12.09.2019

Nowy Napis Co Tydzień #014 / Gra na jedną strunę, czyli „Mnich” Tadeusza Bartosia

Istnieje pewna wschodnia przypowieść o mnichu, który całymi dniami siedział przy drodze i wygrywał na cytrze tylko jeden dźwięk, nigdy nie zmieniając go na inny. Przechodzący tamtędy ludzie dziwili się, niezmiennie słysząc dniem i nocą jedną jedyną nutę. Pewnego razu do mnicha podszedł młody człowiek i zapytał, dlaczego ten trąca w kółko tę samą strunę. W przyrodzie jest przecież mnóstwo innych, równie pięknych dźwięków, które wyrażają zachwyt, smutek, tęsknotę czy radość. Mnich zgodził się z młodzieńcem, lecz po chwili dodał, że „tylko ten jeden dźwięk jest tym właściwym”.

Powyższa przypowieść doskonale podsumowuje Mnicha, pierwszą i być może jedyną powieść Tadeusza Bartosia. Utwór ten cierpi niestety na szereg mankamentów, a jej pierwszym poważnym problemem jest sama tematyka. Nie zamierzam, oczywiście, wytykać autorowi jego głośnego w swoim czasie „zrzucenia habitu”. Nie twierdzę też, że w ramach uprawiania literatury istnieją tematy „dobre” i „złe”, „lepsze” czy „gorsze”. W ogóle sympatie czy antypatie, jak również oceny moralne osobistych wyborów autora odkładam w tym momencie na bok, starając się raczej dokonać rozpoznania wartości konkretnej powieści jako przejawu prozy artystycznej.

Z drugiej jednak strony trudno całkowicie oddzielić to, czym w istocie jest Mnich od biograficznego kontekstu autora. Toteż czytelnika szybko zaczyna nużyć monotematyczność Bartosia, który od lat udziela się medialnie jako krytyk określonych struktur oraz tradycji katolickich. Biorąc do ręki Mnicha, zrazu można się domyślić wszystkiego, co ta powieść ma do zaoferowania czytelnikowi, a domysły te okazują się szybko adekwatne w stosunku do rzeczywistości. Autor nie zaskakuje. Dostajemy dokładnie to, czego oczekiwaliśmy jeszcze przed otworzeniem książki: opowieść o „zrzucaniu habitu”, autoanalizę człowieka wmanewrowanego w „nie-swoją” historię, a raczej – jak mówi podtytuł – w „życie, którego nie było”. Mamy to wszystko, lecz niestety niewiele więcej. Problemy, z jakimi zmaga się człowiek, który wpierw zostaje osobą duchowną, a następnie powraca do swojego „zwyczajnego” stanu, próbuje się w nim odnaleźć, zdążyć na „ostatni pociąg” – to potencjalnie całkiem sporo. Ale w przypadku Mnicha aż do końca nie potrafiłem wyzbyć się wrażenia, że o tym wszystkim już słyszeliśmy wielokrotnie i na różne sposoby, a więc potrzeba czegoś więcej. Jest to po prostu beletrystyczny wariant tego wszystkiego, o czym Bartoś mówi od lat w swojej publicystyce.

Kolejnym problemem jest nieumiejętność dokonania przekonującego opisu wewnętrznej przemiany protagonisty. Można odnieść wrażenie, że Mnich funkcjonuje nieco analogicznie do tak zwanej „powieści tendencyjnej”. Czytelnik po prostu zdaje sobie sprawę, do którego punktu będzie prowadzić cała opowieść, aż wreszcie przekonuje się, że faktycznie po kilkudziesięciu stronach dociera do tego punktu. W Mnichu, jak sądzę, momentem kulminacyjnym jest odkrycie przez Jana, noszącego zakonne imię Benedykta, że „prawda jest […] niczym innym jak kłamstwem nigdy nie zdemaskowanym”T. Bartoś, Mnich. Historia życia, którego nie było, Warszawa 2019, s. 139.[1]. Ten moment zanegowania wartości szczególnie wyznawanej przez chrześcijaństwo (znajduje się tu również prowokacyjne stwierdzenie, iż „Niepokalana także należała do szajki oszustów”), a nie samo „zrzucenie habitu”, uznaję za najbardziej znaczący. Zacytowane słowa pochodzą z samego środka powieści. Niestety, ani pierwsza, ani druga jej połowa zasadniczo nie zmieniają tonacji. Kiedy Jan wstępuje do klasztoru, to już wówczas nad jego głową wiszą czarne chmury. Już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że wiara „nie sięga dalej, nie przemienia świata”Tamże, s. 17.[2]. Klimat tego wyznania utrzymuje się aż do końca, kiedy to twarz bohatera stała się wreszcie „pozbawioną wyrazu maską”Tamże, s. 18.[3]. My, jako czytelnicy, nie przebywamy za protagonistą żadnej drogi, raczej stoimy w miejscu. Dzieje się tak dlatego, że sam bohater nie dochodzi do niczego stopniowo. Wszystko, co go dotyczy, skwapliwie relacjonuje autor, który już przeszedł na „drugi brzeg” i z tego „drugiego brzegu” dokonuje wartościujących ocen.

I wreszcie trzeci problem, na który cierpi Mnich: wizja Kościoła katolickiego, a zwłaszcza codziennego życia w zgromadzeniu zakonnym, jaką konstruuje Bartoś, naznaczona została jednoznacznie i jednowymiarowo negatywną perspektywą. Nieustannie mowa jest tutaj o nudzie, powtarzalności rytuałów, alienacji, niezgodności tego, co „wewnętrzne”, z tym, co „zewnętrzne”, czyli manifestacyjnie religijne. Autor ma oczywiście pełne prawo do własnych spostrzeżeń i osądów. Ale potrzeba do tego więcej finezji oraz otwartości. Tymczasem przekaz powieści wydaje się aż nazbyt jednoznaczny: Kościół to monolit, zimna, ciężka bryła, golem, pozbawiony życia posąg. Rządzi nim zasada unifikacji, która skutecznie niszczy w człowieku wszelkie przejawy indywidualności i kreatywności. Wizja duchowości katolickiej bezwzględnie pozostaje związana z „teatrem iluzji”, okłamywaniem zarówno samego siebie, jak i wszystkich innych. Mnich może jedynie „performować” samego siebie, realizując ukryte ambicje oraz wpadając w rolę duchownego przepełnionego „poczuciem wyższości” wobec „zagubionych owieczek”Zob. Tamże, s. 116.[4], nigdy jednak nie zbliżając się do prawdy o sobie. To istotnie „życie, którego nie było”: życie prowadzone w radykalnej niezgodzie z sobą samym, życie prowadzone pod dyktando wspólnoty i instytucji, i wreszcie (a może przede wszystkim) – życie nie w pełni zrealizowane:

Siła przywiązania do złudzenia, widzenie tego, czego nie ma, niewidzenie tego, co jest, wypływają nie z pasji poznawczej, ale z własnych egzystencjalnych motywacji. Widzimy to, co chcemy widzieć. Chcemy widzieć to, co nie burzy naszego status quo […]. Zakłamanie sięgające samej podstawy widzenia rzeczy i przez to uwolnione od poczucia fałszu […]. Zasypiał Benedykt, z powrotem stający się Janem, z tymi myślami, zapominając na kilka godzin o wszystkim, co dręczyło jego duszę […]. Mnich doświadcza jedynej w swoim rodzaju rozkoszy uwolnienia od obciążenia sobą samym, od dylematu wyboru, trudu decyzji […]. Wymazanie jednostki aż do rozkładu biologicznych funkcji organizmuTamże, s. 115–119.[5].

Tego rodzaju wyznania, powtarzane raz za razem niczym chrzęst buddyjskiego młynka do medytacji, pozbawione odpowiedniego i wiarygodnego niuansowania czy choćby najmniejszej zmiany tonacji, przypominały mi o mnichu, który dniem i nocą trącał tylko jedną strunę w przekonaniu, że tym sposobem uwalnia „ten właściwy dźwięk”. W pewnym momencie starałem się podejść do Mnicha jako do – zapisanego w formie powieści – wołania o zrozumienie innej perspektywy. Innej w znaczeniu – nie tej zaangażowanej w katolicyzm czy zanurzonej w kościelnych rytuałach i tradycji, lecz takiej, która wynika z odkrycia przez autora swojej własnej, zupełnie indywidualnej drogi. Zamierzenie to okazało się jednak trudne w realizacji, a to z uwagi na fakt, iż obraz katolicyzmu, jaki odmalował przed czytelnikiem Bartoś, składa się tylko z dwóch barw, czarnej i szarej, rażąc przy tym jednowymiarowością, brakiem perspektywy i głębi, niedoborem detali oraz bardziej złożonych obserwacji natury ludzkiej. Z czasem przestałem zastanawiać się nad „grzechem pierworodnym” rzeczywistości klasztornej, a zacząłem postrzegać bohatera jako osobę nie tylko wewnętrznie skonfliktowaną, lecz także odznaczającą się pewnym „nieuporządkowaniem” w stosunku do świata, jakiego stał się częścią. Sądzę jednak, że nie o taki odbiór Mnicha chodziło samemu autorowi.

Tak czy inaczej, czytając tę powieść, niestety nie wnikniemy zbyt głęboko w istotę katolicyzmu, w jego blaski i cienie (a co za tym indzie, w rzeczywisty problem, jaki napotkał Jan, kiedy przywdział habit i zmienił imię). Raczej ślizgamy się po powierzchni niezmiennie i niezmiernie negatywnych wrażeń protagonisty. Impresje to za mało. A przecież powieść o rolach społecznych w Kościele, jak również o pysze jako szczególnej pokusie osób duchowych mogła się udać.

Należy przy tym zauważyć, że niewątpliwą zaletą powieści Bartosia jest sam styl, w jakim autor dokonuje kolejnych rozrachunków z sobą samym. Chodzi oczywiście o estetykę słowa czy też o artystyczną formę tego, co czytamy. Kiedy odkładałem Mnicha na stolik, na którym leżały przeglądane niedawno książki, przypadkowo położyłem go obok Zakonnicy Denisa Diderota. Szczęśliwie powieść Bartosia nie jest paszkwilem ani infernalną fantazją na temat sadystycznych katolików, tak jak dzieło francuskiego myśliciela. Mnich celuje znacznie wyżej, często uderza w liryczne tony, stara się o głębię wypowiedzi. Trzeba to przyznać: Bartoś potrafi umiejętnie wykreować atmosferę intymnego wyznania, do bólu szczerej rozmowy przy szklance whisky, zmierzającej w stronę nowoczesnego solilokwium albo konfrontacji z samym sobą. Dlatego spod jego pióra wyszła poniekąd powieść filozoficzna, a poniekąd literacka psychoanaliza. Mnich to – patrząc z tej perspektywy – sprawnie napisane studium przypadku, które rzeczywiście potrafi zadowolić osoby wrażliwe na piękno frazy. Zaletą jest również opowiadanie o Janie w formie migawek, urywków, przebłysków pamięci, nieco analogicznie do tego, w jaki sposób – nawiązując tym razem do sfery kinematografii – dzieje dwojga bohaterów przedstawił niedawno Paweł Pawlikowski, reżyser Zimnej wojny. Bartoś doskonale odnajduje się w takim stylu narracji. Czy jednak Mnich okaże się jedyną powieścią polskiego filozofa? To pytanie, dotyczące przede wszystkim wspomnianej monotematyczności autora, musi na razie pozostać bez odpowiedzi.

Tadeusz Bartoś, Mnich. Historia życia, którego nie było, Warszawa 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Michał Gołębiowski, Gra na jedną strunę, czyli „Mnich” Tadeusza Bartosia, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 14

Przypisy