19.09.2019

Nowy Napis Co Tydzień #015 / Wolna od znanego. „Spis z natury” Krystyny Miłobędzkiej

Trzymam w ręku Spis z naturyK. Miłobędzka, Spis z natury, Lusowo 2019. Wszystkie cytaty w tekście według tego wydania.[1] Krystyny Miłobędzkiej. Na książkę – od strony edytorskiej zajmująco wydanej przez przyjaciela poetki, Jarosława Borowca, przewodzącego wydawnictwu Wolno – składają się trzy oddzielne arkusze: Anaglify, Małe mity i Jesteś samo śpiewa. Dwa pierwsze miały złożyć się na debiutancki tomik o nazwie Spis z natury (ten jednak nie został nigdy w latach sześćdziesiątych wydany; poetka ważyła wtedy każde słowo, onieśmielona, ostrożna, raz bardziej, a raz mniej przekonana, zostawiła wiersze sobie, aż trafiły w czas). Trzecia część jest z kolei zapisem poruszającej rozmowy autora Szarego światła z poetką z Puszczykowa, która odbyła się w październiku 2018 roku.

W pierwszych wierszach Krystyny Miłobędzkiej znajdziemy już zapowiedź tego, co w kolejnych książkach skrupulatnie poetka będzie rozwijać: nieujarzmioną, dziecięcą ciekawość świata, niebywałą świadomość ruchu znaczeń w rzeczywistości i słowach oraz obraz – zobaczony, zatrzymany, dotknięty, przeżyty. Widzenie odmykające świat, nie starczające na słowa. Ciągłą niegotowość zapisu, stałą otwartość na to, co się dzieje, co się między nami – jakby powiedziała poetka – podziewa.

Czytamy wiersze sprzed sześćdziesięciu lat, w końcu złożone w całość, a poezja zatacza pełny obrót po kole. Wróćmy zatem do początków – do Anaglifów. Po kolejnej i kolejnej lekturze, pierwsza myśl, za którą chciałbym podążyć jest banalna, a zarazem podszyta niepokojem. Życie, przekonuje nas poetka, jest: nieodgadnione, niepoznawalne, wręcz niemożliwe. Jest chwilą biegnącą za chwilą, ciągłym oddalaniem się celu czy kresu, a pomiędzy tym oddalaniem, udaje się nam, być może, odnajdować sens. Do rzeczywistości zawsze się zaledwie zbliżamy, mamy na jej opis jedynie słowa, zaś doświadczanie wymyka się artykulacji, odbywa się na poziomie pierwotnym, zmysłowym, którego porządki czują się w języku jak w przyciasnym gorsecie. Z tego podstawowego impulsu bierze się wiele wierszy autorki Anaglifów.

Ikony są smutnymi bramami. Idzie się
przez nie na wschód, a one stają się tylko

coraz bardziej ciemne i popękane.

– pisze w swoich juweniliach poetka, zwracając uwagę na rozmaite straty, sumujące się na naszej drodze.

Poezja u Miłobędzkiej jest świadectwem przeżycia chwili na autorskich prawach, które uchylić może jedynie czas. Poetka pisze tylko o tym, co poruszyło ją do żywego. Dotknęło, przemieniło, pozwoliło dalej się nieść. Szukanie znaczenia jest rodzajem konieczności, zwolnionej z przymusu nazywania. Miłobędzkiej chodzi często o sam ten ruch, o wysiłek, jaki się wkłada w patrzenie, myślenie, czucie, czy mówienie; o trudność bycia obok. W jakimś rudymentarnym sensie poezja Miłobędzkiej jest apologią istnienia podzielonego oddechami, wspólnotą połączoną umieraniem. Jak pisze poetka:

Zimą ptaki sprawdzają, czy nie umarły drzewa.
Przykładają łebki w różnych miejscach pnia,
słuchają, jak śpią soki. Zaglądają przez dziury
w korze, patrzą, czy nie zbielał brunatny rdzeń.
Czasami przerażone ciszą walą dziobami,
gorączkowo opukują drzewo, żeby usłyszeć już
tylko echo własnych uderzeń.

Troska o to, co żywe, łączy się tu z poczuciem jedności wobec powietrza, które nam wszystkim jest wspólne: roślinom, zwierzętom, ludziom. Czytając zawarte w Spisie z natury wiersze pozbywamy się kolejnych pretensji, ambicji, kosztem wpisania siebie w to, co domaga się naszej uwagi: z bliska i z daleka. Poezja Miłobędzkiej jest odstąpieniem od znanego, zdystansowaniem się od wiedzy, aby rosnąć: cieszyć się eksplozją czasu, a nie konsekwencjami danego zdarzenia. Miłobędzka zwraca uwagę na rzeczy, które są oczywiste, choć dawno odwykliśmy od poważnego nad nimi namysłu. Jej poezja zwraca nam podstawowy wymiar rzeczywistości, nie okutany jeszcze we wszystko, co separuje go od swojej nagości:

Grzyby są leśnymi pomnikami ludzi –
są względnie trwałe, dopóki stoją,
nie przypominają zwierząt ani roślin,
przewrócone pachną rozkładającym
się mięsem.

Któregoś dnia idzie się do dużego lasu.

Zamiast myśleć o czymś, trzeba przesunąć akcenty, i myśleć czymś. A zatem: nie myśleć o drzewie, tylko myśleć drzewem. Wiem, brzmi to bałamutnie i nieprawdopodobnie – ale przypomnijmy – tylko dla nas. Strategia poetki staje się bardziej jasna z każdą kolejną stroną tomu: wiersze urywają się, słowa grzęzną w mowie, a całość zbioru zaczyna spinać rodzaj niewysłowienia. Tylko czułość nie słabnie, więzi ze stworzeniem nie ulegają erozji, a obrazy wciąż trzeba zachodzić z różnych stron. Marzeniem Miłobędzkiej jest zatrzymać coś w swojej jedyności, takie jakie jest; wyrazić swoje związki ze światem poza słowami, jak najszybciej dotrzeć do miejsca, które stoi za zapisem. O tym traktują chociażby wchodzące w skład tomu Małe mity:

Najwyższym miejscem życia ziemi były drzewa:
tylko do tego miejsca sięgały jej soki. Wiedziały
to ptaki. A tamci, którzy mieli siłę rozcinania
drzew, wymyślali miejsca coraz wyższe i
 wyższe.
Teraz płyną, przepływają sami przez martwe
konstrukcje.

Być może cała poezja Miłobędzkiej upomina się o współczucie, solidarność w znoszeniu cierpienia, o zgodę na to, że buduje ono nasz świat i tylko czasami zdarzają się chwile, podczas których bardziej się pamięta, a mniej boleje. Idzie o to, aby nasze myśli żyły, by czegoś dotknąć, wyrwać życiu i – mimo nieadekwatności słów, zmieścić to w zapisie. Czy nie jest aby tak, że w momencie, kiedy kładziemy na coś swoje spojrzenie, to owa rzecz pod ciężarem naszej obecności lekko zamiera? Czy nie o tym cały czas mówi Krystyna Miłobędzka? Kolory nic o sobie nie wiedzą i nie muszą się dopełniać, są samą intensywnością. Dlaczego zatem człowiek wie wszystko o innych i dlaczego stale musi się wypełniać doświadczeniami, za których intensywność, może i chce płacić z nawiązką? A jeśli tak, to skąd się bierze rozpacz? Takich pytań Miłobędzka stawia więcej. Trzeba stale znajdować w sobie miejsce dla świata. Mówi o tym sama poetka w rozmowie z Jarosławem Borowcem, w ostatnim arkuszu Jesteś wszystko śpiewa: „Jeżeli człowiek zdecyduje się na zapisywanie, to pisze się przez całe życie od rana do nocy. W tym nie ma przerwy, bo wszystko jest do wzięcia i nigdy nie wiemy, w którym momencie się pojawi, odsłoni. To jest nieustanna gotowość i otwarcie”.

Wiersze z najnowszego tomu Miłobędzkiej dotykają nas do żywego, ponieważ zwracają nas ku nam samym. Jej poezja jest ćwiczeniem pojedynczości, indywidualności, w której jednak także można znaleźć nie to, czego się szukało. Samotność Miłobędzkiej jest brzemienna w możliwości. Z każdym obrazem, jaki postrzegamy, coś nam przepada, nieodwołalnie ginie – i być może ta strata jest najbardziej poruszająca. Oddajmy znów głos Miłobędzkiej – wracając do cytowanej już rozmowy: „Nigdy nie potrafiłam i nie potrafię wymyślić sobie świata. Nie ma w moim pisaniu rzeczy, której nie widziałam, nie dotknęłam, nie kochałam i nie straciłam”. Jest to poezja stanowiąca wyraz życia i żalu, przywoływanie imion, w których słychać to, co się na nie złożyło i przepadło. Ale co wciąż dźwięczy.

Krystyna Miłobędzka, Spis z natury, Lusowo: Wolno 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartosz Suwiński, Wolna od znanego. „Spis z natury” Krystyny Miłobędzkiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 15

Przypisy