13.01.2022

Nowy Napis Co Tydzień #134 / „Nie boi się pan?”

Przez kilka dni, które pozostały do rozpoczęcia obrad Komisji KrajowejPosiedzenie przywódców „Solidarności” 11–12 grudnia 1981 w Gdańsku.[1], zbieraliśmy opinie załóg. Opracowałem krótką ankietę sondażową i rozesłaliśmy ją po komisjach zakładowych. Wynik? Większość, choć nie stuprocentowa, ale zdecydowana, była za strajkiem generalnym. Z tym rezultatem, który był dla mnie zarazem zobowiązaniem, pojechaliśmy z Frankiem SzelwickimFranciszek Szelwicki – od 1958 do 1992 roku pracował jako mechanik w różnych zakładach przemysłowych, od września 1980 roku w „Solidarności”, członek Zarządu Regionu Opole. Internowany w stanie wojennym. Poseł na sejm z ramienia AWS w latach 1997–2001. Zmarł w 2018 roku.[2] do Gdańska, do stoczni.

Chyba już wtedy nikt nie miał wątpliwości, że zbliża się rozstrzygnięcie. Ciągle jednak, jak nam się wydawało, miał je stanowić stan wyjątkowy, który powinien być wprowadzony uchwałą sejmową. Może więc czasu jest niewiele, ale trochę jeszcze go mamy. Do czego? Do tego, żeby się przygotować do strajku generalnego, bo stosowną uchwałę w tej sprawie przyjęliśmy.

Tymczasem pojawiły się sygnały, że „coś” się dzieje. Na przykład, że ruszyli się milicjanci ze szkoły w Szczytnie. Ktoś przekazał wiadomość o dziwnych ruchach wojsk. Miałem nocleg w Gdańsku zapewniony z dwunastego na trzynastego, ale postanowiliśmy z Frankiem nie czekać do rana i pojechać późnym nocnym pociągiem zaraz po zakończeniu obrad. Na dworcu zjawiliśmy się około dwunastej. Okazało się, że na podobny pomysł wpadła grupa wrocławska z Władkiem Frasyniukiem i razem udaliśmy się do Wrocławia.

Była chyba trzecia, czwarta rano, kiedy podszedł do mnie na korytarzu, gdzie paliłem papierosa, jakiś pasażer i zapytał, czy nie boję się tak chodzić teraz ze znaczkiem „Solidarności” wpiętym w klapę marynarki. Jak to, czy się nie boję?! No tak, bo przecież ogłoszono stan wojenny.

*

Trzynastego grudnia roku pamiętnego wykluła się wrona z jaja czerwonego…” (wrona od skrótu WRON, czyli Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, którą w tym dniu powołano). Tak później śpiewaliśmy. Wtedy, w pociągu jeszcze nie. Od konduktorów Władek dowiedział się szczegółów. Ze zgrozą przyjęliśmy informacje o tym, że w Gdańsku wszystkich kolegów, którzy zostali na noc w hotelu, internowano (co znaczy to słowo – mieliśmy także zrozumieć dopiero później). Co robimy? Jeszcze nie wiemy, ale jedno jest pewne: do domów wracać nie można, zamkną nas od razu, pewnie i tak już wszystko jest obstawione, więc nawet tam nie dotrzemy. Władek obawiał się, że nawet główny dworzec wrocławski może być obstawiony, więc udało mu się namówić kolejarzy, żeby zatrzymali pociąg wcześniej. Dzięki temu cała grupa mogła wysiąść na „awaryjnym” przystanku. Ja postanowiłem jechać dalej, bo przecież we Wrocławiu mnie nie znają. Ale czy jechać dalej do Opola? Wsiadłem jednak do pociągu, sądząc, że uda mi się powtórzyć to, co udało się Frasyniukowi. Nie udało mi się i wylądowałem na opolskim dworcu. I co teraz? Wysiadam ostrożnie, przyklejając się do największej grupy podróżnych, rozglądając się naokoło, i nagle dostrzegam kłęby pary z rury wydechowej opla. W Opolu miała go tylko jedna osoba – Bronek Lewczak, grafik, dekorator, współpracownik naszych gazetek związkowych. No to ja hop do środka i gazu. Poprosiłem go jeszcze, żeby przejechał w pobliżu naszego biura na Reymonta. Okazało się, że jest kompletnie obstawione pojazdami wojskowymi. No tak, wojna.

Dokąd pojechać? Jedno jest oczywiste – nie do mieszkania któregoś z działaczy „Solidarności”. Wybieram więc mieszkanie koleżanki z pracy Basi Grodeckiej (później Klusik) i tam szczęśliwie dojeżdżamy. Tam również pierwsze nielegalne już, bo „Solidarność” dekretem o stanie wojennym została zawieszona, spotkanie w gronie kilku działaczy. Najwięcej informacji miał Jan CałkaJan Całka (1941–2016) – w latach 1961–1965 student filologii polskiej w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu, relegowany z przyczyn politycznych. W latach 1972–1981 był etatowym pracownikiem Stowarzyszenia „Pax”. W „Solidarności” od 1980 roku, od maja 1981 roku członek Zarządu Regionu Śląsk Opolski. W stanie wojennym w konspiracji solidarnościowej, aresztowany w kwietniu 1982 roku i skazany na rok pozbawienia wolności. W latach 1983–1989 wydawał pismo „Solidarność Opolska”. W strukturach związkowych działał aktywnie do 1992 roku. Od 1992 roku pracował w Urzędzie Miejskim w Opolu. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności (2012). [3].

Jeszcze wtedy, w niedzielę, w całej grozie stanu wojennego, w ludzkim prze[1]rażeniu, wydawało mi się, że strajk generalny, do którego przecież nawzajem się zobowiązaliśmy, dojdzie do skutku. Może nie wszędzie, ale przynajmniej w zakładach o największych skupiskach robotniczych. Złudzenia prysły w poniedziałek rano. Po nieprzespanej nocy, w czasie której pisałem pierwszą odezwę do członków „Solidarności”, udałem się bardzo wcześnie na przystanek autobusowy. Zimno było piekielnie (komunistom zawsze pogoda sprzyjała, także w czasie pochodów pierwszomajowych, podczas których zazwyczaj świeciło słońce). Próbowałem rozmawiać z tymi, którzy udawali się do pracy. Strajk? Panie, jaki tam strajk, żeby nas zamknęli, słyszał pan, wszystkich internowali? Chcemy żyć. Następny przystanek i następna rozmowa. Podobne odpowiedzi. I jeszcze raz, i jeszcze raz to samo. Gdzież ten niedawny jeszcze zapał bojowy? Zniknął zupełnie. Pojawiły się przygnębienie, strach, apatia. I tak, o czym się przekonałem ostatecznie po południu, docierało do mnie powoli, że na Opolszczyźnie generalnego strajku nie ma i nie będzie. I po cóż miałbym próbować dostać się do jakiegoś zakładu pracy? Żeby być Don Kichotem? Zawracać kijem Wisłę? Wprowadzać dodatkowy niepokój sumienia z niedotrzymania tego, do czego się przecież zobowiązano? I tak w końcu – tak od razu dać się zamknąć?

No nie. Tu odpowiedź była oczywista. Pozostawało jednak jedno fundamentalne pytanie: Jak mogliśmy się tak mylić w ocenie ludzkich postaw i na[1]strojów, w tym ja – socjolog przecież? Na pewno zabrakło wyobraźni. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co mogą odczuwać ludzie, kiedy na ulicy, przed domami pojawią się czołgi i wozy pancerne, a dookoła, nawet w pracy, nawet w telewizji – wojsko. Zaś do mieszkań dobijać się będzie milicja i służba bezpieczeństwa razem z ZOMO. To jedno wyjaśnienie. Drugie poważniejsze i bardziej przykre. Chyba i u nas nastąpiło coś, co tak bardzo krytykowaliśmy w odniesieniu do partii – „oderwaliśmy się od mas”. Niesieni politycznymi nastrojami liderów przestaliśmy się oglądać i sprawdzać, czy tamci naprawdę za nami podążają. Teoretycznie niby tak, bo uchwały były przyjmowane, ale działo się to często bezwiednie, bez[1]refleksyjnie. Nie potrafiliśmy tego dostrzec. I jeszcze jedna kwestia. Wtedy odwaga była w mniejszej cenie niż kiedyś. W gruncie rzeczy społeczeństwo nie chciało uwierzyć, że władze zdecydują się na ostateczny krok, zatem mogło sobie pozwolić na pewną psychologiczną brawurowość. U nas na Opolszczyźnie w grę wchodził jeszcze dodatkowy czynnik: wielkie skupiska robotnicze to w główniej mierze rodzima ludność śląska, która nie kwapiła się do otwartego buntu. Zawsze bardziej rozważna, z dystansem. Ten ostatni czynnik nie był jednak najistotniejszy, bo w całym kraju do strajku doszło w niewielu miejscach.

Jeszcze w nocy w pociągu liczyłem na to, że centrum strajkowym mogą być Zakłady Koksownicze w Zdzieszowicach. Tam bowiem jeszcze przed moim wyjazdem do Gdańska trwał tak zwany strajk czynny. Polegał na tym, że załoga, co prawda, pracowała, ale transporty koksu nie szły do wskazanych przez władze miejsc, w tym przede wszystkim do Huty Katowice, ale tam, gdzie były najbardziej potrzebne, do ogrzewania mieszkań, dla ludności. Był to jedyny taki strajk w Polsce. Jednakże władze, przygotowując się już do stanu wojennego, poszły na ustępstwa i strajk został zakończony 12 grudnia (o czym dowiedziałem się później). Drugi raz nie sposób było poderwać zmęczonej załogi.

W swoim przemówieniu, wygłoszonym 13 grudnia, generał Jaruzelski, uzasadniając wprowadzenie stanu wojennego, powiedział, że chodzi o uniknięcie wojny domowej, bo „ekstrema” „Solidarności”, ludzie tacy jak Adam Michnik i Jacek Kuroń chcieli obalić władzę ludową siłą. Początkiem przewrotu miał być zaplanowany na 16 grudnia wiec. Dlatego nie można było do tego dopuścić.

Jednak niemal równolegle pojawiła się teoria „mniejszego zła”, później coraz bardziej popularna. Większym złem miała być interwencja „bratniej” radzieckiej armii. Przypominało to tłumaczenie człowieka, który wali kolegę na odlew w twarz i mówi, że lepiej (i mniej boli), kiedy robi to on niż chuligan z ulicy. Może istotnie innych bolało to mniej – mnie bar[1]dziej. Redaktor Suszycki (pseudonim Marka Łatyńskiego) komentując przemówienie Jaruzelskiego w Radiu Wolna Europa, komplementował go za ładną polszczyznę. Czy słychać ją było przy tym waleniu w twarz…?

W moim domu milicja z wojskiem zjawiła się 13 grudnia wcześnie rano. Zbudzili żonę i zapytali o mnie. Grzecznie poinformowali, że jest stan wojenny i że ma sobie włączyć telewizor. Nie weszli nawet do mieszkania i kiedy żona powiedziała, że mnie nie ma, bo wyjechałem do Gdańska – odeszli sprzed drzwi (w czasie późniejszych wizyt i rewizji już tacy grzeczni nie byli). Dom jednak był cały czas obstawiony.

Kilka dni później rozpuścili plotkę, że mnie złapali. Żona doskonale wie[1]działa, że to nieprawda. No, ale jak mówią, że złapali… Ubrana na czarno, ze znaczkiem „Solidarności” wpiętym w płaszcz, powędrowała na komendę. Z paczką żywnościową. Po kilku dniach paczkę jej zwrócili z kwaśną miną i z komentarzem, że to pomyłka, chodziło o kogoś innego. Jej dzielność była imponująca. Na przykład w styczniu wyjechała do Krakowa, bo dotarła do niej wiadomość, że jest tam do odebrania mała drukarenka. Do Opola przyjechała późno w nocy z wielką torbą, w której znajdował się ten chyba najbardziej zakazany przez władzę „obiekt” plus plik matryc i papieru. Jest godzina policyjna. A ona maszeruje pieszo do domu. Zatrzymuje ją wojskowy patrol, legitymują. „O, żona byłego przewodniczącego »Solidarności«” – dziwią się, zaskoczeni. „Nie, nie byłego, ale aktualnego” – odpowiada i prosi o podwiezienie. I podwożą.

Przez te pierwsze dni krążę od mieszkania do mieszkania. Najpierw kwa[1]tery wyszukiwał Jan Całka, a w przeprowadzkach kilkakrotnie pomagał Kazimierz Kobiałko, jego przyjaciel, później organizator Komitetów ObywatelskichRuch społeczno-polityczny powołany przez Komitet Obywatelski „Solidarność”. Miał za zadanie przeprowadzić kampanię wyborczą kandydatów „Solidarności” w wyborach parlamentarnych zapowiedzianych na 4 czerwca 1989 roku. [4] na Opolszczyźnie. Tragedię w kopalni Wujek śledzę prze[1]rażony w mieszkaniu na Obrońców Stalingradu. Że tak blisko, tego się nie obawiałem – najciemniej przecież pod latarnią. Przejście do tego mieszkania było jednak straszne. Przez wiadukt przejeżdżały czołgi, transportery wojskowe, wszędzie ciemno, jedynie światła radiowozów i pojazdów wojskowych. Żeby tam dojść, musieliśmy przejść chyłkiem pod wiaduktem, przez tory kolejowe.

Później „kwatermistrzami” na kilkanaście dni zostali Stanisław Oleksy wespół z Henrykiem Rzepeckim i Kazimierzem Dudą. Oni zorganizowali mi skromną wigilię w opuszczonym na okres świąt mieszkaniu na ZWM-ie. Tam mogłem się po raz pierwszy od rozpoczęcia wojny spotkać się z żoną. Zaledwie na pół godziny. Tyle tylko, a może aż tyle, że zdążyliśmy się po[1]dzielić opłatkiem i zapewnić nawzajem, że wytrzymamy. Ile? Pierwsze wyroki na działaczy „Solidarności”, zwłaszcza wydawane przez Wojskowy Sąd Marynarki Wojennej, były bardzo wysokie, wręcz drakońskie – sześć lat więzienia. Może dostanę trzy, wytrzymasz tyle? Na pewno by wytrzymała, chyba bardziej jednak powinienem się o to zapytać samego siebie.

Głód informacji. W tym czasie głód najbardziej dotkliwy. Przede wszystkim, co się dzieje z internowanymi. Gdzie ich wysłano, jak ich traktują, czy są bici… Docierają informacje bardzo szczątkowe. Najgorzej, że internowano nawet kobiety. Od nas nawet „zwykłe” urzędniczki z biura Lucynę Żuraw i Ankę Drążek, które „deportowano” najdalej na wschód, tuż nad granicę, do Gołdapi. Innych najpierw do więzienia, a potem gdzie popadnie. Czy można im jakoś pomóc? Ich rodzinom?

Wręcz heroicznych wysiłków dokonywał tu Jan Całka. Krążył między rodzi[1]nami, kurią biskupią i będącymi na wolności działaczami. Roznosił paczki, zebrane przez siebie pieniądze, kartki żywnościowe i te najcenniejsze – na papierosy, bo palili wtedy niemal wszyscy. Dzielił się informacjami, które skrzętnie zbierał. Był wyczekiwanym dobrym duchem.

Myśl o strajku generalnym trzeba było definitywnie odłożyć ad acta, ale przecież nie o „Solidarności”. Zawieszona, nielegalna, deptana wojskowymi i milicyjnymi butami istnieje, „nie zginęła”. Jak to pokazać, nie tylko władzy, ale przede wszystkim zszokowanym, rozbitym psychicznie członkom związku? No, przede wszystkim nie dać się złapać. Niech ludzie wiedzą, że komunistom mimo ogromnych starań się to nie udało, że przewodniczący ciągle jest sprytniejszy od nich. Przewodniczący, czyli w jakimś sensie symbol związku. Prosiłem o jak najszersze rozpowszechnianie tej informacji, sam też kilkakrotnie pokazałem się w sprawdzonych uprzednio miejscach, żeby ludzie zobaczyli, że istotnie mnie nie złapali. To jednak, choć ważne, zaledwie minimum. Zależało mi na tym, żeby odżył fundament „Solidarności” – komisje zakładowe. Na początku zatem zlecaliśmy im zbieranie składek na rzecz rodzin internowanych i innych poszkodowanych przez stan wojenny.

Nie mieliśmy w naszym regionie tak zwanej rezerwy, czyli duplikatu działaczy na wypadek… no właśnie, na taki wypadek jak stan wojenny, toteż struktury trzeba było próbować tworzyć niemal od nowa. Dokonany przeze mnie po[1]śpiesznie „przegląd kadrowy” wypadł smętnie. Nigdy zresztą z tym nie było dobrze. Przed stanem wojennym nie byliśmy nawet w stanie zapełnić etatów przewidzianych przez program zatwierdzony przez Krajowy Zjazd Delegatów. Teraz po internowaniu tylu cenionych działaczy i wycofaniu się wielu innych, zupełna katastrofa. I jeszcze te wysokie wyroki sądów wojskowych. Czy mam prawo narażać ludzi na więzienie? Na cierpienie rodzin? Po[1]wiedzmy, że można się było usprawiedliwiać tym, iż zostaliśmy wybrani na dobre i na złe, a nawet tym, że formalnie ciągle jeszcze trwa nasza kadencja, bo wybierani byliśmy na dwa lata, ale decyzja o gotowości kandydowania do władz legalnego przecież wtedy związku nie była opatrzona klauzulą o zgodzie na więzienną odsiadkę. I nikt nie mógł wymagać od działaczy, aby na takie ryzyko poszli.

Walczyłem z sumieniem – moim własnym. Nie trwało to jednak długo, bo tu i ówdzie pojawiały się głosy, że dość mamy bezczynności, chcemy coś robić. Toteż zaczęliśmy montować organizację z tych, co pozostali, z resztek grup i osób, których nie internowano i nie aresztowano. Było oczywiste, że w ten sposób ułatwiamy pracę milicji i esbekom, ale miało ten pozytywny walor, iż tworzyło wśród ludzi wrażenie kontynuacji naszej działalności. Nie ulegliśmy. Nie złamano nas. W owym czasie miało to ogromne znaczenie psychiczne i moralne.

W tym początkowym okresie nie było żadnych regularnych kontaktów z zakładami pracy spoza Opola. Nie dawało mi to spokoju. Więc postanowiłem pojechać w teren. Ryzyko wyprawy było duże, zwłaszcza że zarówno wtedy, jak i później sam jeździłem pociągiem, autobusem, bez żadnego wyposażenia konspiracyjnego. Czułem siódmym zmysłem, że to jeszcze za wcześnie na złapanie mnie. Milicja, żeby usprawiedliwić swoją nieudolność w poszukiwaniach, to że ciągle jestem na wolności, na użytek własny też taką ideologię stworzyła – nie, nie chcą mnie jeszcze aresztować, czekają, aż coś zorganizuję i dopiero wtedy… Kompletna bzdura.

Na początek Prudnik. Jechałem w ciemno, bez gwarancji, że uda mi się z kimkolwiek nawiązać kontakt. Kilka godzin spacerowałem na próżno samotnie na mrozie, licząc na to, że może natknę się na kogoś. Dopiero w kawiarni, do której wpadłem, żeby napić się ciepłej herbaty, przy stoliku mignęły mi dwie znajome twarze – bracia Jocherowie. Teraz już tego samego wieczora mogłem rozmawiać ze wszystkimi, z którymi rozmawiać chciałem. I ja, i oni szalenie spragnieni informacji. Wśród elementów dramatycznych nie brakło też wręcz humorystycznych. Ktoś z pracowników prudnickiego FROTEX-u wkładał do bel ręczników eksportowanych do ZSRR ulotki związkowe. Kiedy kontrola techniczna wykryła ten numer, trzeba było całą partię wycofać z eksportu, bo nie sposób było tych bel w całości odwinąć i przepakować.

Następny wyjazd – Kluczbork. I tu nie zabrakło elementów humorystycznych. Jakiś dowcipniś zawiesił na ratuszu miasta (jak on tam wlazł?) flagę „Solidarności”. Podobno przez dłuższy czas na rynku trwało bezpłatne widowisko, którego główni aktorzy – straż pożarna – jakby czując doniosłość swej roli, wcale się nie kwapili do zdjęcia flagi z oblodzonego masztu. Takie na pozór drobne i nieważne akcje, często rzeczywiście zabawne, były wtedy bardzo potrzebne. Doprowadzały milicję do białej gorączki, a ludzi wyprowadzały z nastroju przygnębienia.

 

Tekst jest fragmentem książki Stanisława Jałowieckiego Tu i tam – tam i tu (Opole-Bielice 2020).

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Stanisław Jałowiecki, „Nie boi się pan?”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 134

Przypisy

    Powiązane artykuły