20.06.2019

Nowy Napis Co Tydzień #002 / Turnus, który się nie kończy. O „Zdroju” Barbary Klickiej

Barbara Klicka jest przede wszystkim poetką. Debiutowała w 2012 roku tomem poezji same same, jednak dopiero cztery lata później, po wydaniu drugiego tomu poetyckiego Nice, została doceniona przez jury Nagrody Literackiej Gdynia oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”. Jak dotąd jej twórczość poruszała zaniedbane obszary kobiecej cielesności, ale też opisywała słodko-gorzkie aspekty życia, jego kruchość oraz destrukcję ciała, która nieuchronnie przytrafia się w chorobie. Wszystko to Klicka ukazywała w sposób dyskretny i subtelny, który stał się znakiem charakterystycznym jej poetyki. Debiut prozatorski płockiej artystki jest zatem wydarzeniem zaskakującym, albowiem w momencie, kiedy nie ucichły jeszcze echa zachwytów nad jej liryką, Klicka zaproponowała zdecydowaną zmianę percepcji, przechodząc od poetyckiej obrazowości do prozatorskiej fabuły. Poszukując właściwej formy do opisu świata, jak również języka, dzięki któremu zdołałaby opowiedzieć historię swojej bohaterki, pisarka przeniosła czytelników w przestrzeń rodzimego sanatorium. To ono stało się pretekstem do snucia opowieści, ale również sprowokowało pytania o sens choroby, braku doznania fizycznego czy o sposób funkcjonowania w zamkniętej społeczności.

Okładka książki

Już na samym początku autorka Zdroju zdecydowała się udowodnić, że świat widziany oczami narratorki pozbawiony będzie wzniosłej metafizyki, z jaką oswoił czytelników Tomasz Mann w klasyku sanatoryjnej prozy, Czarodziejskiej górze. Ciechocinek ze Zdroju to niewątpliwie nie Davos Manna i, jak sądzę, nie wynika to jedynie z odległości geograficznej między miejscowościami, ale z czegoś więcej. Bo czy właśnie nie takie było założenie autorki? Żeby pokazać, że tym razem nie o Mannowską metafizykę będzie chodzić, ile o ukazanie czegoś zgoła odmiennego, zdecydowanie bardziej przyziemnego? KsiążkaKlickiej jest zdecydowanym przeciwieństwem dzieł znanych z kanonu literatury, w których motyw choroby gra główną rolę. Nie sposób porównać Zdroju do wspomnianej Czarodziejskiej góry Tomasza Manna, Zabliźnionego serca Maxa Blechera, Szpitala przemienienia Stanisława Lema czy Sanatorium pod klepsydrą Brunona Schulza. Porównanie takie nie przysłuży się nikomu i niczemu, ponieważ autorka Zdroju zdecydowała się na przedstawienie prowincjonalnej, sanatoryjnej rzeczywistości widzianej oczami kobiety – i to właśnie w tym tkwi odmienność omawianej książki. To perspektywa gra bodaj najważniejszą rolę w prezentowaniu świata przedstawionego, który zostaje ukazany czytelnikom poprzez wrażliwość i doświadczenie kobiety.

Pisarka eksploruje w Zdroju znane z dotychczasowej twórczości motywy kobiecej cielesności oraz schorzeń, co zdecydowanie przybliża ją do wcześniejszego stylu. Można jednak odnieść wrażenie, że jej prozatorski debiut tamten styl zdecydowanie przekracza. Autorka posuwa się tutaj o krok dalej: tam, gdzie opisuje cyniczne, instrumentalne traktowanie kobiecego ciała, nie ma już miejsca na poetyckie frazy czy kwiecistą stylizację, a jedynie użycie mowy wprost.

Ze względu na pozbawienie debiutanckiej prozy Klickiej tropów poetyckich, diagnoza zawarta w Zdroju może wydawać się zbyt płaska i zbyt oczywista – a przecież wcale taka nie jest. Pisarka przedstawia swoją bohaterkę na tle sanatoryjnych związków opartych na zależności i przemocy, stwarzając studium odzierania jej z własnej podmiotowości. Czy tam, gdzie podmiot traktuje się przedmiotowo, w ogóle można jeszcze mówić o metafizyce?

Historia w Zdroju rozpoczyna się od podróży głównej bohaterki Kamy do sanatorium w Ciechocinku. Na miejscu czeka na nią specyficzna mikrospołeczność, czyli zamknięta w odosobnieniu, obwarowana sztywnymi zasadami grupa kuracjuszy, którzy próbują poradzić sobie z własnymi ograniczeniami, chorobą i samotnością. Już na początku bohaterce przychodzi mierzyć się z oceną i presją innych. Jako młoda, bezdzietna kobieta („a dzieci są? – pyta druga pani”) Kama nie wpisuje się w obraz przeciętnej reprezentantki sanatoryjnego świata, jest więc traktowana z nieufnością przez stałe bywalczynie, z naiwnością przez kobiety-matki, przez mężczyzn zaś jako obiekt fizycznej fascynacji. Personel uzdrowiska redukuje ją do wadliwego ciała naznaczonego fizycznym brakiem i cierpieniem. Budowane w ten sposób relacje, brutalne, degradujące, pozbawiają bohaterkę możliwości obrony własnej intymności. Kama godzi się na dotykającą ją niesprawiedliwość i bez słowa sprzeciwu uczestniczy w powszechnym procederze. Wydaje się bezbronna wobec świata, w jakim się znalazła, mimo że jako młoda, wykształcona kobieta wie, jakich nadużyć dopuszcza się wobec niej personel i współtowarzysze turnusu. Klicka opisuje nadużywanie władzy chociażby przez lekarkę bez uzasadnienia nie wydającą Kamie weekendowej przepustki, wspomina masażystę Mariusza, który wykorzystuje zależność Kamy od niego i dąży do fizycznej zbliżenia – to przykłady najbardziej charakterystyczne.

Kama pochodzi z Warszawy („to nie najlepiej”), choruje na chorobę nowotworową. Cierpienie pozbawia ją dzieciństwa, kobiecości i pewności siebie. Od najmłodszych lat jest rezydentką uzdrowisk. Wsiąkając w sanatoryjny świat, bohaterka próbuje dopasować się do reguł, jakimi rządzą się w nim relacje międzyludzkie, przeżywa tam młodość, nawiązuje intymne kontakty z mężczyznami. Bo oprócz podstawowego, zdrowotnego celu, jaki przyświeca pobytom na sanatoryjnych turnusach, uczestniczenie w nich to niewątpliwie czas, podczas którego kuracjusze próbują spełnić swoje najskrytsze pragnienia o byciu kochanym i podziwianym. Ciechocinek jest w książce Klickiej miejscem, gdzie ludzka samotność miesza się z powierzchownością zawieranych przyjaźni. Czego w tak krótkim czasie mogą się o sobie dowiedzieć pacjenci placówki? Czy w ogóle mają potrzebę i chęć poznania się bliżej? Zdaje się, że w tej enigmatycznej przestrzeni wszystko jest umowne i tymczasowe: zasady, relacje czy bezinteresowna pomoc personelu. Chociaż podobna błahość powinna prowadzić do buntu, to właśnie nietrwałość okazuje się kategorią, która umożliwia uczestnikom przeżycie przygody życia, pozwala choć przez moment stać się kimś innym niż dotychczas – kimś chcianym i lubianym.

Znamienne dla Zdroju jest żonglowanie tożsamościami bohaterów, przeplatanie się ich niepewności co do stanu własnego chorującego ciała, poczucie braku, zaburzone doświadczanie własnego „ja” w sposób spójny. Poprzez chorobę pacjenci tracą kontakt z nimi samymi, ich ciała stopniowo rozczłonkowują się – jeden z bohaterów, Piotr, który nie ma jednej z kończyn, pojawiając się w powieści, za każdym razem pozbawiony jest innej części ciała. Jedną z zasad panujących w sanatorium jest też sposobność ukazania pozornego „ja”, zatajanie prawdy o sobie. Pod względem możliwości żonglowania własną tożsamością uzdrowisko okazuje się miejscem wyjątkowo kuszącym. Pobyt w zdrojowisku spełnia zatem wiele funkcji – poza tą najbardziej oczywistą, powrotem do zdrowia.

W opisanym przez Klicką sanatorium naprawdę można się zatracić. Czym jest to „coś”, co nie pozwala z niego „wyjść”? Odpowiedź wydaje się padać na drugim planie Zdroju, gdzie toczy się opowieść o wcześniejszym pobycie w sanatorium nieletniej Kamy. Tam uzdrowisko przefiltrowane zostaje przez młodzieńczą wrażliwość bohaterki, a turnus w Ciechocinku przypomina kolonie, czas beztroskiego zawierania znajomości, fascynacji rówieśnikami, odkrywania własnych pragnień i zabawy. Można odnieść wrażenie, że to właśnie chęć powrotu do okresu dawnej niewinności czy raczej ucieczki od dorosłej, trudnej codzienności rozmijającej się z wcześniejszymi oczekiwaniami i wyobrażeniami staje się fantazmatem, który łapie w swoje sidła pacjentów odwiedzających zdrojowisko. Nieustępliwości, z jaką pragną oni powrócić do krainy dzieciństwa, wtóruje poczucie przerażającej samotności i pustki.

Nieustający powrót do Ciechocinka sprawia, że czasoprzestrzeń Zdroju ulega kompletnej erozji: nie możemy z całą pewnością powiedzieć, jak długo trwa turnus, jak długo przebywają w sanatorium pacjenci, tym samym, ile dokładnie mają lat. Zatarcie się granicy między realnością a fikcją czasu może być zabiegiem, który tłumaczyłby niewielką objętość książki. Celem autorki wydaje się ukazanie, że uzdrowiskowy „epizod” kuracjuszy jest niekończącą się, wciąż tą samą opowieścią i bez względu na to, czy zostałaby ona spisana na pięćdziesięciu, stu, czy dwustu stronach, za każdym razem okaże się dokładnie tą samą historią, która została przedstawiona czytelnikom. Jak gdyby turnus nigdy się nie kończył i wciąż był tym samym.

Lektura Zdroju dostarcza różnorakich, często sprzecznych odczuć: z jednej strony odnosi się wrażenie, że jest to pozycja niewymagająca, z drugiej strony nie daje ona spokoju, nieustannie nurtuje. Ten rozdźwięk może wprawiać w konsternację, bo tak naprawdę rzeczywistość przedstawiona w powieści nie pozostawia złudzeń: jest przerażająco smutna i bolesna. Trudno również przyznać prozie Klickiej markę artystycznej wybitności, choć, jak sądzę, nie było ambicją pisarki tworzenie ponadprzeciętnej jakości językowej, bo ani w warstwie języka, ani w watkach fabuły nie ujawnia ona takiej potrzeby. Autorka celowo rezygnuje ze strzelistych metafor, wzniosłych symboli czy stylistycznego kunsztu. W Zdroju opisana jest raczej – w sposób banalny – pewna niebanalna prawda o ludzkiej egzystencji, o życiu, które przesiąknięte jest samotnością, rezygnacją i stratą. Debiutancka powieść Barbary Klickiej to zatem książka przemyślana, nawet jeśli nie zachwycająca. Z pewnością warto ją przeczytać.

Barbara Klicka, Zdrój, W.A.B., Warszawa 2019

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paulina Dąbkowska, Turnus, który się nie kończy. O „Zdroju” Barbary Klickiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 2

Przypisy