologicznie następstwo wydarzeń i ocenia sytuacje już z perspektywy bardzo odległej, bo początku nowego stulecia. Autor zaznacza, że Wanda jest postacią fikcyjną. Wanda pozostaje zatem tylko głosem – wtrąceniem, dopowiedzeniem, uwagą. Może być starszą panią, z którą – jak wyobraża sobie czytelnik – Marat odczytuje wspólnie archiwalne dokumenty. Ale równie dobrze może być metaforycznym głosem sumienia lub kończącego się wieku. Wanda jest czasem ironiczna, czasem dociekliwa, potrafi zatrzymać się nad jednym zdaniem lub frazą. Pozostaje didaskaliami dziejów, marginalium historii. Wprowadzenie Wandy – być może alter ego samego Marata czytającego tę niemal nieprawdopodobną historię – sprawia, że Studnie… stają się książką o wielu głosach. Stąd wielość gatunków, które można w niej odnaleźć. Choć jest to powieść, to czytelnik odnajdzie tu i fragmenty przywodzące na myśl dziennik, esej lub reportaż. To bogactwo zdaje się także odpowiadać liczbie osób i głosów, które przemawiają w Studniach Norymbergi. Emil Marat podąża za słowami, które zostały wypowiedziane niegdyś, a on próbuje uchwycić ich rezonans, zanikające w pomroce dziejów echo. Czytając, odnosi się wrażenie, jakby autor pozwolił przez siebie mówić innym. Stał się medium. A to oznacza, że wysłuchał także milczenia, które otacza Mścicieli. 

Studnie Norymbergii odbijają zatem różne głosy. Czasem po to, aby wydobyć z półmroku postacie tak niezwykłe, jak choćby Janinę Siestrzewitowską, która po wstąpieniu do zakonu przyjmie imię Matki Bertrandy. W klasztorze udzieli schronienia Żydom, a do wileńskiego getta będzie zanosić ukryte w habicie granaty. Uciekając przed spodziewanym aresztowaniem przez gestapo, zamieni habit na cywilne ubranie i przybierze tożsamość Anny Borkowskiej (Ima). Po zakończeniu wojny drzwi klasztoru zostaną zamknięte – przed nią, czy przez nią? Innym razem są to głosy wydobyte z półmroku, aby zawstydzać, jak ten, który przypomina, że partyzancki oddział Tadeusza Konwickiego brał udział w polowaniu na Żydów… 

Emil Marat, zarówno poprzez czytającą mu przez ramię maszynopis Wandą, jak również przez odbijające się w studni głosy, wyniósł „powieść rozpiętą na stelażu historii” w rejony, w które niewielu ma i odwagę, i umiejętności, by się w nie zapuścić. 

Abba, powiedz słowo

„Żydzi śpiewający, Żydzi obłąkani… leżą w Ponarach […] Pomścimy ich. Nie zapomnimy. Ale nie będzie powrotu do tego, co było.” – deklamuje Aba Kowner. Pięć niemieckich miast. Monachium – za Dachau. Weimar – za leżący w pobliżu Buchenwald. Hamburg, bo jest dużym miastem, więc ofiar będzie dużo. Do tego Berlin i Norymberga, miasta-symbole. Mściciele rozpraszają się po terytorium Niemiec, skrupulatnie studiują plany wodociągów, czekają na przybycie Kownera z trucizną. Jednocześnie, niczym z nieszczelnych rur, raz za razem wyciekają pytania powtarzane przez kolejnych Mścicieli: Kim jesteśmy? Kim się staliśmy? Kowner dyscyplinuje: jeśli nie powiedzie się plan A, jest jeszcze plan B. A także plan C. W języku hebrajskim słowo: nakam znaczy: zemsta. Sześć milionów za sześć milionów. 

Studnie Norymbergii mogą stać się książką przełomową w pisaniu o Zagładzie. Mam czytelnicze wrażenie, że bardzo szeroko rozumiana „literatura Holokaustowa”, tworzona przez pisarzy, którzy nie doświadczyli czasu Zagłady, a znają go jedynie z wywiadów i dokumentów, dotarła do muru. Z jednej strony mamy do czynienia z zalewem powieści w stylu „harlequin z Auschwitz”. To powieści z obowiązkową nazwą obozu zagłady w tle, oparte na kilku faktach i nieprzebranej ilości fantazji. Jasne, są poruszające, bo traktują o wielkiej miłości, ale na ogół kreślą mocno podkoloryzowane (żeby nie napisać: fantastyczne) wyobrażenie o obozach śmierci. Wydaje się, że naprawdę wszystko napisali bezpośredni świadkowie – ocaleńcy, przeżywcy. Reszta jest zmyśleniem i wnosi pytanie o granice prawdy i granice fikcji. Z drugiej strony mamy do czynienia z rosnącą ilością publikacji na pograniczu śledztw dziennikarskich i prac historycznych. Ich autorzy najczęściej trafiają na temat słabo lub wcale do tej pory nieporuszany i próbują go przedstawić. Często jest to podkoloryzowane przez wydawców i opatrzone hasłami w stylu „sensacyjne odkrycie”, „cała prawda” i tak dalej. Książki takie mają swój walor poznawczy – zgoda. Problem jednak polega na tym, że nie potrafią wyjść poza zdania oczywiste. „Piekło na ziemi”, „nieludzkie traktowanie” – powtarzane po tylekroć zamieniają się w mantrę, która niestety nie robi dłużej wrażenia. Nie może tego uczynić, jest bowiem echem słów samych ocalonych, a więc powtarzaniem, kopiowaniem, powielaniem… Emil Marat podarował nam książkę, która szczęśliwie wychodzi z zarysowanej powyżej dychotomii. Tak, ona też opisuje getto, doły śmierci i obozy zagłady, ale opis ten odpowiada stopniowemu zdobywaniu wiedzy przez bohaterów powieści. Równie ciekawe jest zobrazowanie, w jaki sposób ludzie radzili sobie z tą wiedzą. Proces racjonalizacji niemożliwego jest, w przypadku grupy takiej jak Nakam, przedstawiony bardziej niż wiarygodnie. Tak, książka Marata też opisuje mało znane, zgoła sensacyjne wydarzenie. Członkowie organizacji Nakam pozostawili po sobie niewiele śladów, a te, do których dotarł i zrekonstruował autor przywracają pamięć o grupie żydowskich Mścicieli. Na czym polega więc nowość i wyjątkowość Studni Norymbergii? Przede wszystkim na tym, że Marat, choć posłużył się dziennikami, gazetami czy listami, wydaje się autentycznie zanurzony w epoce. Autor nie tyle odtwarza, co swobodnie porusza się w świecie, który poznał i poczuł. Dotyczy to jeszcze bardziej procesu odtwarzania życia wewnętrznego postaci. Ich zmagania, wewnętrzne tarcia w grupie są po prostu autentyczne: to wciąż młode osoby, które gwałtownie się postarzały. Po trzecie: odważne poskręcanie pozornie prostej linii czasowej, tak aby na zakrętach mogły się przyjrzeć sobie przeszłość i teraźniejszość. Dodanie do tego postaci-głosu-ducha Wandy, umiejscawia tę książkę w zupełnie innym wymiarze odczytania – to cztery. I jest jeszcze crème de la crème tej powieści: cały jej bagaż moralny i emocjonalny, odczuwany zwłaszcza wtedy, gdy Aba Kowner powtarza raz za razem, jak gdyby dźgał sztyletem albo rzucał zaklęcie: sześć milionów Niemców za sześć milionów Żydów. Zrazu jest cisza, milczenie. Dopiero z niego, ale nie od razu, nie tak szybko, wyłania się pytanie: „Aba, kim się staliśmy?”

 

Emil Marat, Studnie Norymbergii, Wielka Litera, Warszawa 2021.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Abba, odpowiedz, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 114

Przypisy

    Powiązane artykuły