21.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #084 / Nie wejść na beczkę

Marek Edelman, Bundestag, rok 2002:

Przyjechałem tutaj zobaczyć, co macie w głowach. Dlaczego nie pytacie mnie, czy was nienawidzę? Może jesteście tacy uprzejmi, gdyż macie wątpliwości co do roli, jaką odegrali wasi dziadkowie w tamtych wydarzeniach? Wielu z was do mnie przyjeżdża, żebym ich rozgrzeszył albo powiedział, jak żyć. To wam powiem: nie tylko nie wolno strzelać, ale i nie wolno być biernym. Trzeba stanąć po stronie słabszego. Wtedy będziecie w porządku ze sobą, wtedy będą inne Niemcy.

Trzeba to zobaczyć oczami wyobraźni. On ma wtedy 83 lata, a oni są od niego młodsi. Mogliby być jego synami, nawet wnukami. Zatem, co robi Marek Edelman? Rzuca im, czyli nam wszystkim, wyzwanie.

Wściekły byk

Istnieje pokusa, pewnie zbyt łatwa i pewnie sam jej ulegnę w trakcie pisania, aby poskładać biografię Marka Edelmana ze słów i czynów. Edelman był świetnym rozmówcą – nie dlatego, że potrafił snuć wielogodzinne gawędy, ale dlatego, że mówił krótko, dosadnie. Zaczepnie. Momentami przypomina roztańczonego boksera na ringu, który kłuje przeciwnika lewym prostym, odskakuje i cedzi przez zęby: i co mi zrobisz? Można podziwiać krótkie zdania, niemal lakoniczne opisy, którymi posługiwał się Marek Edelman. Można studiować je do zapomnienia o sobie, cedzić słowa i doszukiwać się rytmu. I piszę to bez ironii, bowiem przepaście bólu i cierpienia, bohaterstwa i zaszczucia, walki i bezradności są przez niego spenetrowane, jak przez mało kogo. Zdawał sobie z tego sprawę sam Edelman, który od czasu do czasu rzucał w swoich rozmówców nokautującą prawdę, którą załatwiał wszystko: nic nie rozumiesz, głupi jesteś, daj mi spokój. Trudno się z takim rozmówcą dyskutuje, ale w rozmowach z Edelmanem nie o dyskusję chodziło. Dyskutować mogliby równorzędni partnerzy, a takiego rozmówcy przywódca powstania w getcie warszawskim nie miał. Ci, z którymi mógłby brać się za bary, jak Icchak „Antek” Cukierman, nie mogli się z nim dogadać. Zapiekli w swoich wspomnieniach, w wieloletnich urazach, ale i traumach (do tego wrócę jeszcze dalej), nadawali monologi. Coraz bardziej zjadliwe, a w rzeczywistości zapewne należałoby odczytać je jako mocniej wołające o pomoc. Świetna pod tym względem jest scena, gdy do Edelmana w 1995 roku przybywa Symcha Rotem, czyli Szymche „Kazik” Ratajzer. „Są pewne wydarzenia w naszej wspólnej przeszłości, o których nie wiem nic do dziś […] A ja chciałbym po prostu wyjaśnić parę spraw”. I w tej rozmowie Marek Edelman podnosi wysoko gardę: robi uniki, zwody, a wreszcie przyparty do ringowych lin, zaczyna klinczować przeciwnika. Klinczowanie w ringu to wyraz bezradności; to przytrzymanie przeciwnika i sposób na przetrzymanie kryzysu w walce. Ratajzer jest idealnym przeciwnikiem dla Edelmana. Łączy ich wspólnota doświadczeń wojennych, zatem są na tym samym poziomie zrozumienia. Ale jest jeszcze coś, co może umknąć czytelnikowi: to przewaga, którą ma Ratajzer nad Edelmanem. „Kazik” jest tym, który kanałami wyprowadził ostatnich bojowników getta warszawskiego. Ostatnich, czyli Marka Edelmana też. Największą przewagą nie jest jednak wypominanie tego faktu, ale to, że Ratajzer staje na ringu Edelmanem i zdaje się mówić: ja nie chcę walczyć, ja chcę zrozumieć. W rzeczywistości, przy takiej postawie „Kazika”, Edelman zaczyna walczyć ze sobą samym… Fascynująca jest ta rozmowa, jakby zderzenia dwóch przeciwstawnych światów, choć doświadczyli tego samego piekła. Zupełnie jakby Edelman spotkał swój negatyw, wobec którego stanął bezbronny. Jak bowiem walczyć z samym sobą?

Nie rządziła tu miłość

Najciekawszy jest Edelman nie w tym, co mówi i nie w tym, co robi, ale w tym, co przemilcza. Można mieć tylko delikatny zarzut do Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki, że nie poszli w te zaułki, które Edelman co prawda pokazał, ale szybko odwrócił od nich uwagę. I myślę – a nigdy Edelmana nie spotkałem i pozostaje on dla mnie postacią z książek i filmów – że jestem w stanie ich zrozumieć: Edelman to strażnik pamięci, Edelman to świadek piekła, Edelman to znakomity lekarz. Przy nim każdy był zaczarowany i onieśmielony, każdy czuł się onieśmielony i zdruzgotany zarazem. To nie Bereś i Burnetko prowadzą wywiad z Edelmanem, to Edelman prowadzi rozmowę z nimi. I z każdym innym. Wznowienie Marek Edelman. Życie. Do końca to w sumie trzecie już wydanie. Ukazało się w dziesiątą rocznicę śmierci Docenta z Łodzi. I być może to właśnie ta odległość czasu sprawia, że łatwiej rozmawiać z Edelmanem, łatwiej go słuchać. Pisanie biografii Marka Edelmana to musi być zadanie zarówno niesamowicie łatwe, jak i niesamowicie trudne. Niesamowicie łatwe, bowiem Edelman był tak ciekawy, że istnieje znaczna liczba filmów i wywiadów, z których można czerpać informacje na jego temat. Nikt ze współczesnych nie był (bo przecież nie mógł) w getcie warszawskim, dlatego należy po prostu słuchać Edelmana i pisać. Czasem oznacza to nawet: przepisywać Edelmana, bo Edelman opowiada się sam. Z drugiej strony Edelman prowadzi rozmówców tam, gdzie chce. Oślepia swoimi słowami, obezwładnia swoją opowieścią. I żeby było jasne: ja też daję się prowadzić tym słowom, też znajduję się pod władaniem tych opowieści. Czy teraz, ponad dekadę od śmierci Docenta z Łodzi, gdy trzymamy w rękach kolejne już wydanie książki Witolda Beresia i Krzysztofa Brunetki, łatwiej usłyszeć to, co jest poza słowami, a raczej między słowami Edelmana? Czy łatwiej jest wysłuchać tego, czego nam nie mówi?

Witold Bereś i Krzysztof Burnetko napisali biografię, która wciąż, po dekadzie od śmierci Marka Edelmana, trzyma czytelnika w napięciu. Ich biografia zmaga się z wyzwaniami opisu osoby, której życiorysem można by obdarzyć kilka osób. Jednocześnie próbują też uciec od nazbyt łatwej chronologii losów Edelmana: życie przed murem i życie po murze. Siłą rzeczy część poświęcona życiu pod okupacją niemiecką, historia getta warszawskiego, jego walki i powstania warszawskiego jest najobszerniejsza. I choć proporcje próbują być zachowane, to jednak ta krótsza część życia zajmuje najwięcej miejsca. Mało tego: zdaje się, że ona nigdy się nie kończy. Druga część życiorysu to epizody nie mniej barwne, ale znane jakby mniej. To Edelman lekarz, Edelman opozycjonista, Edelman wyjeżdżający do Izraela, Edelman upamiętniający kolejne rocznice wybuchu w getcie warszawskim, Edelman kandydujący do Senatu… We wszystkich tych działaniach znać było definicję Żyda, którą sam wymyślił. Żyd wedle Edelmana, to każdy, kto jest prześladowany. Czy pchnął go do tego widok, który przywoływał wielokrotnie?

Na Żelaznej dwóch Niemców postawiło starego Żyda na beczce. Wielkimi nożycami zaczęli strzyc mu brodę. Wokół mały tłumek, przeważnie Żydów, przyglądający się temu widowisku z uciechą. Wielu się śmiało. Ten człowiek na beczce poddany był najgorszemu upokorzeniu, gorszemu od chłosty. Patrząc na to, postanowiłem sobie, że nigdy, przenigdy nie pozwolę postawić się na beczce. To nie chodzi przecież o to, że człowiek, któremu obcięto pejsy – a tak naprawdę którego publicznie poniżono – był po takim zdarzeniu całkiem inny. Chodzi o to, że wokół stali ci, którzy spokojnie na to patrzyli, a nawet ci, których to bawiło. I oni też już nie byli tacy sami jak przedtem. I kat, i ofiara, i świadek zostali wplątani w zbrodnię.

Gdy Bereś i Burnetko powtórzą pytanie o to, kto jest Żydem, w zmienionej rzeczywistości wolnej i demokratycznej Polski, odpowiedź będzie ta sama. Ale zabrzmi boleśniej:

W czasach podziemia ukuł Pan powiedzenie, że Żydem jest każdy, kto jest po stronie słabszych. Gdzie są dzisiaj słabsi?

Ci sami, co przedtem. Siła nienawiści jest zawsze większa i ci, którzy nienawidzą, są zawsze silniejsi. A że nienawiść rodzi się w krajach, w których się ciężko żyje, więc ją mamy.

Czyli Polska to też taki kraj?

No, na pewno nie jest tak, żeby rządziła tu miłość. Owszem, zawsze są grupy ludzi, które poświęcają się dla innych i dla których to poświęcenie jest ważne. Ale żeby dostrzec, że tak powiem – en masse… Tego bym nie powiedział.

I jeszcze jeden wypis z biografii Beresia i Burnetki: Edelman odbierając w 1998 roku Order Orła Białego kończy swoje przemówienie słowami: „Pamiętajcie, byliście bierni, więcej biernym być nie można”. Dwa lata później na ścianach łódzkiego bloku, w którym mieszkał, ktoś napisał „Jude raus”.

Zaułki ciszy

Zbyt łatwo skryć się za wypisami z Edelmana. Motta, bon moty i myśli przewodnie niemal na wyciągnięcie ręki. I to jest ryzyko obcowania z postacią formatu przywódcy powstania w getcie warszawskim: jak rozmawiać z pomnikiem? Więc może… pomilczeć? Czytam Edelmana Beresia i Burnetki – trzecie wydanie, w stulecie jego urodzin, w dziesięciolecie śmierci – i zastanawiam się, czy wreszcie możemy zajrzeć nieco dalej, poza ten pomnik? Nie jest to łatwe, ale może dwie rzeczy uda się choć trochę zasygnalizować… Uświadomiła mi to dopiero rozmowa Edelmana z Ratajzerem, a potem ponowna lektura opisów pewnych zachowań, uporczywe powracanie do jednego tematu, aż mimowolnie (i pewnie wbrew sobie) stanie się żywym strażnikiem i żywym pomnikiem. I może trzeba by przeczytać raz jeszcze całą biografię, zarówno tę Beresia i Burnetki, jak i filmowe wywiady oraz inne książki, z perspektywy których czytamy świadectwa ocalałych z Holokaustu, ale nigdy nie mieliśmy śmiałości przyłożyć takiego szkiełka do Edelmana. Bo przecież życie Edelmana było życiem człowieka doświadczonego traumą, syndromem stresu bojowego, poczucia winy, depresji… Za dymem z papierosa, za rzucanym kąśliwym lewym prostym (nic nie rozumiesz, głupi jesteś, daj mi spokój…) widzieliśmy człowieka silnego i nie widzieliśmy człowieka, który został pozostawiony na łaskę i niełaskę wspomnień, obrazów, decyzji, które musiał podjąć. W swej biografii niemal pomija ten rok, który jakoś musiał mu minąć od wyjścia z kanałów w 1943 roku a przyłączeniem się do powstania w 1944 roku. W swoim domu przechowuje broń: jakiś karabin, jakieś granaty. Jasne, wspomina o tym, opisując czasy zaraz powojenne, ale chciałoby się dopytać, usłyszeć: do kiedy ta broń była w mieszkaniu? Wyrzucanie funkcjonariuszy SB ze swego domu, szarpanie się z nimi na ulicy, cała ta tłumiona agresja i żadnej pomocy psychologicznej. I jeszcze jedno: Marek Edelman mógł być bohaterem w getcie dopiero wtedy, gdy swoją ówczesną ukochaną przemycił na aryjską stronę. To zdanie ma też swoje dopowiedzenie w życiu „po murze”: Marek Edelman mógł kontynuować swoją walkę, gdy jego żona wraz z dziećmi znalazła się po Marcu ‘68 we Francji. Dokonał wyboru, po której stronie „muru” chce żyć, bo może nie umiał / nie chciał / nie potrafił już inaczej?

Wznowienie książki Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki może stać się pretekstem do przeczytania Marka Edelmana raz jeszcze. Tak, aby gdy rzuci te swoje kłujące „nic nie rozumiesz, głupi jesteś, daj mi spokój”, odpowiedzieć trochę inaczej niż zwykle.

W. Bereś, K. Burnetko, Marek Edelman. Życie. Do końca, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019.

okładka

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Nie wejść na beczkę, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 84

Przypisy

    Powiązane artykuły