25.11.2021

Nowy Napis Co Tydzień #128 / Bulwar

Zdarzyło się to, kiedy szedłem złożyć życzenia starszej córce z okazji jej szesnastych urodzin. No ale wcześniej powinienem wyjaśnić, co znaczy „szedłem”. Dlatego, że słówko to jedynie na papierze wygląda niewinnie. Nie wracałem bowiem z pracy ani z długiej delegacji, ale przybywałem z daleka, z odległego świata samotniczego życia w jej świat, teraz już dorosły, żeby znowu na długo, do naszego kolejnego spotkania, na powrót odejść – jak w równoległą sztolnię. Wyznam, że odczuwam winę przed tobą, Czytelniku, i to uczucie winy jest szczere: nie tak już przyjemnie przyznawać się do tego, że w mym życiu, jak zresztą w życiu wielu ludzi, nie obyło się bez upadków. Byłem co prawda ojcem, ale nie do końca dobrym ojcem – ta rola pozostała niedograna i boli, jak boli miliony matek i ojców, którzy przeżyli krach swojego życia rodzinnego. I oto szedłem, powoli opuszczając żagle, ostrożnie, jeszcze dobrze nie wiedząc, co właściwie powiem swojej prawie już dorosłej córce i jak moje serce zareaguje na ten świat, ku któremu się zbliżam z każdym krokiem – wszak ongiś był to świat mojego dzieciństwa, później radosnego i szczęśliwego ojcostwa, a potem raptem stał się cudzym, aż któregoś dnia mnie wyniosło stamtąd, być może zbyt szybko, z dwiema pośpiesznie zebranymi torbami i butami wdzianymi na gołe nogi. Od skrzyżowania za remizą strażacką, gdzie zaczyna się Zwiezdnyj Bulwar, w całym tym rejonie nie ma miejsca, które nie wiązałoby się dla mnie z jakimś wspomnieniem, najczęściej zabawnym. Ech, tyle się tutaj wydarzyło, że jak ujrzałem za drzewami bulwaru dom, w którym sam niegdyś wyrosłem, a w którym teraz dorastała moja córka, przełknąłem ślinę i stanąłem jak wryty. Zatrzymałem się w cieniu potężnego klonu, uspokoiłem oddech i zdziwiłem się – skąd się tutaj wzięło takie piękne drzewo?

Pamiętam czasy, kiedy Zwiezdnyj Bulwar nie zasługiwał na nazwę „bulwaru”, niczego tutaj nie było – jedynie zwały błota na miejscu, gdzie buldożery rozkopały dawny nasyp kolejowy i robotnicy w zabrudzonych waciakach zaryli Kopytowkę, rzeczkę naszego dzieciństwa, puszczając ją rurami pod ziemią, a w błoto wetknęli kilka rachitycznych badyli, żeby było, że to „bulwar”. Lecz jakie by nie były ich zamiary, błocko na bulwarze walało się jeszcze wiele lat i nikt w te zwały tłustej gliny i kałuże woniejące siarkowodorem się nie zapuszczał. Dlatego powiedzieć, co tam było posadzone – jesiony, klony czy brzozy – nikt nie potrafił. To były cherlawe i krzywe patyki, skurczone pod chłodnym wiatrem jesiennym i, żeby nie upadły w to błoto, każdy był podwiązany do solidnego palika. A w miejscu, gdzie pień dotykał cienkiego patyka, jego korę otulono szmatką.

Po kilku latach bulwar trochę wysechł i wówczas ukazała się nam, też nieco już podrosłym, jego nowa geologia: błoto zastygło w strome występy pośród rozległych wydm żółtego piachu. Lecz najważniejsze były tam podziemia, rury do nowego wodociągu, ogromne i jeszcze puste, bez wody. Czuliśmy się w nich jak w jaskiniach, zamierając co chwilę od strachu, ciemności i pod wpływem zgrzytu własnych kroków na żelazie. Skąd mogliśmy wiedzieć, że w przyszłości pojawią się maniacy, którzy mogą, ot tak, zabić dziecko lub samotną kobietę; gdybyśmy wiedzieli, za nic nie leźlibyśmy pod ziemię. Ale wtedy maniaków nie było, baliśmy się jedynie, że któryś z robotników nas skrzyczy. Pierwszym maniakiem, który zamordował dzieci w ich własnym mieszkaniu, był słynny „Mosgaz” – ta ksywa mroziła krew w żyłach naszych i naszych rodziców, dlatego że zrobić coś takiego mógł tylko człowiek opętany złem, człowiek bezrozumny, a myśmy wtedy jeszcze nie przywykli do bezrozumu. Zimą bulwar zasnuwała gwiezdna mgła i zupełnie go nie pamiętam, jakby nad bulwarem stała wieczna noc, w której niczego nie widać. Choć nie, jedno wspomnienie ocalało: naprzeciw straży pożarnej często widzieliśmy woźnicę, który dostarczał telegą chleb do piekarni. Potem chleb zaczęli wozić samochodem, a ten woźnica jeszcze kilka lat jeździł pusty wokoło bulwaru, a później albo koń jego umarł, albo on sam, krótko mówiąc, znikł po cichu i niezauważalnie, a razem z nim zniknęła telega, chrzęst uprzęży, końskie pączki na asfalcie i radośnie poćwierkujące wróble wokół nich. Oto czemu wróble potem zupełnie wyginęły, zostały jedynie gołębie i wrony, ale myśmy początkowo tego nie zauważyli. Z przyjściem wiosny zaczynała się nasza ulubiona „gra w noża”. I właśnie podczas „gry w noża” zobaczyliśmy, jak człowiek wbiegł na ulicę wprost pod koła przejeżdżającego samochodu i powoli, jakby w zwolnionym tempie, upadł na maskę i głośno zakrzyczał, a potem ciężko zwalił się na ziemię. To był chłopak z sąsiedniego podwórka, samochód złamał mu nogę. Myśmy ten wypadek przeżywali i przeżywali bez końca, nie wiedząc, że nastaną czasy, kiedy na drogach w ciągu roku będzie ginąć więcej ludzi niż na małej, współczesnej wojnie.

Potem minęło trochę czasu i w latach szkolnych na bulwarze odbywały się u nas zajęcia z wuefu. Uczyliśmy się tutaj biegać na nartach. Ani skalistych występów, ani piaskowych wydm, ma się rozumieć, już nie było, wszystko się wyrównało w jakiś tajemny sposób, po Kopytowce ni śladu, a drzewka, kiedyś posadzone, się przyjęły. Ciągle były cherlawe, zimowy wiatr giął je niczym trawy w stepie i wtenczas się zdawało, że one zawsze takie będą, że nie przezwyciężą gołej nędzy swoich pierwszych lat, kiedy to marzły w półmroku i żaden pijak ich nie obłapiał, przechodząc mimo. Ale był śnieg i były narty, i te narty dobrze zapamiętałem, raz kiedyś bowiem przegoniłem Olega Niewickiego. Oleg biegał na nartach najlepiej ze wszystkich, a ja – za nim, ale nigdy-nigdy, przez całe lata nie mogłem go przegonić. Aż się zdarzyło, że goniłem za nim i raptem pojąłem, że dzieje się coś niewiarygodnego – on zaczął słabnąć, a potem przepuścił mnie przodem, chociaż ja sam nie mogłem już biec szybciej i w moim gardle pachniało krwią. I tak ja biegłem pierwszy, chyba z dziesięć minut, nadymając się swoją przewagą, Niewicki tymczasem odpoczywał za moimi plecami i na ostatniej prostej mnie wyprzedził. Ktoś nauczył go tej sztuczki, najpierw się poddać, żeby potem zwyciężyć, a ja byłem na to zbyt prostoduszny, dlatego przegrałem. No, ale te dziesięć minut! Te dziesięć minut!

A potem minęło jeszcze trochę czasu i przed rozpoczęciem ósmej klasy, parę dni przed pierwszym dzwonkiem, leżeliśmy z Jurą Gromowym w cieniu drzewa na bulwarze na bujnozielonej trawie, która wyrosła tam, gdzie wcześniej powszędy walała się glina, i rozmawialiśmy o dziewczętach z naszej klasy. Znaczy, że było już drzewo i od niego padał cień i pod nim rosła trawa, tylko my tego wszystkiego jeszcze nie zauważaliśmy – mieliśmy po czternaście lat, drzewa pewnikiem też tyle. Drzewa już zmężniały i wspólnie tworzyły aleje bulwaru, po których co dzień przechadzały się wte i wewte mamy z wózkami, niemowlęta uczyły się chodzić, a na ławce pod sklepem „Produkty” rozpijali tanie wino miejscowi pijacy. Ale myśmy tego wszystkiego nie widzieli, zajęci myślami o dziewczętach, które dopiero mieliśmy pokochać. Pewnego razu – skończyłem akurat szesnaście lat – szedłem po bulwarze na randkę. Jednakże i tu słowo „szedłem” nie oddaje w pełni stanu, w jakim ja wtedy przemieszczałem się po bulwarze: ja leciałem, nie dotykając ziemi, w rozpiętej kurtce, z rozwianymi włosami i z błyszczącymi, niemal oślepłymi ze szczęścia oczami. A jednak ją zobaczyłem… Kobietę. To była moja mama. Ona przeszła mimo, nie zauważając mnie, głęboko pogrążona w jakichś własnych myślach, zmartwieniach (o których ja nie miałem pojęcia) i troskach. Wracała z pracy, niosąc ciężką siatkę, z której wysterczała żółta kurza noga z długimi pazurami. Widziałem, że mama jest strudzona i zrobiło mi się jej żal, żal do łez, że ona tak idzie, patrząc niewidzącymi ze zmęczenia oczami w ziemię, ale ja przecież miałem randkę i… nie  zawołałem jej.

A potem przeszło jeszcze trochę czasu, ścieżki na bulwarze wyasfaltowano i można było jeździć po nich na rowerze, później na desce, później na wrotkach. Minęły  całepoki. Myśmy, ma się rozumieć, wszyscy zdążyli się zakochać, i to niejednokrotnie. A w ogóle po zakończeniu szkoły życie przyspieszyło i mój przyjaciel Jurka Gromow raptem wziął i umarł, w dwudziestym piątym roku życia zafiniszował. Nie chcąc pracować, jak jego ojciec i matka do emerytury w fabryce „Kalibr”, wynalazł inny sposób zdobywania pieniędzy na życie, zatrudnił się jako wagonowy w pociągu relacji Moskwa–Pekin i handlował tam wódką dla pasażerów, aż sam się zapił na śmierć. A potem przeszła jeszcze epoka, mnie w owym czasie trochę po życiu poniewierało i nie do bulwaru mi było. Aż urodziła mi się córka i czas zatrzymał się w miejscu, i było dobrze. Podczas jednego ze spacerów z małą w wózeczku zauważyłem, że bulwar nie tylko jest, ale że jest piękny. Tutaj grupa potężnych klonów o rozłożystych koronach dających cień przechodniom, tam pachnie jaśmin, a trochę dalej krzewy, na których jesienią pojawiają się białe kulki, jeśli je przydepnąć, „strzelają”. Siadałem z notebookiem w cieniu klonu na drzewo powalone przez wiatr i przekładałem coś z francuskiego, nogą kołysząc wózek. Dookoła na bulwarze robotnicy z „Moszielienstroju” rozpiłowywali i cięli na części przewrócone drzewa i dopiero kiedy poczułem drgania benzynowej piły pod tyłkiem, bo zaczęli rozpiłowywać drzewo, na którym siedziałem, dotarło do mnie, jak grube musiało być to drzewo, że mogłem wygodnie na nim siedzieć. Aż tak wyrosło z cherlawych badyli wetkniętych tu onegdaj w błoto. A później się rozwiodłem i teraz idę na szesnaste urodziny starszej córki… Pod wpływem emocji moje serce, bijące nienagannie od czterdziestu pięciu lat, raptem zatrzepotało w piersiach. Toż zaledwie wczoraj leżeliśmy z Jurą Gromowym na zielonej trawie i żadnych dzieci nie miałem, ba, byłem młodszy niż moja córka, do której idę, a i sam bulwar bulwarem jeszcze nie pachniał… No a teraz wyrosły tu drzewa, moi rówieśnicy, choć z wyglądu przypominały raczej młodych i zdrowych chłopaków, którzy zaczynają żyć. Nie to, co ja w ich cieniu, z na poły osiwiałą głową i sercem trzepoczącym w piersi. Jak by nie policzyć, czterdzieści pięć to nie dwadzieścia pięć. Ale drzewa mają gdzieś mój wiek, dla nich to jeszcze wiek młodości. Pomyślałem wtedy, że nastąpi dzień, kiedy moja córka, jak ja kiedyś, wyjdzie na bulwar z wózeczkiem, w którym będzie leżało jej dziecko, to znaczy – mój wnuk, a te drzewa będą stały, jak stoją, jeszcze piękniejsze i jeszcze dorodniejsze. Potem mnie już nie będzie, a drzewa wciąż tu będę rosły i zasypywały ścieżki jesienią żółtymi i czerwonymi liśćmi, parę z nich może wpadnie do wózka mojego prawnuka, a gdzieś w głębi bulwaru wyrośnie drzewo łączące niebo z ziemią niczym święty jesion Yggdrasil, do którego Wikingowie przygwoździli Odyna, by stał się szamanem. Ja zaś, niewidoczny, przysiądę od czasu do czasu na jego gałęzi i gładząc po wyleniałym łbie starego jastrzębia, będę patrzył w dół na miasto i na chłopców grających w nieznane mi gry tam, gdzie myśmy dawniej „grali w noża”.

(z rosyjskiego przełożył Mariusz Wilk)

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wasilij Gołowanow, Bulwar, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 128

Przypisy

    Powiązane artykuły