19.09.2019

Nowy Napis Co Tydzień #015 / Poetyckie debiuty dekady #2

Zdarza się, że poeta debiutuje w imieniu pokolenia. Czasem jest to świadome działanie, czasem nieplanowany efekt. Zdarza się też, że swoim debiutem poeta coś domyka, wyrysowuje nieoczekiwanie granicę o różnej wyrazistości, która może zaskoczyć jego samego. Zdaje się, że taka nieostra granica przebiega między debiutami Radosława Jurczaka i Tomasza Bąka.

Rocznikowo dzielą ich cztery lata (odpowiednio: 1995 i 1991), cztery lata dzielą też ich debiuty – obaj swoje pierwsze książki wydali w roku swoich 20. urodzin. Ta różnica sprawia, że Bąk dzisiaj to już autor trzech tomów, Jurczak nad swoim drugim tomem dopiero pracuje. Obie debiutanckie książki jednak w momencie publikacji ogłaszały to samo: pojawił się poeta, który od tej chwili staje się częścią historii literatury polskiej, który przekształca ją na stałe. Bąk za tom Kanada otrzymał nagrodę w konkursie im. Klemensa Janickiego, Jurczak wygrał Pamięcią zewnętrzną konkurs im. Jacka Bierezina, obaj zostali nagrodzeni Silesiusem za najlepszy debiut poetycki roku.

Różnica czterech lat to pozornie niedużo, ale tym razem, gdzieś w połowie tego okresu, miała zostać zrealizowana obietnica, którą od czasów transformacji słyszeli wszyscy uczniowie szkół średnich, dojrzewająca młodzież: obietnica przyszłości, obietnica prostej transakcji – pójdziesz na studia, przyszłość jest twoja. Nie ulega wątpliwości, że były modyfikacje, do studiów dochodziły darmowe staże, ale jednak mimo wszystko coś tam majaczyło. Aż w końcu przestało. Stosunek do owej obietnicy i owego rozczarowania u Bąka oraz Jurczaka ujawnia zasadnicze podobieństwo ich głosów, ale jednocześnie najważniejsze między nimi różnice; w wierszach Bąka pokoleniowe rozczarowanie i rozgoryczenie są czymś, do czego się dochodzi – w utworach Jurczaka są pewne już w punkcie wyjścia.

***

Z dzisiejszej perspektywy wydana w 2001 roku Kanada wydaje się odległą, wymyśloną krainą. Bąka znamy dziś jako autora porywającego, wściekłego [beep] Generation z 2016 roku, tomu-manifestu niezgody na neoliberalizm, na ujmowanie go w głęboko religijny sposób. Wydany w roku 2018 tom Utylizacja. Pęta miast to jeszcze uważniejsza, jeszcze bardziej krytyczna i antykapitalistycznie nastawiona analiza społeczno-ekonomicznej rzeczywistości – w tym – tak! – wpływów kapitalizmu na zdrowie psychiczne. Tymczasem dominującym tropem w Kanadzie była lekkość i poczucie sprawczości. Owszem, dużo tu sarkazmu, owszem, Polska jawi się jako głęboko smutna kraina; ale smutek i absurd nie do końca przytłacza, pojawia się możliwość czy obietnica wyjścia poza wspomniane doznania. Wyraźnie widać to w tytułowym wierszu tomu:

Kanada

Wyobraź sobie kolejne warstwy cieknącego lodowca, śnieg
w październiku, grudniu, styczniu, lutym i marcu

 

– martwy naskórek, a pod nim zwierzęta wypchane białą śmiercią.
Inuici mają ponad czterdzieści określeń na śnieg, a my

 

musimy wspierać się wyrazami powszechnie uznawanymi za obraźliwe.
Wyobraź sobie kieszonkowy słownik, a  w nim tegoroczną zimę, minę

 

przeciwpiechotną i kredyt konsolidacyjny, wszystko pod hasłem:
wrzód na tyłku o przedłużonym terminie ważności.

 

Potem kładziesz się w pościeli miękkiej jak papier toaletowy, śnisz
nowomowę i widzisz ludność cywilną zamiast pomyłki, trzydzieści ciał

 

w workach zamiast incydentu. Autor z miejsca podaje się do dymisji,
bo ileż można pisać o potopach i o tym, że spadł śnieg, tyle śniegu,

 

że nawet dzieci nie wiedzą co z nim zrobić. Wobec zimy zwykły chuj
wydrapany na szybie starego, źle zaparkowanego forda escorta

 

wydaje się być żartem w stylu angielskim. W butach i kurtkach,
nie w Polsce i zadumie. A teraz pomyśl, że też możesz być zwiastunem

 

– mieścić się w granicach, lecz myślami być już na zewnątrz.

U Bąka granica między refleksją o kondycji pokolenia a podejściem do polskości – czy Polski – w ogóle pozostaje płynna; w Kanadzie obie jawią się jako coś, na co zostaliśmy skazani (mieścimy się w granicach), ale co możemy, choćby myślą i tylko na moment, przekroczyć (być zwiastunem). To program umiarkowanego optymizmu. Sam autor w wywiadzie przeprowadzonym przez Roberta Rutkowskiego mówił tak: 

Cóż, to najbardziej kuriozalny love song, jaki w życiu popełniłem. «Kocham Cię, ale jestem straszliwym frajerem» wrzucone w sam środek cholernego zlodowacenia, przemarznięty świadek czołowego zderzenia z zaspą.

Wrażenie optymizmu wynika może trochę z samego tempa, w które wchodzi bohater wierszy – to narrator idący, niesiony rytmem i muzyką, zwłaszcza melodią miasta; lekkość wiersza jest tu niemal fizyczna:

How, how, how, how 

Jak lekki funk unosi się nad brukiem[1].

 

[1]Wiersz nie powinien zaczynać się w ten sposób, 
potrzebne jest tło: gęsta mgła, wściekłe psy, plac Kościuszki.
Delikatny chłód, pusty przekaz, świt.

 

Chodzę od domu do domu i nie włączam alarmów.
To była bardzo dobra decyzja – nie mogłem spać,
więc wyszedłem. Popatrzeć jak latarnie nie świecą.

 Zespolenie narratora z tą miejską (czy „miastową") lekkością i nośnością jest momentami niemal całkowite; staje się on wprost muzyką, ruchem czy częścią ruchu, wpasowany, włączony:

Jestem nu jazzem w szerokich butach, zupełnym kosmosem,
melotronem. Nie podobam się publiczności, więc spieprzam
z duszą na ramieniu, uosabiam soul, bis, ostatnie pożegnanie.

 W porównaniu z późniejszymi tomami Bąka Kanada jawi się więc jako książka jasna i lekka. Nie znaczy to, że w twórczości młodego poety doszło do jakiegoś dramatycznego zerwania; czytany w perspektywie [beep] Generation oraz Utylizacji. Pęt miast debiutancki zbiór wydaje się zapowiadać już coś z mroku kolejnych tomów – rzecz raczej jednak w przesunięciu akcentów niż w mocniejszym wyrazie. W końcu w owych mrocznych, dojrzałych tomach optymizm Kanady też nie jest zupełnie nieobecny – znajdujemy go po prostu gdzie indziej, niekoniecznie na pierwszym (albo nawet drugim) planie. Kanada jest zapisem procesu, dochodzeniem do pewnego nastawienia wobec rzeczywistości.W przywołanym już wywiadzie Bąk razem ze swoim rozmówcą deszyfrują znaczenie tytułu debiutanckiej książki. Podsuwają więc trop „kanady jako slangowego określenia miasta lub (zamożnego) osiedla, gdzie w śmietnikach i wokół nich da się znaleźć wszystko, co potrzebne do przeżycia”; „Kanadę” oświęcimską – miejsce składowania mienia odebranego ofiarom obozu oraz nieco bardziej mityczną Kanadę:

Jest trochę jak utopia witająca przyjezdnych chlebem, solą w oku i szokiem kulturowym, udawaną ziemią obiecaną – mityczną Kanadą, która w bliższym kontakcie okazuje się Kanadą pod Bełchatowem.

Dziś, niemal dekadę po wydaniu książki, Kanada wydaje się jeszcze bardziej dociążonym symbolicznie miejscem, zwłaszcza dla młodej lewicy: odległa kraina z miłym premierem w kolorowych skarpetkach, który poza światłem fleszów sprzedaje broń Arabii Saudyjskiej – ucieleśnienie hipokryzji współczesnego świata, przypomnienie jednoczesnej konieczności i nieosiągalności jakiegoś poza.

***

Rozczarowanie, które w liryce Bąka obserwujemy jako napięcie czy proces, w wierszach Jurczaka jest punktem wyjścia; jego poezja – zgromadzona dotąd zaledwie w jednej książce, debiutanckiej i nagradzanej Pamięci zewnętrznej – oparta jest na ciemnej, nielekkiej ironii i elegijnym tonie (większość wierszy w tomie to, technicznie i formalnie rzecz biorąc, elegie właśnie). Jurczak jest bodaj najbardziej znanym z młodopoetyckich autorów, świadomie odwołujących się do Miłosza – pisarza tradycyjnie mocno niepopularnego wśród poetów i poetek najmłodszych – ale zaczerpnięte od autora Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada rekwizyty, sceny i obrazy są tu jakby z założenia wypaczone, zmięte, zglitchowane. Podstawową figurą opisującą rzeczywistość staje się error albo bug, zaburzenie albo rozsunięcie. Tak jest choćby w kluczowym dla tomu wierszu SysRq (ta elegia jest o stanie wiedzy):

Na swoje dwudzieste urodziny

 

Internet dojrzał i zrywać go garściami
aż dłonie od soku (wczoraj cztery zamachy bombowe

 

w mieście w którym nie byłem) Ekran aż brudzi palce
od światła: oglądam zamachy w mieście w którym nie byłem

 

(w snach bywam pustym pokojem mam tysiąc otwartych drzwi
tysiąc malutkich lampek zupełnie jak serwer) aż palce

 

drętwieją od światła (a światło wpierdalałem rękami)
Polepszyłoby sprawę gdybym wdał się w obrazy

 

w opisy? Żeby zdradzić oko: słońcem kwietniem
siedziałem raz w parku oglądałem śmierć pszczoły

 

(a pytanie jest dla tych którzy chcieli detalu
i nie wzięli go za nic) Za rękę czy za nic

 

chodziłem nad ranem czy nocą w miejsca niepewne jak oko
w snach bywałem kamerą (co też zdradza oko) Widziałem najlepsze umysły

 

swojego pokolenia w hipsterskich kawiarniach (wyszedłem
bo zewnątrz było większe) Czasami pod Most Północny

 

gdzie zamarzł znajomy bezdomny i ocalić go w wierszu
było prostym odruchem (płat czołowy podwzgórze:

 

tam też mieszkałem) Lub dalej: znam od cholery mieszkań
wszystkie puste w środku a neon Marks&Spencer

 

myśli po łacinie albo w Unikodzie
(wraca się pustym tramwajem po drodze się uczy zasypiać:

 

w snach czasem bywam człowiekiem śni że jest pustym pokojem
ma czterdzieści tysięcy pustych miejsc po drzwiach)

 

Wracając: istniały miejsca i światło jadłem rękami
(potem skończyły się ręce nie jadłem) teraz oglądam zamachy

 

a myślę o miejscu: że kiedyś naprawdę kwietniem śmierć pszczoły
(: widzę i debuguję bo tęsknię po tobie)

 

wiedziałem że jest w tym prawo i nie wiedziałem jakie
(wiedziałem że jest w tym prawo i nie wiedziałem jakie)

Istotna dla tego wiersza i całego tomu metafora światła świadczy też w znacznym stopniu o podobieństwie i różnicy między Jurczakiem a Bąkiem. Wydawać by się mogło, że rzeczywistość złożona ze światła przyniesie ten rodzaj lekkości, który prowadzi narratora Kanady – ale jest przeciwnie, bohater znajduje w niej przede wszystkim coś paradoksalnie mrocznego i złowieszczego: od światła „drętwieją palce”. Zapewne więc mowa w równej mierze o świetle, jak o wyświetlaczach, na które w Pamięci zewnętrznej trafiamy wyjątkowo często. Obie te figury odnoszą się do świata naraz nieobecnego i nadobecnego, pozornie dostępnego i namacalnego (jak dotykowy wyświetlacz), ale dającego się dotknąć tylko w najbardziej nieznaczący, z zasady frustrujący sposób: lekkość nie unosi, światło przynosi odrętwienie. To jest pokoleniowa rzeczywistość z wierszy Jurczaka – nieobca tej w liryce Bąka, ale fundamentalnie wobec niej (jak wszystko w Pamięci zewnętrznej) przesunięta.

***

KanadaPamięć zewnętrzna są pośród najważniejszych i najoryginalniejszych poetyckich debiutów kilku ostatnich dekad. Literacki talent i Bąka, i Jurczaka oznacza zdolność do uchwycenia definiujących pokolenie procesów, nastroju historycznego momentu czy istoty najważniejszych długoterminowych zmian. Ich wiersze różnią się zasadniczo, jeśli chodzi o przyzwolenie na optymizm czy o nastawienie do obietnicy lepszej przyszłości; w tej różnicy bardziej jednak dopełniają się, niż kłócą – punkt startowy jest różny, ale kierunek, w jakim rozwijają swoje głosy, wydaje się wspólny.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marta Koronkiewicz-Kaczmarska, Poetyckie debiuty dekady #2, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 15

Przypisy