25.11.2021

Nowy Napis Co Tydzień #128 / Listy z Procidy (13): Gołowan

„Bo czasem trzeba koniecznie umrzeć, «umrzeć dla siebie», żeby ożyć” Wasilij Gołowanow

WaśWspomnienie ukazało się także w języku rosyjskim w przekładzie Iriny Adelgeim - https://gorky.media/context/golovan/.[1],

kiedyś pisałeś o młodym człowieku, przygotowującym się do obrony habilitacji z filozofii zen, który, wychodząc pewnego poranka z domu do biblioteki, poczuł raptem takie obrzydzenie do obskurnej klatki schodowej, obesranej przez psy i pokrytej wulgarnymi wynurzeniami nastolatków, i w ogóle do własnego dotychczasowego życia (nawet do teczki z notatkami na temat fenomenu satori), że zamiast do biblioteki, udał się na dworzec i kupił bilet do Rybińska. Miał tam rzekomo kolegę z klasy. Jego nieobecność w miejscu pracy zauważono dopiero wtedy, gdy zadzwoniła zaniepokojona żona. Po jakimś czasie jednak i ona, i jego współpracownicy zapomnieli… Potem ktoś go widział w Koktebelu na Krymie, jak pomagał rybakom wyciągać ryby ze śliskich sieci, ktoś inny spotkał go koło Gurzufu, gdzie zbierał kolorowe kamyki przy brzegu, komuś mignął na targu rybnym w Astrachaniu, komuś w cerkwi w Kostromie… Tak i Ty, Wasia, będziesz mi migał – to tu, to tam.

Długo nie mogłem przyjść do siebie po mejlu Oli. Sześć lat temu umówiliśmy się w pietrozawodskim klubie „Behemot” na jubileuszu mojego sześćdziesięciolecia, że za następnym razem spotkamy się na Twoim jublu w Moskwie. Wyjeżdżałem wtedy z Rosji do Italii, językowo w zupełnie inny świat, a Ty żartowałeś po paru tequilach, że przenosiny ze słowiańszczyzny w krainę języka romańskiego to rodzaj zatworu, to znaczy zupełnego odosobnienia (i w pewnym sensie miałeś rację, rzeczywiście na Procidzie mocno się odosobniłem). Ze względu na pandemię nie pisałem wcześniej; czekałem, aż przywrócą regularne loty. Dopiero w kwietniu – już po lockdownie – odezwałem się. W odpowiedzi dostałem parę słów od Oli. Pisała, że Twój mózg toczy rak i nie wiesz, co się z Tobą dzieje, że umierasz i że ona nie może Ci przekazać ode mnie wieści, bo nie wiedziałbyś, kim jestem, i że jej także już nie poznajesz… A nazajutrz nadeszła wiadomość o Twoim odejściu… Niewiele myśląc, wybrałem się na sąsiednią Ischię z butelką wina, aby spędzić samotnie noc pod szczytem wygasłego wulkanu Epomeo. Potężne rozwaliny szaro-zielonego tufu utworzyły na jego wierzchołku krajobraz o nieziemskiej i niepokojącej urodzie, zwłaszcza w księżycowej poświacie, gdy na wulkanicznych głazach pojawiają się cienie. Podobne landszafty musiałeś oglądać nad Morzem Kaspijskim, choćby w rejonie pieczary Ana-Zaga. Pomyślałem, że to idealne ustronie na Twoje pominkiPominki – rosyjski zwyczaj wspominania o zmarłym. Początkowo zamierzałem użyć polskiego słowa „wypominki”, ale to jednak nie to samo. U Doroszewskiego „wypominki – to modlitwy za zmarłych”, czyli coś, na co się daje pieniądze, rodzaj odpustowego myta… Zresztą przykład użycia przez historyka Władysława Smoleńskiego nie pozostawia wątpliwości co do charakteru tej czynności: „W dzień zaduszny dają na wypominki, ale żałoby nie noszą”. Pominki natomiast po rosyjsku – to wspominanie zmarłego, czasem w modlitwie, a czasem przy wódce.[2].

Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Jesienią 2012 roku w Moskwie na festiwalu Non-Fiction… Zamierzałem wtenczas zimować na Krymie, dałeś nam parę adresów, pogadaliśmy o koncepcji „intelektualnego nomadyzmu” Kennetha White’a, wymieniliśmy się książkami i umówiliśmy u nas w Kondzie na następne lato. Na Krymie jąłem czytać Twój Ostrow i uwiązłem po uszy, mając wrażenie, jakbym czytał samego siebie. Ty także na Północ przyjechałeś z wojny w Abchazji (byliśmy tam mniej więcej w tym samym czasie…) i podobnie jak mnie Północ na dzień dobry oczarowała Cię Sołowkami. Także samo jak ja byłeś zafascynowany malarstwem Borisowa i głosiłeś bliską mi ideę Północy jako stanu umysłu. Podtytułem Ostrowa powiedziałeś wszystko! Że tylko bezsensowne podróże są usprawiedliwione, o innych nie warto pisać i lepiej zostawić je wojażerom. Północ jest dla tych, którzy ją ukrywają w sobie, a nie jadą tam jedynie w jakimś celu. Bo kto naprawdę przeżył Północ i rozrósł się do rozmiaru Peczory lub Bolszeziemielskiej tundry, nie potrafi się zmieścić w trzypokojowym mieszkaniu. Ale najgłębiej chwyciło mnie za wątpia Twoje wyznanie dotyczące córeczki. Martusza miała wtedy trzy latka, nie dziw przeto, że poniższy fragment szczególnie mnie poruszył:

Narodziny córeczki pewnego pięknego dnia kolejny raz skłoniły mnie do zadania sobie niemiłego pytania: „A co z tego, co napisałem w życiu, zainteresuje ją, kiedy wyrośnie?”

Odpowiedź wymagała szczerości wobec samego siebie: „Nic. Albo prawie nic, może z wyjątkiem kilku koślawych wierszy”.

Zapragnąłem napisać coś takiego, co w dalszej przyszłości wzbudziłoby w niej podziw i dodało jej sił. Takim zadaniem można chyba usprawiedliwić pisarstwo.

Po lekturze Ostrowa nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z nowym sposobem pisania o podróżach. Podróżą nie było dla Ciebie objeżdżanie dokoła świata na rowerze z jajkiem na łyżeczce, ugotowanym na miękko przez mamusię – jak ten rodzaj wojaży puentował Nicolas Bouvier, mistrz traweloga XX wieku. Dla Ciebie podróż to przede wszystkim droga duchowa, dojrzewanie do śmierci, rodzaj przejścia. Bar-do.

Rozwiodłeś się wtedy z żoną, piłeś i wyprawa na KałgujewKałgujew – duża wyspa arktyczna w południowo-wschodniej części Morza Barentsa, tytułowa Wyspa. Gołowanow musiał ją stworzyć, ułożyć z własnych podróży i marzeń, cytatów z książek i urywkowych relacji na jej temat, z motywów snutych z tubylczych mitów i ze swoich snów. W rzeczywistości jest to okrągła i dosyć płaska, błotnisto-tundrowa i mało ciekawa historycznie wyspa, nie bez kozery Wasia pisał, że trzeba było ją wymyślić… Znacznie ciekawsza jest Nowa Ziemia, leżąca trochę dalej na wschód, tam malarz Aleksandr Borisow trzy zimy przezimował, malując najpiękniejsze obrazy Północy na świecie! Ale obaj nie mieliśmy wątpliwości, że naj-najciekawsza jest wyspa Wajgacz, święty ostrów tuziemców, zwanych przez Borisowa w jego dziennikach „Samojedami”. Przy tym tłumaczył, że nie chodzi o ludzi, którzy sami się jedzą, ale o ludzi żyjących samojeden. Nieraz marzyliśmy z Wasią, aby tam się udać. Wyjść z syfilizacji na drugą stronę.[3] stała się dla Ciebie ucieczką od siebie, a zarazem sposobem na odnalezienie znaczenia słów, bez którego dalsza praca pisarska nie miała sensu. „Świat wydawał mi się bez sensu. Rozwód, a zwłaszcza to wszystko, co go poprzedziło, podziałało na mnie niezwykle destrukcyjnie: uświadomiłem sobie, że poniosłem najpoważniejszą klęskę jako człowiek, bo nie zrobiłem nic, a w każdym bądź razie do niczego nie przekonałem kobiety, którą kochałem i z którą przeżyłem prawie siedem lat”.

Wyprawiłeś się na Kałgujew, aby odszukać sens w słowach i – odnajdując w nich „materialność świata, która je zrodziła” – stworzyć Wyspę. Trzeba było wrócić do czasów nomadów i do ich sposobu bycia, „przy którym ani jeden patyczek długości ołówka nie powinien spalić się darmo, do takiego trybu życia, w którym każdy krok, każdy gest zostały wypolerowane przez czas do kości, do symbolu”. Potem nieraz powracałeś do tego patyczka długości ołówka w naszych rozmowach w Kondzie, przywołując myśl Bruce’a Chatwina, że rozszalałej konsumpcji naszych czasów można przeciwstawić wyłącznie drogę ascezy. Pokazywałeś foty plastikowych stepów Kałmucji, a ja mówiłem Ci o stepach Buriacji, furkoczących kawałkami polietylenu na wietrze, jakby się modliły do swych bodhisattwów. Jeszcze nie sądziłem, że ten plastik aż tak weżre Ci się w głowę.

Ech, te nasze biesiady w Kondzie. Pewnie do dzisiaj została po Tobie słona woń Kaspija w izbach. Żyłeś wówczas Kaspijską księgą, której w efekcie poświęciłeś dziesięć lat. Miała to być „suma trawelogiczna”, rekapitulacjaprozy podróżniczej minionego wieku, a zarazem próba stworzenia „totalnej geografii Morza Kaspijskiego”. Próba z góry zresztą skazana na niepowodzenie. Więcej – próba z pozoru szalona, bo jak można się zamierzyć w pojedynkę na ogarnięcie regionu, począwszy od pełnego spisu fauny i flory (i opisu każdej rośliny i zwierza), poprzez historię i mity, biografie ludzi i żywoty świętych, geologię i mineralogię, miejscowe kroniki i relacje podróżników, i sztukę, i rękodzieło, i kartografię. Sam porównywałeś rejon Morza Kaspijskiego do wielkiej słonej soczewki, ogniskującej w sobie milczącą pustkę przykaspijskich przestrzeni. Można-li ogarnąć pustkę?

Aliści z drugiej strony: czy mój zamiar opisania Północy nie był równie szalony? Dlatego pokochałem Ciebie jak młodszego brata w szaleństwie. Siedząc wtedy w kwietniu parę godzin po Twoim zgonie na wierzchołku Epomeo, miałem pod sobą hen w dole Morze Tyrreńskie, łuszczące się w świetle księżyca, a w rozpadlinach wśród brył tufu przepełzały mgiełki, wyświetlając na skałach teatr cieni… Pierwszym promem o świcie wróciłem na Procidę.

*

Od razu miałem zamiar do Ciebie napisać, ale tymczasem sprawy „niecierpiące zwłoki” wezwały mnie do kraju, a tam się okazało, że jest gorzej, niż myślałem… Nie chcę Ci teraz głowy zawracać własnymi sprawami, Ty już jesteś na tamtym brzegu i możesz na swoje życie popatrzyć z drugiej strony… Pamiętasz Nabokova? Vladimir Vladimirowicz mawiał, że tkaninę naszego życie widzimy od podszewki: jakieś pourywane nitki, bezładne węzełki, dopiero tam ją odwrócimy i ujrzymy prawdziwy wzór: wymyślne motywy i splecione wątki… Ja jeszcze spozieram od strony supełków i ciągle brakuje mi puenty. Pozwól zatem, że bez zbędnych wyjaśnień powrócę do wspomnień.

Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie? Przyjechałeś wtedy do Pietrozawodska w przededniu mojego Jubileja, by pogadać spokojnie. Przewidziałeś, że nazajutrz zjadą goście i nie będzie wolnej chwili. Miałem już nakaz opuszczenia Rosji, a więc obaj zdawaliśmy sobie jasno sprawę, że to może być nasze ostatnie spotkanie na dłużej. Kto mógł wówczas przypuszczać, że będzie ostatnim – na zawsze? Wyszliśmy po Ciebie z córką na dworzec w Pietrozawodsku. Martusza od razu zwróciła uwagę, że wujek Wasia nieszczególnie wygląda. Byłeś zmizerowany, zamyślony, jakby gdzie indziej myślami. Po fajce się rozgadałeś, że nie masz siły, że Kaspijska księga nie przyniosła Ci ani kasy, ani sponsora na kolejny trawelog (myślałeś o Ałtaju), że praca w glamurzeGlamur (Polacy napisaliby z angielska „glamour”) – slangowe określenie stylu życia moskiewskiej elity, czytającej glamurne żurnały, co ja bym przetłumaczył ma „glansowane tygodniki”, ale tutaj z kolei trzeba by wyjaśnić, że słowo „glans” (dzisiaj przestarzałe), oznaczało „połysk”, na przykład w zdaniu: „Pompeje i Herkulanum wyrabiały terakotę z glansem”. W przypadku glamurnych żurnałow jak Miedwied’, dla którego pracował Gołowanow, połysk polega na połyskliwej szacie graficznej, wysokich honorariach dla autorów w zamian za harowanie od zmierzchu do zachodu, czyli dwadzieścia cztery godziny na dobę.[4] Cię wykańcza i jedynie dzięki Oli jeszcze zipiesz… Napomknąłeś o Bałdinie, że skonał, zanim skończył swoją powieść o ostatniej drodze Tołstoja, a ja nie dowierzałem własnym uszom, wszak jeszcze nie tak dawno byliście z Andriejem u nas w Kondzie na urodzinach Martuszy… Tak przegadaliśmy północ.

Rankiem przy kawie zastanawialiśmy się w naszej kuchni na Puszkinskoj, jak się odnajdę na Via Santa Maria Antesaecula w Neapolu. Czy nie rozsadzi mnie kompresja przy wynurzaniu się z północnych głębin na włoskie światło? Czy ta plaża mnie nie znuży?

– Lecz z drugiej strony może to i lepiej – powiedziałeś – w Kondzie, Mar, nie miałbyś już azylu. Przecież ostatnio nawet na quadach do was przyjeżdżali. Może rzeczywiście przyszła pora, abyś opuścił to swoje Gethsemani.

A potem szwendaliśmy się po Pietrozawodsku. Pokazałem Ci parę moich ukochanych miejsc, jak gdybym się z nimi żegnał, nie wiedząc wtedy, że żegnam się z Tobą: nadbrzeżny bulwar i parczek z rzeźbą nagiej dziewczyny na kamieniu, który Piotrowi Wielkiemu służył za ołtarz polowy, ujście Łososinki, nad którą rodziło się Rosyjskie Imperium, i skwerek Aleksandra Puszkina u wejścia do Narodowej Biblioteki Karelii. Na moim spotkaniu autorskim siedziałeś obok Very, ktoś zrobił zdjęcie. To ostatnia fotografia dokumentująca wizualnie Twoją obecność w mojej fabule. Pamiętasz? Kiedyś żartowaliśmy sobie, kto się znajdzie w czyim tekście?

Na jubileuszowym przyjęciu Twoja twarz mignęła mi raz i drugi w półmroku „Behemota”, a później zniknąłeś, jakbyś się rozpłynął w dymie jointa, którego wypaliliśmy na pososzokNa pososzok – odpowiednik polskiego „strzemiennego”. Polak ostatni kieliszek pił, wkładając nogę do strzemienia, natomiast Rosjanin wypijał ostatnią szklankę, biorąc do ręki wędrowny kostur – posoch.[5] na schodach przed klubem.

*

Sięgnąłem do Twoich tekstów, napisanych już po naszym ostatnim spotkaniu. Chciałem zobaczyć, Waś, czym żyłeś przez ostatnie sześć lat. Czytałem wspak… Zacząłem od ostatnich, od Opowieści ciociWojennych przygód Jarosława Gołowanowa, dziwiąc się znowu naszemu duchowemu pobratymstwu, mnie bowiem takoż od dłuższego czasu nurtują rodzinne historie i zazdroszczę Ci, że wcześnie się zreflektowałeś, gdyż mój ojciec, niestety, tak się zaplątał w czasie zaprzeszłym, że nic składnego nie jestem w stanie zeń wydobyć. Czytając dalej, zauważyłem, że wracasz nie tylko do dziejów rodzinnych, ale penetrujesz też własną pamięć, czego najlepszym przykładem jest nostalgiczny Bulwar, w którym idąc na urodziny szesnastoletniej i dawno niewidzianej córki, cofasz się do czasów, kiedy jej nie było. Powoli do mnie dochodziło, że geopoetyka White’a i geografia totalna przestały Cię zajmować, że wolałeś u schyłku życia spacerować po znanych sobie ścieżkach i nawet kiedy gdzieś się wybierałeś poza swoje Pieriediełkino, to były to wyprawy do miejsc dobrze znanych, w których nieraz bywałeś – Wałdaj, Jasna Polana – jak gdybyś chciał się spotkać sam ze sobą sprzed lat. Parę ostatnich tekstów poświęciłeś też anarchistom (na przykład w Ostatnim rycerzu piszesz o wybitnym matematyku i filozofie profesorze Nalimowie, który w kołymskich łagrach odsiadywał mistyczny anarchizm), jakbyś chciał skonfrontować swoje dawne ideały, wyrażone niegdyś w debiutanckiej książce o Nestorze Machno, z rozmyślaniami starzejącego się mężczyzny, który jednakże nie utracił chłopięcej wrażliwości…

Zawsze byłeś otwartą raną, ale po lekturze ostatnich tekstów widzę, że albo na starość Twa wrażliwość jeszcze wzrosła, albo bezsens otaczającego świata Cię przerósł. Nie umiałeś się znaleźć w kulturze społeczeństwa konsumpcyjnego. Mówiłeś: albo ją zmienimy, albo sczeźniemy do szczętu. Nad mogiłą Wasilija Wasiliewicza Rozanowa w Siergijew Posadzie, dokąd się wybrałeś przed pandemią, przypomniałeś jego słowa: „Dajcie mi rodzinę – ja dam wam cywilizację; dajcie diabłu przetknąć rodzinę zgniłą pałką – a cywilizacja się rozłoży, jak trup”. Anarchizm mistyczny plus Rozanow – niezły miks. W Świetle Kiteża uderzyła mnie myśl, że legendarne miasto Kiteż, ukryte rzekomo przez Pana Boga przed Tatarami Batu-chana pod wodą jeziora Swietojar – to nie miejsce, lecz droga. „To swojego rodzaju pąć duchowa – piszesz – którą trzeba odbyć, aby się ośmielić wejść do miasta przodków”. Ano właśnie, Ty taką pąć już odbyłeś.

Wśród Twoich ostatnich tekstów natrafiałem czasem i na starsze, i tak przypadkiem wyświetliła mi się na ekranie laptopa Epoka antopopocenu. Zaczynasz ją od musora (po rusku brzmi po męsku, groźniej, aniżeli nijakie polskie „śmieci”), na punkcie którego miałeś świra, bo musor zalegał wszędzie… Począwszy od bramy Twojego domku w Pieriediełkino do stacji kolejowej droga była usłana pustymi butelkami, plastikowymi odpadami, opakowaniami po lodach… Zwały musora walały się także pod muzeami Czukowskiego i Pasternaka. Ot, tylko co podniosłeś z ziemi dwie wielkie płachty szyfra, pusty karton po jajkach, trzy aluminiowe puszki od piwa i naście jednorazowych kubków z plastiku. Piszesz, że już nie możesz na to więcej patrzeć, bo Cię mdli Zimą, co prawda, przykryje to śnieg i nie będzie robiło się tak niedobrze, ale wiosną znowu powyłażą na wierzch te plastikowe i szklane butelki, poprzebijane dętki, kanistry, pogięte zderzaki, pudełka po jogurcie i sałatkach jarzynowych, rozczłapane buty i dziurawe gary, gazety, polietylenowe torebki i niepoddające się już żadnym frakcjom resztki, podobne do plastikowej brei, z której sterczą kawałki szkła i metalu. Wszystko to wala się po krzakach i w pożółkłej trawie niczym w sierści zdechłego psa na śmietniku, a łąka pod Nowopieriediełkinem, ulubione miejsce wypoczynku mieszkańców tego regionu, wygląda jak olbrzymi wysyp śmieci, podobny do innych, gdzie ludzie lubią się kąpać, siedzieć przy ognisku, popić i pośpiewać do szaszłyka. Lecz jeśli człowiek robi śmietnik z miejsca, gdzie odpoczywa jego dusza, to znaczy, że z jego duszą jest coś nie tak… Albo z mózgiem?

Zrozumiałeś to lepiej, pisząc artykuł o pracy mózgu. Nina Jewgieniewna Swiderska z Instytutu Neurofizjologii objaśniała Ci to na podstawie Twojego elektroencefalogramu, na którym zauważyłeś zasinienie w prawym płacie czołowym. Spytałeś o nie profesor Swiderską, ona tłumaczyła, że sine piętno oznacza obniżenie aktywności mózgu. Oszołomiony werdyktem, jąłeś się zastanawiać, co może być przyczyną zasinienia? Któż mógł przewidzieć, że z tego piętna wyrośnie rak? Znienacka przyszła Ci wtedy do głowy myśl, że może ten musor jest świadectwem obniżenia aktywności mózgowej człeka, albo nawet jej braku. Ciekawe, myślałeś, jak wyglądałby elektroencefalogram kogoś, kto wylewa zużyty olej silnikowy do jeziora, albo też kogoś, kto naciska spust automatu. I czy w ogóle byłby to obraz mózgu homo sapiens? Zali można nazywać „człowiekiem rozumnym” istotę, która niszczy własne środowisko? Albo która ogląda wojnę w TV jako show, pobudzające wydzielanie adrenaliny? Przedstawiciele gatunku Homo sapiens wychowani na śmietnikach potrafią już tylko konsumować, wykorzystując zaledwie tyle mózgu, ile go posiada pies czy krowa. Czytając dzisiaj te słowa, mam ciarki na skórze.

Epoką antropocenu nie tylko podsumowałeś XX wiek, ale i dałeś wyraz swojej trwodze. Przeczułeś w niej zarazę, którą sami siebie zarażamy, czy będzie to Wielka Plastikowa Zupa w Pacyfiku, czy jad medialny, sączący się zewsząd. Zaraza, której objawy zauważyłeś i opisałeś u siebie na wiele lat przed tym, jak Cię dopadł rak mózgu. Miałeś rację, Waś, że czasem trzeba po prostu wyjść… Tuszę, że nieraz mi jeszcze migniesz w jakimś zaułku pamięci, może nawet w tym zaułku znowu się spotkamy i poproszę Cię słowami Andrieja RodionowaAndriej Rodionow – moskiewski poeta, przyjaciel Gołowanowa. Na wiadomość o jego śmierci napisał wiersz, który pozwoliłem sobie tu spolszczyć. Znający Wasię domyślą się, o jaki dym chodzi, bo Wasilij tytoniu nie używał.[6]:

O wyspie polarnej opowiedz, Waś,
Pokaż Kałgujew, Kaspij, Dagestan
Póki nad stołem rozsnuwa się dym
Uśmiechnij się jeszcze raz Gołowan.

 portret Wasilija Gołowanowa

Wasilj Gołowanow –

rosyjski pisarz, eseista i podróżnik. Autor dwóch głośnych trawelogów (tak nazywał książki-drogi): wydanej przez Wydawnicwo Literackie w 2016 roku Wyspy, czyli usprawiedliwienia bezsensownych podróży oraz Kaspijskiej knigi, dotychczas nietłumaczonej na język polski. Zbliżył nas Kenneth White, którego „geopoetykę” Gołowanow przeflancował na grunt rosyjski, zakładając z pisarzami Andriejem Bałdinem i Dimą Zamiatinem na początku XXI wieku w Moskwie grupę literacko-badawczą „Putiewoj żurnał”. Była to ich odpowiedź na rozpad Sowieckiego Sojuza i wyłonienie się nowej Federacji Rosyjskiej, postanowili powtórzyć opisanie nowopowstałego rosyjskiego terytorium tak, jak swojego czasu zrobili to uczeni zainspirowani powiększeniem Imperium przez Piotra I. Najbardziej spektakularną wyprawą grupy była podróż do mitycznego Czewengura z powieści Andrieja Płatonowa. W swoich ekspedycjach używali aparatu pojęciowego szkockiego filozofa drogi Kennetha White’a, przeciwstawiając non-fiction modnemu wówczas postmodernizmowi Pielewina czy Sorokina. Potem każdy z twórców „Putiewogo żurnała” poszedł swoją drogą, a tropa Gołowanowa nieraz zahaczała o nasz dom nad Oniego. Wasia przyjeżdżał do nas co roku, albo sam, albo z Olgą. Jeden ze swoich pobytów w Kondzie Biereżnej utrwalił w reportażuhttp://www.medved-magazine.ru/articles/article_18.html [7], opublikowanym w glamurnym żurnale dla mężczyzn „Miedwied’”, na łamach którego Wasilij miał stałą rubrykę. Przyjeżdżał do nas, jak mawiał, bo chciał się zanurzyć w „żywej wodzie” Jeziora Onieżskiego, aby zmyć z siebie brudny moskiewski namuł. Wasia odszedł na tamten brzeg wieczorem 12 kwietnia 2021 roku po długiej i pełnej cierpienia chorobie.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mariusz Wilk, Listy z Procidy (13): Gołowan, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 128

Przypisy

    Powiązane artykuły