24.10.2019

Nowy Napis Co Tydzień #020 / Mały realizm z Korszakowa

Jakub Michalczenia w Gigusiach, swojej drugiej książce, zabiera nas na powrót do Korsz, małego miasteczka na pograniczu Warmii i Mazur, aby odkryć przed nami losy bohaterów żyjących w kotle potransformacyjnych peryferii. Co ma do powiedzenia o tych zapomnianych obrzeżach Polski? Okazuje się, że więcej, niż chcielibyśmy usłyszeć.

Michalczenia porusza temat znany, ale robi to ze zdecydowanie innej perspektywy niż inni: opowiada, jak wygląda małe polskie miasto, jeśli spogląda na nie młodzież dorastająca w latach dziewięćdziesiątych. Pytanie o to, czy przełom 1989 roku faktycznie oznaczał dla nich rzeczywistą zmianę, nie jest oryginalne – fakt, że nie wszystkim udało się skorzystać na przeobrażeniach ustrojowych jest dziś powszechnie znany. Trzeba jednak przyznać, że jest coś poruszającego w historiach stworzonych przez Michalczenię, zwłaszcza że droga większości z bohaterów, osób pozbawionych jakichkolwiek perspektyw, dotkniętych niemocą i beznadzieją, prowadzi wprost do kryminału.

Michalczenia w Gigusiach wydobywa z niebytu nie tylko zapomniane przez wszystkich Korsze. Pod lupę bierze również zmitologizowaną krainę dzieciństwa – choć robi to raczej po to, aby pokazać, że dominuje w niej przemoc, agresja i bunt. Ten wielopoziomowy zapis nędzy, zmontowany przez autora Gigusiów w iście reporterskim stylu, to jeden z atutów tej książki. Natomiast ciekawość, z jaką Michalczenia potrafi opowiadać o rzeczywistości, w ogóle jej nie lukrując, sprawia, że i czytelnik ma możliwość w tej przestrzeni pobyć dłużej, poniekąd ją oswoić. I choć autor nie gwarantuje, że odbiorca wyjdzie z tego spotkania cało (okazuje się, że podróż w warmińsko-mazurskie może nieźle pokiereszować), choćby dla samego faktu dokumentaryzmu tej prozy warto się nad nią pochylić.

*

Gigusie, to książka o młodych hultajach, którzy pozbawieni świadomości, że można mieć jakiekolwiek marzenia i ambicje, lubują się w rozróbach, kradzieżach i bójkach. Tworzą z nich swoisty rytuał. Ale recepcja książki Michalczeni nie może ograniczyć się tylko do tak małego wycinka rzeczywistości. Obserwując bowiem jedynie skutki wykluczenia, a zapominając o pośrednich lub bezpośrednich przyczynach takiego stanu rzeczy, nie odnajdziemy prawdziwych motywacji chłopaków. Możemy wtedy dojść do wniosku, że w Gigusiach mamy do czynienia wyłącznie z ciągiem patologicznych historii – a przecież to zaledwie część prawdy.

Bohaterowie Gigusiów: Bobek, Cin, Mrek Morok, Czołodup, Dzikun, Gumiak, Jasny Syn Kacaba czy Pełne Gacie zostają wyrzuceni poza nawias toczącej się na ich oczach transformacji. Niestety w ich małomiasteczkowej historii nie ma nic pociągającego, a oderwane od ich życia obrazki zwycięstwa demokracji oraz rodzącego się kapitalizmu w ich przypadku są synonimami klęski, widmem bezrobocia i utratą dotychczasowego bezpieczeństwa, jakie ich rodzicom dawała stała praca na kolei. Jak się okazuje, człowiek, konkretna ludzka jednostka, wobec pędzącej transformacji (momentami dającej złudne wrażenie sprawczości) jest bezradny. Nie ma się zatem co dziwić, że z prozy kętrzyńskiego pisarza nie wybrzmiewa żadna nuta wzniosłości, nie ma tam też głębokiego, filozoficznego namysłu nad społeczno-politycznymi przemianami. Jest w Gigusiach natomiast realistyczna narracja o szarych, dusznych i zapomnianych przez wszystkich peryferiach. Michalczenia nie udaje, że rozkład nosi w sobie ślad patetycznego sentymentalizmu, a piękno patologii naprawdę istnieje.

Książka opowiada między innymi a losach Cina, którego poznajemy jako młodego więźnia Zakładu Karnego w Barczewie. Pewnej niedzieli w odwiedziny do więzienia wybierają się ojciec, matka i brat Ciny, Bobek. Swoją podróż rozpoczynają ze stacji w Korszach, gdzie „obecnie nie było komu zmieniać taboru”. Ponoć, pisze narrator,

 

z oszczędności. Na ludziach, nie na sprzęcie, bo diesel wcale nie był tani w eksploatacji, a trzyosiowe wózki SU-ki wręcz zrujnowały torowiskaJ. Michalczenia, Gigusie, Kraków 2019, s. 7.[1].

Pisarz już na początku Gigusiów opisuje metamorfozę miasteczka, które utraciło swoją dawną rangę, ze znaczącego węzła kolejowego stając się podupadłą stacją przelotową. Upadek kolei pociąga za sobą liczne konsekwencje, jednak najbardziej dotkliwy jest drastyczny wzrost bezrobocia, które wpędza mieszkańców w nędzę i na stałe uzależnia od zasiłków, rent i zapomóg. Oczywiście można przedstawić kontrargument w formie wyświechtanego bon motu, że wolność nie jest rzeczą łatwą, aby dojść do przekonania, że każdy ponosi odpowiedzialność za własne życie, że mieszkańcy Korsz sami są sobie winni. Pytanie brzmi, czy to jednak nie nazbyt naiwne tak sądzić?

Dziecięca wrażliwość w zderzeniu z brutalną codziennością pozbawiona jest możliwości naturalnego rozwoju. Michalczenia pozwolił sobie na maksymalne wycofanie narratora: postawił go w roli nieoceniającego kumpla i wyposażył w charakterystyczny dla reszty postaci język. Dzięki temu pisarz uzyskał efekt swojskości, pewnego rodzaju bliskości z bohaterami. Zlanie się narratora ze światem przedstawionym Gigusiów sprawia zaś, że bolesne historie wybrzmiewają nadzwyczaj donośnie – i o to chodzi. Co istotne, wybrzmiewają w języku peryferyjnej chuliganerii, łamiącej wszelkie gramatyczne, stylistyczne i składniowe zasady posługiwania się poprawną polszczyzną. Myślę, że język można uznać za dodatkowego bohatera Gigusiów, bo to dzięki niemu postaci stworzone przez Michalczenię uczą się nazywać zmieniającą się na ich oczach rzeczywistość.

*

Gigusie składają się z krótkich opowiadań, tworzących spójną całość. Znajdziemy tu historię o kradzieży jabłek z opuszczonego sadu, opowieść o piciu wina po wielkanocnych rekolekcjach, dokuczaniu ekspedientkom w sklepie spożywczym, bójkach, czy derbach powiatu w piłce nożnej. Większość tych przygód kończy się dla chłopaków spotkaniem z policją. Jednak w tych z pozoru oczywistych zdarzeniach kryje się znacznie więcej, bo to właśnie dzięki nim możemy śledzić zderzenie dwóch światów: nędzy polskiej prowincji z pojawiającymi się w kraju atrybutami zachodniego dobrobytu.

Wystarczy przywołać jedną z opowieści o konsolach do gier, aby przekonać się, jaką wartość mają dla bohaterów zachodnie nowości. We wspomnianej historii poznajemy Orzecha, jednego z korszeńskich chłopaków, który jako pierwszy „dorobił się” szarej konsoli PSX. Orzech dzięki grze zarabia swoje pierwsze pieniądze. Wypożyczenie sprzętu na dwadzieścia cztery godziny to koszt siedmiu złotych, a mimo to chętnych nie brakuje. Chłopcy ustawiają się w kolejce, bo dla nich PSX to bilet wstępu do lepszej rzeczywistości, będącej synonimem zachodniego bogactwa. Podobny stosunek mają do centrów handlowych, które stają się celem całodziennych wycieczek. Innym przykładem może być historia Lecha Piżdżyszyna, który odbywając karę trzech lat więzienia tak wypowiada się o tym, czym jest dla niego PSX:

 Był na świetlicy PSX, to i dało się tego trójaka odsiedzieć. Normalnie salon gier się zrobił, a nie sanatorium! Jakbym miał pod celą PS2, to siedziałbym tam całe życie Tamże, s. 155.[2]Tamże, s. 155..

Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla bohaterów Gigusiów wolność i niewola to jedno i to samo – w jednym i drugim przypadku czują się tak samo ubezwłasnowolnieni. Nawet czas spędzony za kratkami może być jednak znośny, wystarczy tylko, żeby w pobliżu znajdowała się konsola PSX.

Gdyby spróbować uchwycić jednym słowem, o czym jest książka Michalczeni, wystarczyłoby powiedzieć, że jest to książka o braku. To właśnie utrata stanowi punkt wyjścia kształtowania się losów wszystkich postaci Gigusiów. W książce chodzi o to, jak sobie radzą z doświadczeniem braku pracy, braku pieniędzy, braku perspektyw, braku nadziei i poczuciem straty, bo dla nich przemiana ustrojowa nie przynosi niczego dobrego, a wręcz zabiera to minimum niezbędne do utrzymania ludzkiej godności. Jak pisze Artur Sobiela w komentarzu do książki, mamy tu:

świat posttransformacji, gdzie dzieci zbyt szybko wyrastają, a dorośli masowo dziecinnieją. Gdzie wszystko jest śmietnikiem – przemysłowym, ekologicznym, społecznymArtur Sobiela, Gigusie (fragment noty recenzenckiej na okładce książki), Kraków 2019. [3].

Świat popadający w ruinę, wyśmiany, bezskutecznie dopominający się o odrobinę uwagi, dzięki kętrzyńskiemu pisarzowi, dostaje prawo głosu. Trzeba przyznać, że z wyjątkową wprawą potrafił Michalczenia zarysować pogłębiające się różnice społeczne oraz upadek postaw solidarnościowych, które były pierwotnym motorem zmian w Polsce. Jeśli wierzyć autorowi, że nad jego literacką pracą czuwa Marek Nowakowski, wybitny przedstawiciel małego realizmu w polskiej prozie, możemy być o dalszy rozwój Michalczeni spokojni. Jest to ambitny pisarz, który potrafi komentować rzeczywistość bez stawiania krzywdzących ocen; nie brakuje mu szczerości oraz znakomitego zmysłu obserwacji, który dla prozaika realisty jest szczególnie cenny. A co prawdopodobnie najbardziej wartościowe: pojawiające się w Gigusiach pytania o sens i cenę transformacji na długo po zakończeniu lektury nie dają o sobie zapomnieć.

 

Jakub Michalczenia, Gigusie, Kraków: Ha!art 2019

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paulina Dąbkowska, Mały realizm z Korszakowa, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 20

Przypisy

    Powiązane artykuły